KOSMICZNA KOSTKA RUBIKA
A
A
A
Pracujący w ekspresowym tempie Mateusz Skutnik wydał nakładem oficyny Timof i cisi wspólnicy ósmą już część słynnych „Rewolucji”. Najnowszy album rysownika opowiada kilka krótkich historii o wynalazcach, fascynatach i podróżnikach owładniętych chęcią wyruszenia w przestrzeń kosmiczną.
Doświadczenie lektury wcześniejszych tomów serii uczy, że komiksy Skutnika powinno się odbierać bardziej jako fabularyzowane albumy niż mrożące krew w żyłach, bogate w plot-twisty historie. Zgodnie z tą zasadą, „Rewolucje. W kosmosie” to raczej przechadzka po wystawie, w której wszystkie akwarele (pokryte warstwą tuszu wzmacniającą dramaturgiczny wymiar wnętrz i krajobrazów) łączą się w spójną przypowieść o marzycielach oraz społecznych wyrzutkach. Warto dodać: przypowieść nasączoną sporą ilością nawiązań: mamy tu reminiscencje z „Titanica” oraz „2001: Odysei kosmicznej”, Marię Curie-Skłodowską oraz ujęcia rodem z filmów Pitofa. Nawet jeśli to spostrzeżenie jest nadinterpretacją, to zabawa w odnajdywanie szczegółów i tak przynosi sporo satysfakcji, niejednokrotnie dopełniając stworzoną historię o komediowy element.
Dobrą strategią, z jakiej nie zrezygnował Skutnik, jest kreowanie oryginalnych fizjonomii bohaterów, którzy – choć marzą o wyprawie z Ziemi w kosmos – sami do złudzenia przypominają mieszkańców innej planety. To, co może wydawać się wadą „Rewolucji. W kosmosie” warto uznać za niewątpliwą zaletę. Znikoma ilość wyjaśniających rozwój akcji dialogów może początkowo irytować, utrudniając lekturę, jednak Mateusz Skutnik zdaje się zmuszać czytelnika do dogłębnego studiowania każdego z kadrów. Nic w tym dziwnego – powstanie poszczególnych plansz to żmudny i wymagający perfekcyjnego warsztatu proces, a wybrana przez artystę technika akwareli nie pozwala na najmniejszy nawet błąd.
Mimo wszystkich wymienionych atutów, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że autor tworzy swoją sztukę odrobinę „na akord”. Niedosyt z pewnością może powodować fakt, że wszystkie jego komiksy (mimo niezaprzeczalnego talentu twórcy i pełnych potencjału historii) wydają się „urwane” w połowie, tak jakby każdy liczący niespełna sto stron album był po prostu kolejnym odcinkiem serii, a nie zamkniętą całością.
Na szczęście zakończenie „Rewolucji. W kosmosie” łączy wszystkie poprzednie historie, spajając poszczególne rozdziały w kreatywny i zabawny sposób. Aczkolwiek ostatni kadr pozostawia nas w zawieszeniu, zaś widniejąca na dole adnotacja o przygotowywanej dziewiątej części może wydawać się nad wyraz dosadna. Komiksowy cykl Mateusza Skutnika budzi mieszane uczucia, bo pomimo „wstrząsającego” tytułu porusza niestety tylko na chwilę.
Doświadczenie lektury wcześniejszych tomów serii uczy, że komiksy Skutnika powinno się odbierać bardziej jako fabularyzowane albumy niż mrożące krew w żyłach, bogate w plot-twisty historie. Zgodnie z tą zasadą, „Rewolucje. W kosmosie” to raczej przechadzka po wystawie, w której wszystkie akwarele (pokryte warstwą tuszu wzmacniającą dramaturgiczny wymiar wnętrz i krajobrazów) łączą się w spójną przypowieść o marzycielach oraz społecznych wyrzutkach. Warto dodać: przypowieść nasączoną sporą ilością nawiązań: mamy tu reminiscencje z „Titanica” oraz „2001: Odysei kosmicznej”, Marię Curie-Skłodowską oraz ujęcia rodem z filmów Pitofa. Nawet jeśli to spostrzeżenie jest nadinterpretacją, to zabawa w odnajdywanie szczegółów i tak przynosi sporo satysfakcji, niejednokrotnie dopełniając stworzoną historię o komediowy element.
Dobrą strategią, z jakiej nie zrezygnował Skutnik, jest kreowanie oryginalnych fizjonomii bohaterów, którzy – choć marzą o wyprawie z Ziemi w kosmos – sami do złudzenia przypominają mieszkańców innej planety. To, co może wydawać się wadą „Rewolucji. W kosmosie” warto uznać za niewątpliwą zaletę. Znikoma ilość wyjaśniających rozwój akcji dialogów może początkowo irytować, utrudniając lekturę, jednak Mateusz Skutnik zdaje się zmuszać czytelnika do dogłębnego studiowania każdego z kadrów. Nic w tym dziwnego – powstanie poszczególnych plansz to żmudny i wymagający perfekcyjnego warsztatu proces, a wybrana przez artystę technika akwareli nie pozwala na najmniejszy nawet błąd.
Mimo wszystkich wymienionych atutów, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że autor tworzy swoją sztukę odrobinę „na akord”. Niedosyt z pewnością może powodować fakt, że wszystkie jego komiksy (mimo niezaprzeczalnego talentu twórcy i pełnych potencjału historii) wydają się „urwane” w połowie, tak jakby każdy liczący niespełna sto stron album był po prostu kolejnym odcinkiem serii, a nie zamkniętą całością.
Na szczęście zakończenie „Rewolucji. W kosmosie” łączy wszystkie poprzednie historie, spajając poszczególne rozdziały w kreatywny i zabawny sposób. Aczkolwiek ostatni kadr pozostawia nas w zawieszeniu, zaś widniejąca na dole adnotacja o przygotowywanej dziewiątej części może wydawać się nad wyraz dosadna. Komiksowy cykl Mateusza Skutnika budzi mieszane uczucia, bo pomimo „wstrząsającego” tytułu porusza niestety tylko na chwilę.
Mateusz Skutnik, Szymon Holcman: „Rewolucje. W kosmosie”. Wydawnictwo Timof i cisi wspólnicy. Warszawa 2013.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

