W MARTWYM PUNKCIE ('SUNDOWN')
A
A
A
Na luksusowych wakacjach w Acapulco jest wino, śpiew, woda czysta jak łza i bezchmurne niebo, ale nie ma radości. Słońce parzy, a nie grzeje. Co jakiś czas rozświetla cały kadr, bardziej grożąc udarem niż zachęcając do wygodnego rozłożenia się na leżaku. Neil Bennett (Tim Roth) wygląda, jakby przesiadywał w upiornym skwarze całe tygodnie. Z trudem otwiera usta, porusza się spowalniany niewidzialnym ciężarem na plecach, patrzy w dal ciągle z tą samą beznamiętnością wypisaną na twarzy. Otępiały od promieni słonecznych, choć chyba nie tylko od nich. Po otrzymaniu pilnego telefonu jego bliscy wracają do kraju, on zostaje na miejscu i wciąż wyłącznie wegetuje, lecz w nieco zmienionych dekoracjach – melduje się w przypadkowo wybranym hotelu i odtąd spędza dni na plaży zatłoczonej przez tubylców, popijając tanie piwo zamiast wytwornych drinków.
Po efektownym i wywrotowym „Nowym porządku” Michel Franco nakręcił dla odmiany film niepozorny i cichy. W „Sundown” Meksykanin do perfekcji doprowadza wysoce ekonomiczny styl snucia opowieści. Niesamowite, jak wiele potrafi przekazać na temat swoich bohaterów, nie zdradzając o nich zbyt dużo (przynajmniej od razu). Neila poznajemy dokładnie w taki sam sposób, w jaki spotykamy większość ludzi w naszym życiu: widzimy jedynie ułamek osoby; to, co w danej chwili najbardziej wybija się na powierzchnię – w przypadku Neila to przenikająca ruchy i słowa apatia. Nie znamy jej źródeł. Szufladkujemy mężczyznę na podstawie pierwszego wrażenia, kompletnie nieświadomi jego bagażu doświadczeń. Nie mamy pojęcia, jak zarabia na życie, jakie relacje łączą go z innymi. Początkowo nie wiemy nawet, kim są towarzyszący mu Alice (Charlotte Gainsbourg) i dwoje nastolatków. Milcząco zakładamy, że to jego żona i dzieci, ale nie możemy mieć pewności. Właściwie nie wiemy o Neilu niczego konkretnego, ale najważniejsze widzimy gołym okiem. Mężczyzna utknął w martwym punkcie. Stracił zainteresowanie wszystkim i nie chce z nikim rozmawiać, a jednocześnie bardzo potrzebuje kogoś, kto by się nim zaopiekował.
„Sundown” świetnie funkcjonowałoby w ramach podwójnego seansu z najwybitniejszym dotychczas filmem Franco, „Opiekunem”. Obie produkcje łączy nie tylko Tim Roth, lecz przede wszystkim refleksja o ambiwalentnym charakterze ludzkiego kryzysu. Znajdujący się w dołku David i Neil odgradzają się murem od świata, zamykają wewnątrz nieprzeniknionej skorupy i ukrywają swoje troski za kamienną twarzą, ale mimo że tak bardzo próbują uciec, w istocie ciągnie ich do ludzi będących ostatnią deską ratunku. David szuka bliskości w relacjach ze swoimi umierającymi pacjentami i dawno niewidzianą córką, zaś Neil w przelotnym i nic nieznaczącym romansie z piękną Meksykanką, Berenice (Iazua Larios).
Tim Roth rolą w „Sundown” po raz kolejny pokazuje swoją wielkość. Doskonale wychwytuje zarówno punkty styczne, jak i wyraźne różnice oddzielające postaci Davida i Neila. Z pozoru obaj jadą dokładnie na tym samym wózku, ale prócz egzystencjalnego kryzysu znacznie więcej ich dzieli, niż łączy. Franco może sobie pozwolić na niedopowiedzenia i długie chwile ciszy, gdy ma przed kamerą aktora tak genialnie pracującego mową całego ciała. W „Opiekunie” Roth kulił się w sobie i uciekał wzrokiem, a na jego twarzy malowały się lęk, ból i delikatność w czystej postaci. David był jednym z nas, zwyczajnym człowiekiem wyjątkowo mocno doświadczonym przez los i własne decyzje. Mogliśmy mu współczuć i z nadzieją obserwować, jak stara się przełamywać barierę wstydu, która doprowadziła go do odcięcia się od córki i jedynie biernego jej obserwowania. Tymczasem w anemicznych, wykonywanych od niechcenia ruchach Neila jest jednocześnie jakaś wyniosłość, coś, co nie pozwala widzieć w nim słabego człowieka uginającego się pod stertą problemów, a raczej wyrachowanego bogacza znudzonego życiem, grającego swojej rodzinie na nosie i bawiącego się dobrocią niedorastającej mu do pięt Berenice. O ile David próbuje się ustabilizować po osobistej tragedii, Neil najzwyczajniej w świecie otwiera kolejne piwo, bezgłośnie stwierdzając, że życie jest bez sensu.
Im bliżej końca, tym więcej informacji Franco podaje nam na tacy, aż wreszcie wykłada wszystkie karty na stół w mocnej, choć nieco rozczarowującej końcówce. Finałowe uderzenie widza prosto w twarz jest już wizytówką reżysera, ale w „Sundown” chyba lepszym wyjściem byłoby utrzymanie subtelnego charakteru aż do samego końca. W pierwszej godzinie filmu Franco udowodnił bowiem, że nie musi sięgać po armatę, by zrobić niezłe zamieszanie. Fabularna szczątkowość, niespieszne tempo, sugestywny montaż i powściągliwa rola Rotha dały w sumie niezwykle intensywny efekt. W finale twórca stawia kropkę nad „i”, ale też niestety pozbawia film tajemnicy i otwartości na interpretację.
Chociaż Franco idzie pod koniec o krok za daleko, to i tak „Sundown” trzeba dopisać do listy jego wielkich dzieł. Nowy film Meksykanina co prawda nie porusza tak dogłębnie jak „Opiekun” czy „Pragnienie miłości”, ale absolutnie zachwyca formą. Każda scena jest rozplanowana z pietyzmem godnym Hitchcocka i mimo że historia roi się od potencjalnych dłużyzn, to „Sundown” płynie wartko i bez przeszkód, prowadzone niezwykle pewną ręką. W miarę czasu upływającego od seansu entuzjazm nieco opada, bo to raczej dzieło do przeżywania „tu i teraz” oraz do ciągłego zastanawiania się z ciekawością: „jak on to zrobił?”. Franco udowadnia, że należy do współczesnej reżyserskiej czołówki, ale tworzył już filmy bardziej trzewiowe, na dłużej zostające w głowie i pod powiekami. „Sundown” okazuje się przede wszystkim niepozornym arcydziełem formalnym. Nijak nie możemy empatyzować z przedstawionym w nim człowiekiem w kryzysie, więc pozostaje nam zachwyt kolejnymi kadrami utrwalającymi piękno świata, którego Neil nie jest w stanie dostrzec.
Po efektownym i wywrotowym „Nowym porządku” Michel Franco nakręcił dla odmiany film niepozorny i cichy. W „Sundown” Meksykanin do perfekcji doprowadza wysoce ekonomiczny styl snucia opowieści. Niesamowite, jak wiele potrafi przekazać na temat swoich bohaterów, nie zdradzając o nich zbyt dużo (przynajmniej od razu). Neila poznajemy dokładnie w taki sam sposób, w jaki spotykamy większość ludzi w naszym życiu: widzimy jedynie ułamek osoby; to, co w danej chwili najbardziej wybija się na powierzchnię – w przypadku Neila to przenikająca ruchy i słowa apatia. Nie znamy jej źródeł. Szufladkujemy mężczyznę na podstawie pierwszego wrażenia, kompletnie nieświadomi jego bagażu doświadczeń. Nie mamy pojęcia, jak zarabia na życie, jakie relacje łączą go z innymi. Początkowo nie wiemy nawet, kim są towarzyszący mu Alice (Charlotte Gainsbourg) i dwoje nastolatków. Milcząco zakładamy, że to jego żona i dzieci, ale nie możemy mieć pewności. Właściwie nie wiemy o Neilu niczego konkretnego, ale najważniejsze widzimy gołym okiem. Mężczyzna utknął w martwym punkcie. Stracił zainteresowanie wszystkim i nie chce z nikim rozmawiać, a jednocześnie bardzo potrzebuje kogoś, kto by się nim zaopiekował.
„Sundown” świetnie funkcjonowałoby w ramach podwójnego seansu z najwybitniejszym dotychczas filmem Franco, „Opiekunem”. Obie produkcje łączy nie tylko Tim Roth, lecz przede wszystkim refleksja o ambiwalentnym charakterze ludzkiego kryzysu. Znajdujący się w dołku David i Neil odgradzają się murem od świata, zamykają wewnątrz nieprzeniknionej skorupy i ukrywają swoje troski za kamienną twarzą, ale mimo że tak bardzo próbują uciec, w istocie ciągnie ich do ludzi będących ostatnią deską ratunku. David szuka bliskości w relacjach ze swoimi umierającymi pacjentami i dawno niewidzianą córką, zaś Neil w przelotnym i nic nieznaczącym romansie z piękną Meksykanką, Berenice (Iazua Larios).
Tim Roth rolą w „Sundown” po raz kolejny pokazuje swoją wielkość. Doskonale wychwytuje zarówno punkty styczne, jak i wyraźne różnice oddzielające postaci Davida i Neila. Z pozoru obaj jadą dokładnie na tym samym wózku, ale prócz egzystencjalnego kryzysu znacznie więcej ich dzieli, niż łączy. Franco może sobie pozwolić na niedopowiedzenia i długie chwile ciszy, gdy ma przed kamerą aktora tak genialnie pracującego mową całego ciała. W „Opiekunie” Roth kulił się w sobie i uciekał wzrokiem, a na jego twarzy malowały się lęk, ból i delikatność w czystej postaci. David był jednym z nas, zwyczajnym człowiekiem wyjątkowo mocno doświadczonym przez los i własne decyzje. Mogliśmy mu współczuć i z nadzieją obserwować, jak stara się przełamywać barierę wstydu, która doprowadziła go do odcięcia się od córki i jedynie biernego jej obserwowania. Tymczasem w anemicznych, wykonywanych od niechcenia ruchach Neila jest jednocześnie jakaś wyniosłość, coś, co nie pozwala widzieć w nim słabego człowieka uginającego się pod stertą problemów, a raczej wyrachowanego bogacza znudzonego życiem, grającego swojej rodzinie na nosie i bawiącego się dobrocią niedorastającej mu do pięt Berenice. O ile David próbuje się ustabilizować po osobistej tragedii, Neil najzwyczajniej w świecie otwiera kolejne piwo, bezgłośnie stwierdzając, że życie jest bez sensu.
Im bliżej końca, tym więcej informacji Franco podaje nam na tacy, aż wreszcie wykłada wszystkie karty na stół w mocnej, choć nieco rozczarowującej końcówce. Finałowe uderzenie widza prosto w twarz jest już wizytówką reżysera, ale w „Sundown” chyba lepszym wyjściem byłoby utrzymanie subtelnego charakteru aż do samego końca. W pierwszej godzinie filmu Franco udowodnił bowiem, że nie musi sięgać po armatę, by zrobić niezłe zamieszanie. Fabularna szczątkowość, niespieszne tempo, sugestywny montaż i powściągliwa rola Rotha dały w sumie niezwykle intensywny efekt. W finale twórca stawia kropkę nad „i”, ale też niestety pozbawia film tajemnicy i otwartości na interpretację.
Chociaż Franco idzie pod koniec o krok za daleko, to i tak „Sundown” trzeba dopisać do listy jego wielkich dzieł. Nowy film Meksykanina co prawda nie porusza tak dogłębnie jak „Opiekun” czy „Pragnienie miłości”, ale absolutnie zachwyca formą. Każda scena jest rozplanowana z pietyzmem godnym Hitchcocka i mimo że historia roi się od potencjalnych dłużyzn, to „Sundown” płynie wartko i bez przeszkód, prowadzone niezwykle pewną ręką. W miarę czasu upływającego od seansu entuzjazm nieco opada, bo to raczej dzieło do przeżywania „tu i teraz” oraz do ciągłego zastanawiania się z ciekawością: „jak on to zrobił?”. Franco udowadnia, że należy do współczesnej reżyserskiej czołówki, ale tworzył już filmy bardziej trzewiowe, na dłużej zostające w głowie i pod powiekami. „Sundown” okazuje się przede wszystkim niepozornym arcydziełem formalnym. Nijak nie możemy empatyzować z przedstawionym w nim człowiekiem w kryzysie, więc pozostaje nam zachwyt kolejnymi kadrami utrwalającymi piękno świata, którego Neil nie jest w stanie dostrzec.
„Sundown”. Scenariusz i reżyseria: Michel Franco. Obsada: Tim Roth, Charlotte Gainsbourg, Iazua Larios. Meksyk 2021, 83 min.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

