ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 października 19 (475) / 2023

Zuzanna Kłosek,

KAPELUSZE Z GŁÓW! ('ONE PIECE' - SEZON 1)

A A A
Wielokrotnie zdarzało się, że za pewne projekty zabierali się niewłaściwi ludzie. Jest to zjawisko, które możemy zaobserwować w każdej branży, w tym, oczywiście, filmowej. Od początków kina powstało wiele nieudanych produkcji – filmów, seriali, adaptacji. Być może zwłaszcza adaptacji.

Złą sławą w tej dziedzinie cieszyły się przede wszystkim adaptacje gier, mang i wiele projektów zrealizowanych przez Netfliksa, w tym kontynuacje ,,dobrych” seriali, które pod egidą tej marki obniżyły poziom tak drastycznie, że nie było co zbierać (jak chociażby nieszczęsny ,,Lucyfer”, wykupiony od stacji FOX po trzecim sezonie), a także przenoszenie znanych, animowanych produkcji na język live action.

Prawdziwą kompilacją tego wszystkiego jest ostatni ,,One Piece” – adaptacja mangi, wyprodukowana przez Netflix w konwencji live action. Jeśli obserwowało się wcześniejsze poczynania serwisu w tej dziedzinie, na przykład ,,Notatnik śmierci” z 2017 roku, nie byłoby dużym zaskoczeniem, gdyby i ten projekt okazał się niesamowitą klapą. Tym bardziej, że oczekiwania fanów, których od 1997 roku, kiedy ukazał się pierwszy rozdział mangi, wyrosła już cała armia, były niemałe. Można by wręcz powiedzieć, że to projekt równie karkołomny, co wyprawa Luffy’ego po skarb Gol D. Rogera. I tak samo jak jego przygody, w adaptacji Netfliksa, o dziwo, trudno dopatrywać się porażki.

Ekranizacja historii takiej jak ,,One Piece”, to niełatwe zadanie, co pokazało nam już anime, wyprodukowane w 1999 roku przez studio Production I.G. Mimo że w teorii jest to najwierniejsza adaptacja, jaką można sobie wyobrazić, animacja ma swoje liczne minusy, z których prawdopodobnie największy stanowi tempo akcji. Choć tekst źródłowy osiągnął kolosalne rozmiary (na chwilę obecną 1065 rozdziałów w 105 tomach), anime dodatkowo go przerosło, co jednak nie szło w parze z jakością. Wiele scen zostało wydłużonych, byleby tylko wypełnić jakoś czas antenowy, a między oryginalną historię wpleciono wiele fillerów, w większości niestety przybijająco nieciekawych. Nie sądziłam, by netfliksowa adaptacja mogła okazać się lepsza, i sceptycznie oczekiwałam dnia premiery.

Pierwszy odcinek niemal wpisał się w moje oczekiwania. Było znośnie, ale raczej nic ponad to, nie wszystko wyglądało tak dobrze, jak, moim zdaniem, mogło. Oglądając go, miałam na uwadze, że przeniesienie mangi na język filmu nie jest proste, zwłaszcza takiej jak ,,One Piece” Eiichiro Ody. Twórcy stanęli w końcu przed zadaniem odwzorowania niezwykle barwnego świata, wielości lokacji i postaci, w tym chociażby użytkowników Diabelskich Owoców czy Ryboludzi. Po prostu założyłam, że to nie może się udać, równocześnie szykując swój osobisty koncert życzeń – to zrobiłabym tak, to inaczej, tego nie zrobiłabym wcale.

Później jednak, wraz z kolejnymi odcinkami, było tylko lepiej. Drobne niedociągnięcia, które oczywiście się zdarzały, łatwo wybaczyć, obserwując, jak sprawnie twórcy poradzili sobie z tym wyzwaniem. Netfliksowy ,,One Piece” nie jest bowiem do końca tym, co fani znali z mangi i anime. Oczywiście, to wciąż historia tej samej, nietuzinkowej załogi Luffy’ego, wiele rzeczy zostało jednak zmienionych. W tej sytuacji nasuwa się pytanie: ile ,,One Piece” powinno być w nowym ,,One Piece”? Odpowiedź dostajemy w trakcie seansu: właśnie tyle.

Wielość wątków, które składają się na mangę, byłaby wręcz niemożliwa do ściśnięcia w kilku godzinach jednego sezonu – bowiem historia ukazana w tych ośmiu odcinkach serialu obejmuje około czterdziestu pięciu odcinków anime. Spodziewałam się, że mnóstwo elementów zostanie po prostu wyciętych. Jakież było zatem moje zaskoczenie, kiedy znane wątki i bohaterowie zostali wykorzystani w zupełnie inny sposób! Na szczególne uznanie zasługuje według mnie świetnie rozwinięty wątek Coby’ego, który zamiast zniknąć widzom z oczu, już po pierwszym odcinku stał się niemal drugim głównym bohaterem.

Poza tym na ekranie możemy być świadkami niesamowitej wręcz dbałości o szczegóły – nie tylko w kwestii opowiedzenia historii najlepiej, jak to możliwe, ale również tam, gdzie ktoś inny mógłby to uznać za zbędne. W każdym odcinku możemy bowiem dostrzec wiele mrugnięć do fanów oryginału. Znane postaci z listów gończych obserwujące bohaterów, stroje aktorów inspirowane okładkami mang czy sceny nakręcone niemal klatka po klatce według paneli mangi.

Bez wątpienia na udział w tym sukcesie miało wpływ czujne oko Eiichiro Ody, twórcy oryginału, który czuwał nad całym projektem jako konsultant kreatywny – od scenariusza po jego realizację i dobór obsady, która również dołożyła swoją niemałą cegiełkę. Choć załoga, którą możemy zobaczyć na ekranie, nie jest dokładnie tymi samymi Słomkowymi Kapeluszami, których fani znają z mangi i anime, aktorzy bez wątpienia włożyli w swoje postacie całe serce, ostatecznie tworząc ekipę, z którą po prostu chciałoby się spędzić jeszcze trochę czasu, wypić kawę, ewentualnie wypłynąć na bezkresne wody Grand Line. Cała piątka wykonała kawał dobrej roboty, a należy pamiętać, że do załogi dołączy w przyszłości jeszcze kilka twarzy, choć w tej chwili nie wiemy jeszcze, kto wcieli się w pozostałych bohaterów.

Oczywiście, nie oznacza to, że netfliksowy ,,One Piece” jest idealny. Nie wszystkie rekwizyty wyglądają wspaniale, a wiele wątków musiało zostać maksymalnie spłyconych i czasem czułam, że lepiej rozumiem akcję – lub potrafię usprawiedliwić pewne wydarzenia – ponieważ znam oryginał. Nie zgadzam się z niektórymi decyzjami artystycznymi (gdyby ktoś zapytał mnie o zdanie, może zasugerowałabym postawienie na minimalnie mroczniejszy klimat?), nie każda charakteryzacja (ze szczególnym uwzględnieniem Shanksa, który bardziej od swojego pierwowzoru przypomina Michała Wiśniewskiego) czy eksponat mi się podoba – choć przy tym ostatnim na pewno należy dodać, że postawienie w większości na efekty praktyczne niż CGI dodało produkcji niemało uroku.

Z całą pewnością jednak oddane zostało to, czego serial potrzebował najbardziej – duch i klimat oryginału. Jest to kolejny element, który sprawia, że ten świat jako live action mógł okazać się absolutnym niewypałem; świat ,,One Piece” jest niesamowity, pokręcony, momentami wręcz abstrakcyjny. Człowiek-guma? Mamy to! Admirał marynarki w psiej czapce? Mamy to! Ryboludzie, styl walki trzema mieczami i ślimakofony? Mamy to! Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak twórcom udało się przenieść to wszystko do serialu. Nowy ,,One Piece” jest absurdalny – tak, jak absurdalny być powinien – a jednocześnie śmiech (i to całkowicie szczery) wywołuje w zasadzie tylko tam, gdzie powinien go wywołać.

Kolejnym niezaprzeczalnym atutem jest to, jak serial trafia nie tylko do tych widzów, którzy nie znali oryginału, ale nawet do tych, których oryginał odstraszył (pozdrawiam moją siostrę, która jest idealnym przykładem). Nie da się ukryć, że ważne jest tutaj nie tylko szybsze niż w anime tempo akcji. Dużą rolę gra również większa przystępność świata przedstawionego – po prostu w serialu występuje mniej komplikacji.

Przyszłość serialu wciąż może budzić obawy – należy pamiętać, że następni członkowie załogi będą stanowić kolejne wyzwanie dla twórców, możemy się bowiem spodziewać przynajmniej dwóch kolejnych użytkowników Diabelskich Owoców, w tym renifera z mocą ludź-ludziowocu, a do tego dochodzą wszystkie dziwactwa, jakie ma do zaoferowania Grand Line, i przede wszystkim ogrom świata przedstawionego.

Z całą pewnością można stwierdzić, że nowy ,,One Piece” zaskakuje – formą i treścią. W internecie nietrudno natrafić na liczne wyrazy tego zaskoczenia; jak chociażby komentarze w serwisie Filmweb. Z wielu z nich bije to samo, co z niniejszej recenzji: sceptyczne nastawienie na początku i duże pokłady uznania na końcu. Trzeba przyznać, że ocena 8,1/10 jest w pełni zasłużona. Na tym etapie pozostaje jedynie mieć nadzieję, że obiecany drugi sezon nie obniży lotów, a Netflix wciąż będzie nas pozytywnie zaskakiwać.
,,One Piece” sezon 1. Showrunnerzy: Matt Owens, Steven Maeda. Obsada: Inaki Gody, Emily Rudd, Mackenyu. Stany Zjednoczone, Japonia, RPA, Wielka Brytania 2023.