ILE PIEGÓW MA NOWY PAN KLEKS? ('AKADEMIA PANA KLEKSA')
A
A
A
Wyobraźmy to sobie: Hagrid zjawia się w drzwiach Dursleyów i oznajmia Harry’emu, że został przyjęty do Szkoły Magii i Czarodziejstwa. Ale Harry nigdzie się nie wybiera. Cała ta magiczna historia jawi się mu jako stek bzdur, w który nie zamierza się mieszać. Mniej więcej tak prezentuje się początek nowej „Akademii Pana Kleksa”.
20 grudnia miałam przyjemność uczestniczyć w uroczystej premierze nowej adaptacji książki Jana Brzechwy w kinie Helios w Katowicach. Obecność aktorów, w tym Tomasza Kota, oraz samego reżysera, Macieja Kawulskiego, generowała pewne oczekiwania wobec tego wydarzenia oraz samego filmu. Po seansie muszę jednak przyznać, że nowa ekranizacja „Akademii…” wywołała we mnie mieszane odczucia.
Już od pierwszych zapowiedzi film wzbudzał kontrowersje. Oczekujących na premierę widzów przede wszystkim bulwersowała zamiana dobrze wszystkim znanego Adasia Niezgódki na Adę, co zdawało się być kolejnym przejawem „niepotrzebnej poprawności politycznej”. Mnie osobiście sam fakt zmiany głównego bohatera ani trochę jednak nie przeszkadzał. Wręcz przeciwnie – cieszyłam się, że polski Hogwart otworzył swoje podwoje także dla dziewcząt.
Twórcy zresztą bardzo dobrze przedstawili tę nową sytuację; w żadnym momencie nie czułam, że sprowadzenie do Akademii dzieci z całego świata zostało zorganizowane na siłę. Przyjemnie było wierzyć, że w tej nowej formie każdy ma szansę uczestniczyć w lekcjach z Panem Kleksem, nawet jeśli nie był chłopcem, którego imię zaczynało się na literę A. Kto, mając jedenaście lat, czekał na list przyniesiony przez sowę, ten wie, o czym mówię.
Przyjemną odmianą w stosunku do znanej wszystkim adaptacji z 1983 roku była również odświeżona warstwa wizualna. Pierwsza scena z udziałem wilków, czy też wilkusów, zdecydowanie robi wrażenie, a ich własny język niemal przeniósł mnie do Mordoru, od razu budząc skojarzenie z Orkami. Oto zapowiadało się najprawdziwsze, widowiskowe, polskie fantasy! Początkowy zachwyt szybko jednak uleciał. Efekty, które w porównaniu z poprzednią ekranizacją jawiły się jako niesamowite, szybko okazały się bardziej znakiem czasu niż dobrze przemyślaną wizją artystyczną. Czy pierwszy lot nad magiczną krainą robił wrażenie? Oczywiście, że tak. Ale przesyt kolorów i efektów szybko przestał być imponujący, a świat przedstawiony wcale nie jawił się tak magicznie, jak – przynajmniej moim zdaniem – powinien.
A może dziesiąta muza nie ma już widzom nic do zaoferowania? Bo chociaż to nie Kraina Czarów Tima Burtona, kleksoland wciąż jest przyjemny dla oka, a otoczenie – pełne zaczarowanych szczegółów, które równie łatwo dostrzec i docenić, co przegapić. Docenić należy również charakteryzację bohaterów, przede wszystkim Mateusza, który nie jest już poruszaną za pomocą sznurka kukiełką, a imponującą sową (czemu nie szpakiem? nie mam pojęcia) lub człowiekiem z dziobem, usiłującym odzyskać dawną formę mimo braku guzika.
Największe wątpliwości zdecydowanie wzbudza strona fabularna. Idąc do kina, obawiałam się, że jeszcze raz zobaczę tę samą historię znaną z książki i poprzedniej adaptacji filmowej. Tutaj spotkało mnie pozytywne zaskoczenie. To rzeczywiście jest „całkiem nowa bajka”. Wymieszanie starych i nowych elementów dawało przyjemny efekt, ale tak jak w przypadku strony wizualnej – tylko na początku. Kiedy historia zaczęła nabierać tempa, miałam poczucie, że reżyser coraz mniej przykładał się do poszczególnych etapów, byleby tylko pchnąć fabułę do przodu. Opowieść szybko stała się nieangażująca i zbyt chaotyczna, jakby nie wszystkie fragmenty pasowały do siebie nawzajem. W tych miejscach natomiast, gdzie wszystko trzymało się kupy, przebieg akcji był do bólu przewidywalny.
Zdecydowanie brakowało mi także samego Pana Kleksa. Poza Antoniną Litwiniak w roli Ady, to przecież Tomasz Kot miał być twarzą tej produkcji, ale na ekranie było go zaskakująco mało. Utonął gdzieś w tłumie swoich wychowanków, wciąż zmieniającego formę Mateusza i armii bajkowych postaci i stworzeń.
Oczywiście, można powiedzieć, że to nie jest historia Kleksa. Jego jest tylko Akademia, ale opowieść dotyczy Ady. Rzecz w tym, że nie wzbudziła ona mojej szczególnej sympatii, nie potrafiłam się zżyć z nią jako główną bohaterką. O wiele silniej przemawiała do mnie postać Alberta (Konrad Repiński), dlatego tym bardziej bolało mnie, że jego udział w historii został potraktowany po macoszemu. Warstwy aktorskiej broniła również Danuta Stenka, w wartej zapamiętania roli czarnego charakteru.
W którymś momencie przyszło mi do głowy, że ten film po prostu nie jest dla mnie. To w końcu bajka dla dzieci! Powinna podobać się dzieciom i jeśli tak jest, wszystko w najlepszym porządku. Przecież te wszystkie przejaskrawione dialogi nie zostały napisane z myślą o nudnych, pozbawionych wyobraźni dorosłych, których licznik piegów spadł już do zera…
Problem polega na tym, że nie jestem pewna, czy film trafi do młodszych widzów. Na sali kinowej, w której wyświetlano premierowy seans, były bowiem dzieci, a jedno z nich siedziało na tyle blisko (i mówiło na tyle głośno), że nietrudno było domyślić się jego opinii; „Mamo, długo jeszcze?”, „Mamo, idziemy już?”, „Mamo, mogę zjeść twój kukurydziany batonik?”.
Oczywiście, na sali było też wiele dzieci, których nie słyszałam. Nie wykluczam, że im film się podobał. Wątpię jednak, bym szybko wyrzuciła z głowy obraz tego jednego marudy, dla którego świat bajek i wyobraźni okazał się rozczarowaniem. Trudno ocenić także, kim właściwie mają być ci „młodsi widzowie”, bo niektóre sceny wymagają czytania napisów. Czyżby twórcy nie przewidzieli, że film będą oglądały dzieci?
Film nie zawsze wywoływał również zamierzoną reakcję. Publiczność śmiała się może na co trzecim żarcie, zwłaszcza te dotyczące incydentów kałowych z udziałem Mateusza wydawały się nietrafione. Śmiech budziły za to sceny z udziałem księcia Wincenta. Po seansie zapytałam Daniela Walaska, dlaczego niemal każda scena z jego udziałem została zmontowana w slow motion. „Dla efektu” – usłyszałam. Wydaje mi się jednak, że nie o taki efekt chodziło.
Nie wszystkie elementy zostały dostatecznie dobrze przemyślane. Niektóre wątki nie wnosiły prawie nic do fabuły, zabierały za to cenny czas, którego zabrakło do szerszego omówienia innych. Sporo uwagi zostało poświęconej zaczarowanym rękawiczkom, które ostatecznie niczego nie zmieniły, ale (w zamyśle) emocjonująca scena na jeziorze zdawała się wciśnięta do scenariusza. Podobnie emocji nie wywoływał zbytnio atak na Akademię – nie czuło się ani atmosfery zagrożenia, ani ducha walki Ady i innych wychowanków, nie wspominając o Panu Kleksie, który „zapomniał, że włada jakąkolwiek magią” (Muszyński 2023).
Przy tych wszystkich słabych stronach należy jednak pamiętać, że adaptacja filmowa „Akademii Pana Kleksa” nie jest prostym zadaniem. Poprzedni film, który dzisiaj obrósł mianem kultowego, także nie był idealny. Nie zestarzał się najlepiej, tempo narracji pozostawia wiele do życzenia, podobnie jak brak efektywności większości scen czy słaba gra aktorska młodego Sławomira Wronki (Adasia). Młodsi widzowie będą też z pewnością wdzięczni Kawulskiemu za to, że jego wilkusy nie wywołują koszmarów sennych.
Na plus nowej wersji należy też odnotować muzykę. Nowe odsłony znanych utworów mogą nie trafić w gusta każdego, jednak młodszym widzom na pewno bardziej spodobają się te żywsze warianty, a starsi być może docenią oszczędne i przemyślane ich wykorzystanie, ponieważ sceny z elementem muzycznym, zwłaszcza z piosenkami w wykonaniu samych postaci, pojawiają się tam, gdzie powinny, i trwają tyle, ile trzeba.
Równocześnie muszę przyznać, że jestem ciekawa kontynuacji. Zakończenie filmu zdecydowanie nie było dla mnie satysfakcjonujące, zarówno ze względu na wątek Alberta, jak i ojca Ady, Aleksandra Niezgódki. Pozostaje zatem pytanie, czy druga część uzupełni luki i nada pierwszej sensu, czy też okaże się jedynie przedłużeniem tego bałaganu.
Bałaganem zdecydowanie nie jest natomiast wystawa poświęcona filmowi, otwarta w Fabryce Porcelany w Katowicach, chociaż odrobina chaosu jest w niej widoczna i jak najbardziej pożądana. „Kleks. Magia Kina” to niesamowite miejsce, które warto odwiedzić zarówno po seansie, jak i jako fan filmów w ogóle, jako dziecko, i jako dorosły. Możliwość podziwiania rekwizytów z bliska, odwiedzenia Pokoju Chorych Sprzętów i sali lekcyjnej czy zrobienia sobie kilku magicznych zdjęć w specjalnie przygotowanych punktach to atrakcje nie tylko dla najmłodszych.
Pozostaje jeszcze pytanie o cel. Nie widzę w tym filmie następnego „skoku na kasę”, złapania znanego już tytułu, by zarobić na nim raz jeszcze; w końcu „Akademia Pana Kleksa” ma już swoje lata i nie aż tylu fanów. Wydaje mi się, że ta produkcja rzeczywiście miała wnieść w życie dzieci trochę magii i powiedzieć im coś istotnego. Dla mnie wybrana forma, w którą ubrano te wartości, nie była najlepsza, okazała się zbyt oczywista, a za mało artystyczna. Jednak o to, czy film nauczył dzieci czegoś ważnego, tak naprawdę należałoby zapytać je same. Być może mój licznik piegów jest już na to za niski.
LITERATURA:
D. Muszyński [2023]: „Akademia Pana Kleksa – recenzja filmu”. https://naekranie.pl/recenzje/akademia-pana-kleksa-recenzja-filmu.
20 grudnia miałam przyjemność uczestniczyć w uroczystej premierze nowej adaptacji książki Jana Brzechwy w kinie Helios w Katowicach. Obecność aktorów, w tym Tomasza Kota, oraz samego reżysera, Macieja Kawulskiego, generowała pewne oczekiwania wobec tego wydarzenia oraz samego filmu. Po seansie muszę jednak przyznać, że nowa ekranizacja „Akademii…” wywołała we mnie mieszane odczucia.
Już od pierwszych zapowiedzi film wzbudzał kontrowersje. Oczekujących na premierę widzów przede wszystkim bulwersowała zamiana dobrze wszystkim znanego Adasia Niezgódki na Adę, co zdawało się być kolejnym przejawem „niepotrzebnej poprawności politycznej”. Mnie osobiście sam fakt zmiany głównego bohatera ani trochę jednak nie przeszkadzał. Wręcz przeciwnie – cieszyłam się, że polski Hogwart otworzył swoje podwoje także dla dziewcząt.
Twórcy zresztą bardzo dobrze przedstawili tę nową sytuację; w żadnym momencie nie czułam, że sprowadzenie do Akademii dzieci z całego świata zostało zorganizowane na siłę. Przyjemnie było wierzyć, że w tej nowej formie każdy ma szansę uczestniczyć w lekcjach z Panem Kleksem, nawet jeśli nie był chłopcem, którego imię zaczynało się na literę A. Kto, mając jedenaście lat, czekał na list przyniesiony przez sowę, ten wie, o czym mówię.
Przyjemną odmianą w stosunku do znanej wszystkim adaptacji z 1983 roku była również odświeżona warstwa wizualna. Pierwsza scena z udziałem wilków, czy też wilkusów, zdecydowanie robi wrażenie, a ich własny język niemal przeniósł mnie do Mordoru, od razu budząc skojarzenie z Orkami. Oto zapowiadało się najprawdziwsze, widowiskowe, polskie fantasy! Początkowy zachwyt szybko jednak uleciał. Efekty, które w porównaniu z poprzednią ekranizacją jawiły się jako niesamowite, szybko okazały się bardziej znakiem czasu niż dobrze przemyślaną wizją artystyczną. Czy pierwszy lot nad magiczną krainą robił wrażenie? Oczywiście, że tak. Ale przesyt kolorów i efektów szybko przestał być imponujący, a świat przedstawiony wcale nie jawił się tak magicznie, jak – przynajmniej moim zdaniem – powinien.
A może dziesiąta muza nie ma już widzom nic do zaoferowania? Bo chociaż to nie Kraina Czarów Tima Burtona, kleksoland wciąż jest przyjemny dla oka, a otoczenie – pełne zaczarowanych szczegółów, które równie łatwo dostrzec i docenić, co przegapić. Docenić należy również charakteryzację bohaterów, przede wszystkim Mateusza, który nie jest już poruszaną za pomocą sznurka kukiełką, a imponującą sową (czemu nie szpakiem? nie mam pojęcia) lub człowiekiem z dziobem, usiłującym odzyskać dawną formę mimo braku guzika.
Największe wątpliwości zdecydowanie wzbudza strona fabularna. Idąc do kina, obawiałam się, że jeszcze raz zobaczę tę samą historię znaną z książki i poprzedniej adaptacji filmowej. Tutaj spotkało mnie pozytywne zaskoczenie. To rzeczywiście jest „całkiem nowa bajka”. Wymieszanie starych i nowych elementów dawało przyjemny efekt, ale tak jak w przypadku strony wizualnej – tylko na początku. Kiedy historia zaczęła nabierać tempa, miałam poczucie, że reżyser coraz mniej przykładał się do poszczególnych etapów, byleby tylko pchnąć fabułę do przodu. Opowieść szybko stała się nieangażująca i zbyt chaotyczna, jakby nie wszystkie fragmenty pasowały do siebie nawzajem. W tych miejscach natomiast, gdzie wszystko trzymało się kupy, przebieg akcji był do bólu przewidywalny.
Zdecydowanie brakowało mi także samego Pana Kleksa. Poza Antoniną Litwiniak w roli Ady, to przecież Tomasz Kot miał być twarzą tej produkcji, ale na ekranie było go zaskakująco mało. Utonął gdzieś w tłumie swoich wychowanków, wciąż zmieniającego formę Mateusza i armii bajkowych postaci i stworzeń.
Oczywiście, można powiedzieć, że to nie jest historia Kleksa. Jego jest tylko Akademia, ale opowieść dotyczy Ady. Rzecz w tym, że nie wzbudziła ona mojej szczególnej sympatii, nie potrafiłam się zżyć z nią jako główną bohaterką. O wiele silniej przemawiała do mnie postać Alberta (Konrad Repiński), dlatego tym bardziej bolało mnie, że jego udział w historii został potraktowany po macoszemu. Warstwy aktorskiej broniła również Danuta Stenka, w wartej zapamiętania roli czarnego charakteru.
W którymś momencie przyszło mi do głowy, że ten film po prostu nie jest dla mnie. To w końcu bajka dla dzieci! Powinna podobać się dzieciom i jeśli tak jest, wszystko w najlepszym porządku. Przecież te wszystkie przejaskrawione dialogi nie zostały napisane z myślą o nudnych, pozbawionych wyobraźni dorosłych, których licznik piegów spadł już do zera…
Problem polega na tym, że nie jestem pewna, czy film trafi do młodszych widzów. Na sali kinowej, w której wyświetlano premierowy seans, były bowiem dzieci, a jedno z nich siedziało na tyle blisko (i mówiło na tyle głośno), że nietrudno było domyślić się jego opinii; „Mamo, długo jeszcze?”, „Mamo, idziemy już?”, „Mamo, mogę zjeść twój kukurydziany batonik?”.
Oczywiście, na sali było też wiele dzieci, których nie słyszałam. Nie wykluczam, że im film się podobał. Wątpię jednak, bym szybko wyrzuciła z głowy obraz tego jednego marudy, dla którego świat bajek i wyobraźni okazał się rozczarowaniem. Trudno ocenić także, kim właściwie mają być ci „młodsi widzowie”, bo niektóre sceny wymagają czytania napisów. Czyżby twórcy nie przewidzieli, że film będą oglądały dzieci?
Film nie zawsze wywoływał również zamierzoną reakcję. Publiczność śmiała się może na co trzecim żarcie, zwłaszcza te dotyczące incydentów kałowych z udziałem Mateusza wydawały się nietrafione. Śmiech budziły za to sceny z udziałem księcia Wincenta. Po seansie zapytałam Daniela Walaska, dlaczego niemal każda scena z jego udziałem została zmontowana w slow motion. „Dla efektu” – usłyszałam. Wydaje mi się jednak, że nie o taki efekt chodziło.
Nie wszystkie elementy zostały dostatecznie dobrze przemyślane. Niektóre wątki nie wnosiły prawie nic do fabuły, zabierały za to cenny czas, którego zabrakło do szerszego omówienia innych. Sporo uwagi zostało poświęconej zaczarowanym rękawiczkom, które ostatecznie niczego nie zmieniły, ale (w zamyśle) emocjonująca scena na jeziorze zdawała się wciśnięta do scenariusza. Podobnie emocji nie wywoływał zbytnio atak na Akademię – nie czuło się ani atmosfery zagrożenia, ani ducha walki Ady i innych wychowanków, nie wspominając o Panu Kleksie, który „zapomniał, że włada jakąkolwiek magią” (Muszyński 2023).
Przy tych wszystkich słabych stronach należy jednak pamiętać, że adaptacja filmowa „Akademii Pana Kleksa” nie jest prostym zadaniem. Poprzedni film, który dzisiaj obrósł mianem kultowego, także nie był idealny. Nie zestarzał się najlepiej, tempo narracji pozostawia wiele do życzenia, podobnie jak brak efektywności większości scen czy słaba gra aktorska młodego Sławomira Wronki (Adasia). Młodsi widzowie będą też z pewnością wdzięczni Kawulskiemu za to, że jego wilkusy nie wywołują koszmarów sennych.
Na plus nowej wersji należy też odnotować muzykę. Nowe odsłony znanych utworów mogą nie trafić w gusta każdego, jednak młodszym widzom na pewno bardziej spodobają się te żywsze warianty, a starsi być może docenią oszczędne i przemyślane ich wykorzystanie, ponieważ sceny z elementem muzycznym, zwłaszcza z piosenkami w wykonaniu samych postaci, pojawiają się tam, gdzie powinny, i trwają tyle, ile trzeba.
Równocześnie muszę przyznać, że jestem ciekawa kontynuacji. Zakończenie filmu zdecydowanie nie było dla mnie satysfakcjonujące, zarówno ze względu na wątek Alberta, jak i ojca Ady, Aleksandra Niezgódki. Pozostaje zatem pytanie, czy druga część uzupełni luki i nada pierwszej sensu, czy też okaże się jedynie przedłużeniem tego bałaganu.
Bałaganem zdecydowanie nie jest natomiast wystawa poświęcona filmowi, otwarta w Fabryce Porcelany w Katowicach, chociaż odrobina chaosu jest w niej widoczna i jak najbardziej pożądana. „Kleks. Magia Kina” to niesamowite miejsce, które warto odwiedzić zarówno po seansie, jak i jako fan filmów w ogóle, jako dziecko, i jako dorosły. Możliwość podziwiania rekwizytów z bliska, odwiedzenia Pokoju Chorych Sprzętów i sali lekcyjnej czy zrobienia sobie kilku magicznych zdjęć w specjalnie przygotowanych punktach to atrakcje nie tylko dla najmłodszych.
Pozostaje jeszcze pytanie o cel. Nie widzę w tym filmie następnego „skoku na kasę”, złapania znanego już tytułu, by zarobić na nim raz jeszcze; w końcu „Akademia Pana Kleksa” ma już swoje lata i nie aż tylu fanów. Wydaje mi się, że ta produkcja rzeczywiście miała wnieść w życie dzieci trochę magii i powiedzieć im coś istotnego. Dla mnie wybrana forma, w którą ubrano te wartości, nie była najlepsza, okazała się zbyt oczywista, a za mało artystyczna. Jednak o to, czy film nauczył dzieci czegoś ważnego, tak naprawdę należałoby zapytać je same. Być może mój licznik piegów jest już na to za niski.
LITERATURA:
D. Muszyński [2023]: „Akademia Pana Kleksa – recenzja filmu”. https://naekranie.pl/recenzje/akademia-pana-kleksa-recenzja-filmu.
„Akademia Pana Kleksa”. Reżyseria: Maciej Kawulski. Scenariusz: Krzysztof Gureczny, Agnieszka Kruk. Obsada: Tomasz Kot, Antonina Litwiak, Piotr Fronczewski. Polska 2023, 125 min.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |










ISSN 2658-1086

