ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 maja 9 (489) / 2024

Marek Kowalski,

DLACZEGO LEPIEJ UCZYĆ KUNG FU PANDĘ NIŻ LISA ('KUNG FU PANDA 4')

A A A
8 marca 2024 roku na ekranach polskich kin zagościła czwarta część serii o pandzie, mistrzu kung fu – Po (Jack Black). Film ten znany jest z familijnego poczucia humoru, przepięknej i szczegółowej animacji, świetnej oprawy muzycznej, ale przede wszystkim z przekazu na poziomie moralnym o przeciwnościach losu, predyspozycjach, talencie, przeznaczeniu, cierpieniu oraz dążeniu do celu. Najnowsza część animacji studia DreamWorks niestety nie jest pozbawiona wad, które w pewien sposób „odrywają” ją od poprzedniej trylogii. Docelowo to oczywiście kontynuacja, jednak na podstawie fabuły i charakterologii postaci brakuje nawiązań i nauk, jakie chińska panda powinna przekazywać w kolejnej części.

Reżyserzy na przestrzeni każdej „Kung Fu Pandy” zmieniali się (za wyjątkiem Jennifer Yuh Nelson, która reżyserowała część drugą oraz współreżyserowała trzecią), jednak w każdej z czterech produkcji scenariusz był napisany przez te same osoby (Jonathan Aibel, Glenn Berger). Skłaniałoby to do oczekiwania ciągłości historii, czego tutaj nie doświadczymy. Nie jest to odczuwalne za wyjątkiem kilku znajomych postaci zaraz na początku filmu, które niestety wcale nie okazują się istotne z perspektywy całego seansu, a jedynie traktowane jako wprowadzenie do nowej przygody mistrza Po – mistrza, a nie ucznia, jakim zdecydowanie był przez pierwsze dwie i pół części. W przedostatniej produkcji, z 2016 roku, widać stopniową zmianę głównej postaci, która na samym końcu filmu po przebytej drodze ze studenta – i to dosyć nieudolnego – zostaje nauczycielem sztuk walki dla całej wioski pand.

Animacja wciąż prezentuje wysoki poziom. Nie widzimy diametralnego przeskoku, jednak szczegółowość zwłaszcza łusek na gadzich postaciach jest zdecydowanie wyraźniejsza w porównaniu do poprzednich części. Zestawiając takie postacie z poprzednich produkcji, jak Żmija (Lucy Liu), mistrz Oogway (Randall Duk Kim), z najnowszą główną antagonistką – Kameleoną (Viola Davis), widzimy subtelną poprawę, aczkolwiek już sama część pierwsza z 2008 roku animacyjnie postawiła na tyle wysoko poprzeczkę, że poprawa – mimo iż jest dostrzegalna – nie rzuca się w oczy. Choreografia walk niestety nie pozwoliła pokazać głębi i możliwości animacji. Jedynie ucieczka Po i Zhen (Awkwafina) przed strażą w samym centrum zatłoczonego miasta jest przyjemna i dynamiczna. Finalna walka zaprojektowana została na małej arenie, odbierając wiele możliwości ruchowych zwłaszcza otoczenia, a przecież na tym opiera się ikoniczność ostatniej walki w części pierwszej z Tai Lungiem (Ian McShane). Ostatnim przeciwnikiem najnowszej produkcji jest kameleonica, która przy pomocy magii potrafi wchłonąć moc każdej istoty oraz się w nią zmieniać. Potencjał walki z wieloma przeciwnikami o różnym stylu i możliwościach nie został wykorzystany. Walka była szybka, jej choreografia nużąca – opierająca się na jednym ciosie i szybkiej zmianie antagonistki w inne zwierzę. Tak naprawdę nic poza formą wizualną przeciwników nie ulegało tu zmianie, co nie pozwoliło na poczucie trudności, wyzwania i tak lubianej przez Po „epickości” pojedynku.

Nad oprawą muzyczną dalej pieczę sprawował zasłużony i wielokrotnie nagrodzony za dzieła w przemyśle filmowym kompozytor Hans Zimmer wraz ze Steve’em Mazzaro. W oprawie audio możemy mówić maksymalnie o poprawności. Utwory takie jak „The Arrival of Kai”, „Oogway Legacy” z trzeciej części, „Oogway Ascends” z pierwszej są zapisem nutowym całego klimatu Doliny Spokoju i wydarzeń, jakich mogliśmy być świadkami na ekranach kin. W czwartej części muzyka jest spójna z tym, co dzieje się aktualnie na ekranie, pasuje do akcji i wydarzeń, pokazywanych w danym momencie filmu, jednak nic nie zapada w pamięć jako utwór sam w sobie, który w zaciszu domu, na kanapie, w ciemności pozwoliłby nam się przenieść w myślach do zwierzęcego świata kung fu.

Fabularnie drugą najistotniejszą postacią poza tytułowym bohaterem jest Zhen – cwana lisica, która swoim sprytem i podstępnością radzi sobie w wielkim mieście jako przestępczyni. Ich spotkanie w jadeitowym pałacu spowodowane było chęcią kradzieży pradawnych artefaktów i mitycznych broni przez Zhen, jednak Smoczy Wojownik z lekkim trudem schwytał (jak mu się wydawało) zwykłą . Po rozmowie w celi okazuje się, że już nie tylko rodzinna wieś Pandy leżąca w Dolinie Spokoju, ale całe Chiny są zagrożone przez potężną czarodziejkę. Lisica staje się uczennicą, potencjalną przyszłą Smoczą Wojowniczką, mistrzynią prastarych sztuk walki, a Po powoli wchodzi w rolę twórcy kung fu – mistrza Oogwaya, stając się mędrcem. Na nieszczęście dla najnowszej produkcji zarówno postacie ucznia, jak i jego mistrza zostały nam już przedstawione w poprzednich częściach, a ich poprowadzenie fabularne było zdecydowanie głębiej zaprezentowane, zamieszczone w trzech produkcjach, co nie wymuszało pośpiechu w nauce i drodze, jaką musiała przebyć gruba i nieporadna panda, aby stać się tym, kim jest. Mała złodziejka posiada nadprzeciętną zwinność i predyspozycje do sztuk walki, nie posiada jednak serca i chęci, jakie były nam ukazane w pierwszej części. Sama nauka dla Po w Jadeitowym Pałacu to spełnienie marzeń, wybawienie od rutyny, ucieczka przed tym, kim się jest, aby stać się tym, kim chce się być. W części czwartej „przeznaczenie” pcha Zhen na siłę w rolę ucznia Po. W produkcji, która to wszystko zaczęła, ukazano grube, nieporadne zwierzę, a ostatnie, do czego się nadaje, to jakakolwiek aktywność fizyczna. Kontrast ten był niezbędny, aby widz mógł utożsamić sytuację z trudnościami we własnym życiu. Przeciwności losu, z jakimi mierzy się panda, to brak akceptacji w środowisku, niezbyt przychylne cechy genetyczne, życie w małej wiosce, bycie wychowywanym przez niezbyt zamożnego ojczyma kaczora. Wszystko to ukazywało nam tę animację familijną jako hiperbolizację i metaforę naszych trudności, a może nawet i nas samych. Budowanie narracji o niepoddawaniu się, trudach i hartowaniu charakteru zostało w czwartej części zastąpione utalentowaną osobniczką, która marzenia innych dostaje na tacy. Przy tym nie sprawia nawet wrażenia, że tego chce lub potrzebuje.

„Kung Fu Panda 2” największy nacisk w przekazie kładła na równowagę, odnalezienie samego siebie, akceptacji swoich wad i przykrej przeszłości, aby nie kolidowało to z naszą przyszłością. W najnowszej części widać, że lisica jest zagubiona, życie zmusiło ją do wstąpienia na drogę zbrodni, nie wybrała tego z własnej woli. Była agentką na usługach czarodziejki Kameleony, aby podstępem zbliżyć się do Smoczego Wojownika i odebrać mu laskę pozwalającą otwierać portal do zaświatów. Zhen często waha się w podejmowaniu decyzji mogących zaszkodzić Po, czuje, że zbliżyła się do niego, a ich relacja stopniowo zmienia się w przyjaźń. Finalnie odwraca się od swojej pani i oprawczyni, aby dołączyć do nowego przyjaciela i pomóc bliskiej osobie, która jest z nią nie dla korzyści, czy jej talentu, ale dla osobowości. Niestety i w tym przypadku nie uświadczymy drogi tej przemiany – pominięto aspekt emocji i przemyśleń lisicy. Prezentowana jest nam raczej klasyczna i dosyć banalna scena, gdzie w finale walki z główną antagonistką Zhen wybiera ścieżkę dobra, pomagając pandzie. Scena nie jest szczególnie poruszająca, gdyż narracja całego filmu upewniała nas, że taka przemiana nadejdzie, bez głębi i prezentowanych rozterek. To zaledwie klasyczny moment, kiedy postać na samym końcu filmu wybiera ścieżkę „dobra”. Zestawiając to z częścią z 2011 roku, gdzie Smoczy Wojownik poznaje swoją przeszłość, musi poradzić sobie z utratą rodziny, informacją o adopcji, samoakceptacją jako sieroty, która w tych trudnych warunkach ma osiągnąć spokój, aby pokonać Shena (Gary Oldman) – złoczyńcę, który także nie jest pozbawiony rozterek wewnętrznych, wręcz zazdrości Po spokoju, którego on sam nie potrafi osiągnąć przez całe życie – widzimy, że część czwarta zbagatelizowała tematykę, na której opierała się cała część druga.

Panda w roli ucznia sprawuje się zdecydowanie lepiej niż w roli mistrza. Nauczycieli w całym uniwersum mamy dwóch: Oogwaya, który jest starym żółwiem, twórcą kung fu i uosobieniem mądrości i wiedzy, oraz Shifu (Dustin Hoffman), ucznia Oogwaya – pandę czerwoną, bezpośredniego nauczyciela Po, mistrza chińskich sztuk walki, mentora nie tylko głównego bohatera, ale także Wielkiej Piątki, czyli pięciu mistrzów konkretnych stylów w kung fu. Obaj mistrzowie służą wiedzą i mądrościami. Oogway pokazuje świat poprzez wiedzę teoretyczną. Znany jest z powiedzonek i przypowieści równie chwytliwych, co adekwatnych do sytuacji. Zawsze mówi odpowiednie słowa w odpowiednim momencie, nawiązując do uczuć i utrapień Po, wskazując mu drogę myślenia, jaką powinien obrać. Shifu wydobywa z grubej pandy umiejętności praktyczne, fizyczną motywację, odnajduje sposoby na zmotywowanie głównego bohatera poprzez jedzenie do aktywności fizycznych i skrajnego wysiłku, tworząc z niego niepokonaną postać. „Kung Fu Panda 4” nie prezentuje nam nic z tych dwóch świetnie napisanych i wzajemnie uzupełniających się postaci nauczyciela. W tej odsłonie Po trafił na utalentowane zwierzę, które bez problemu radzi sobie z walką, mądrości Po ukazane są w sposób humorystyczny i celowo nieporadny, aby nie wybić go z roli śmiesznej i lekko niezdarnej postaci. Tak zaprezentowanego bohatera trudno nazwać mistrzem, gdyż przez całą odsłonę serii Smoczy Wojownik niczego nie uczy. W życiu Zhen jej nowy przyjaciel pokazał jej troskę, lojalność, bliską relację – ale mówimy tu o potencjalnie najsilniejszym, przyszłym wojowniku w Chinach, który od swojego poprzednika nie dostał żadnych wskazówek życiowych, nowych technik kung fu, schematu myślenia. Dostał zwyczajną bliską relację, która równie dobrze mogłaby zostać zapoczątkowana z inną, losową postacią na drodze życiowej lisicy.

Nawet konfrontując Po z nim samym z części trzeciej, dostajemy w najnowszej produkcji wydmuszkę mistrza. W poprzedniej odsłonie Po odnalazł swoich rodziców, dokładniej całą wioskę zaginionych pand, które przygotował do walki z Kaiem (J.K. Simmons), dawnym przyjacielem mistrza Oogwaya, co już sugeruje siłę tej postaci. Indywidualnie podszedł do każdego ze swoich pobratymców, wykorzystując talent i, bazując na nim, nauczył daną postać kung fu. Potrafił wykorzystać nawet umiejętność turlania się z górki, jako technikę ofensywną. Poświęcając siebie w finałowej walce, nauczył innych, czym są rodzina, przyjaciele, rodzicielstwo, z jakimi emocjami wiąże się utrata bliskiej osoby. Prezentacja postaci Po jako nauczyciela w taki przemyślany sposób sprawia, że następująca potem część czwarta staje się niejako karykaturą pozbawioną tak dobrze napisanej postaci mistrza pandy.

Przez pierwsze trzy części widzimy drogę, jaką przebyła panda, aby stać się mistrzem kung fu. Część pierwsza pokazuje trudne początki, część druga drogę do akceptacji samego siebie, a część trzecia wkraczanie w rolę nauczyciela, który pomoże uporać się z tym, co sam Po musiał przejść. Część najnowsza sprawia wrażenie oderwanej od wszystkich tych morałów, do jakich przyzwyczaiły nas przygody pandy. Zhen, która z założenia ma być tym, kim Po w poprzednich częściach, okazuje się pozbawiona najważniejszych jego cech i przygód, które nadawały znaczenie i głębię trylogii. Nawet sam Smoczy Wojownik w roli nauczyciela nie odnajduje się zbyt dobrze, gdy mamy dostęp w przeszłości do doskonale napisanych postaci mistrzów, w tym jego samego z trzeciej części.

Koniec seansu „Kung Fu Panda 4” przez spadek jakości w choreografii walki, napisaniu postaci, przekazu i wynikającej z filmu puenty sprawia, że na ekranie mamy zaledwie biegające i walczące zwierzaki. Morałem filmu może być jedynie to, że jeśli chcemy poczuć coś więcej, odnaleźć swoje odbicie w animacji DreamWorks, nauczyć się postępowania podczas trudności życiowych, to lepiej uczyć kung fu pandę niż lisa.
„Kung Fu Panda 4”. Reżyseria: Mike Michell. Scenariusz: Jonathan Aibel, Glenn Berger. Obsada: Jack Black, Awkwafina, Viola Davis i in. Stany Zjednoczone 2024, 94 min.