ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (50) / 2006

PUSH-UP

A A A
Dramat Rolanda Schimmelpfenniga „Push Up 1–3 Ostatnie piętro”, którego inscenizację oglądać możemy na deskach Teatru Śląskiego, bardzo trafnie diagnozuje małe tragedie ludzi dążących do sukcesu zawodowego, poświęcających przy tym swe życie osobiste. Przedstawienie składa się z trzech jednoaktówek, każda opowiada o innej parze pracowników tej samej korporacji. Bohaterowie pracują na różnych stanowiskach, znajdują się na różnych etapach kariery. Na różnych poziomach wieżowca umieszczone są też ich biura. Wszystkich łączy miłość do szesnastego piętra, na którym znajdują się gabinety dyrektorów. To tam odbywają się przyjęcia, leje się szampan, unosi się słodki zapach władzy, a dywany są bardziej puszyste i kolorowe niż na innych poziomach biurowca.

Pierwsza i zarazem najlepsza jednoaktówka opowiada o spotkaniu najmłodszej kierowniczki działu, dwudziestoośmioletniej Sabiny ze współwłaścicielką korporacji – panią Kremem. Rozmowa jest pozornie swobodna, czasem bardziej prywatna niż zawodowa, jednak kobiety są wewnętrznie spięte. Bohaterki nie ufają sobie wzajemnie. Ich słowa przeplatają się z przemyśleniami na temat rozmówczyni i refleksjami na temat własnej kondycji w świecie. Rzeczywistość miesza się z myślami. Doskonałe zainscenizowanie akcji, zatrzymania, efekt przewijania taśmy i powrót do wyjściowej sytuacji pokazują pełnię relacji między bohaterkami. Nie wiadomo, czy dana kwestia została wypowiedziana naprawdę, czy miała miejsce tylko w myślach. Poznajemy działanie biurowych etykiet. Powtarzające się sytuacje sceniczne, np.: przeglądanie się w lustrze, wpisują kobiety w ten sam schemat, powielany skrupulatnie przez miliony innych. Im więcej o nich wiemy, tym bardzie wzrasta napięcie, słowa odkrywają przed nami swe dodatkowe znaczenie. Wszystko po to, by wybuchnąć w nieoczekiwany sposób i pogrążyć bohaterki w jeszcze większym zakłamaniu i poczuciu beznadziejnego uwikłania w rzeczywistość.

Powyższy obraz nie byłby tak wyrazisty, gdyby nie znakomite kreacje aktorskie. Krystyna Wiśniewska, grająca panią prezes, stworzyła portret dojrzałej kobiety sukcesu, która nie radzi sobie z upływającym czasem, ciężarem władzy i własnym wizerunkiem. Ulega najzwyklejszym wątpliwościom i pragnieniom. Ma pieniądze, ale one nie czynią jej piękną, młodą i szczęśliwą. Ma władzę, ale to nie zmienia faktu, że mąż jej nie kocha. Aktorka porusza się po scenie pewnie, zdecydowanie, uśmiecha się nawet, słysząc słowa, które ją kompromitują i ranią. Zaznacza dystans do przemyśleń – wypowiada te kwestie spokojnie, bez histerii i emocji, które są podstawą roli Ewy Kutyni (Sabina). Młoda bohaterka doświadcza bardzo podobnych problemów, ale reaguje wyraźnie gwałtowniej. W miarę uświadamiania sobie własnych zachowań wzrasta w niej lęk, ujawniający się nerwowymi reakcjami. Aktorka, stojąc tuż przy widowni, gra bardzo wyraziście – na twarzy widać zagubienie, niemal obłęd, ręce zwinięte są w pięści, co chwila następują odruchowe gesty poprawiania żakietu i włosów. Stoi spięta, czasem skulona, jak przysłowiowy „kłębek nerwów”.

W drugiej jednoaktówce obserwujemy romans w biurze. Jego uczestnikami są: młoda kobieta, która dopiero wkroczyła na drogę kariery zawodowej i mężczyzna, nieco bardziej doświadczony, mający dobre relacje z prezesem. Połączył ich nagły, gwałtowny seks, coś, czego nie da się zapomnieć. Pewnie zrodziłby się z tego spotkania stały związek, gdyby nie duma partnerów – żadne z nich nie chce pierwsze przyznać się do uczuć. Zaczynają ze sobą walczyć na polu zawodowym, mężczyzna wykorzystuje swoją wyższą pozycję, od niego zależy, czy projekt Patrycji trafi na biurko prezesa. Obydwoje zawiedzeni, a potem zranieni, rozstają się w nienawiści. Przekora i chęć zdobycia uznania szefa zabiły rodzące się uczucie.
Równolegle prowadzone myśli bohaterów ukazują widzowi ich zgodność – miłość od pierwszego wejrzenia, strach przed odrzuceniem, agresywna obrona. Ona – Barbara Lubos- Święs, przychodzi do niego jak kotka, kusicielka, on – Marcin Szaforz, czeka na nią jak licealista na pierwszą dziewczynę. Gdy są razem, odgrywają coś w rodzaju namiętnego steatralizowanego tanga. Ich ruchy są wyraźne, zamaszyste, nagle zmieniają pozycje, dokonują zwrotów. Są bardzo blisko i nagle oddalają się. Podobnie jak w tangu on prowadzi, ale na koniec odchodzą skłóceni.

Trzecia jednoaktówka rozgrywa się w małym gabinecie. Pracują w nim dwaj mężczyźni, których różni wszystko oprócz oczekiwania na decyzję w sprawie podróży do nowej siedziby korporacji w Dehli, co wiąże się z natychmiastowym awansem. Starszy, sześćdziesięcioletni Jan, od dwudziestu sześciu lat związany z firmą, zna wszystkie etapy, jakie pokonuje w biurze pracownik średniego szczebla. Wie, co to wyścig szczurów, monotonia codzienności, samotność, niezdrowy tryb życia, tycie. Młody mężczyzna dopiero wkracza w te tryby, pracuje w firmie zaledwie od sześciu lat. Różnice doświadczeń i szacunek do bardziej doświadczonych kolegów nie mają znaczenia, gdy przychodzi walczyć o dobre stanowisko. Starszy bohater jest zdecydowanie bardziej aktywny, wiąże się to pewnie z jego zdrowym stylem życia, ale i słabszymi nerwami. Jerzy Głybin, w tej roli bardzo plastyczny i lekki, daje postaci dużo energii. Tekst nabiera kolorów w ustach aktora. Mężczyzna pobudza do życia swego ospałego partnera, czasem go prowokuje, innym razem niemal atakuje. Uwagę zwraca również niezawodna dykcja. Bohater snuje piękne marzenia, dlatego jego upadek jest bolesny. Marek Rachoń w roli młodego pracownika jest trochę fajtłapowaty, zdecydowanie mniej ruchliwy, spokojniejszy, czy raczej bardziej niewyspany. Być może na taką kreacje wpływa fakt, iż bohater od początku znał decyzję prezesa.

W miarę spokojne akty połączone są ze sobą dynamiczną muzyką, każdej scenie przyporządkowany jest inny kolor oświetlający scenę. Scenografia, dzieło Doroty Morawetz, jest bardzo adekwatna do treści dramatu. Perspektywicznie ustawione ściany biurowca zbiegają się w windzie, podłoga nieco pochylona w kierunku widowni i stół z parą krzeseł. Wszystko w zimnym, metalicznym kolorze; rekwizyty czysto biurowe, z wyjątkiem zielonego kubka i termosu. Na takim tle gra aktorska jest wyrazista. Na gładkie powierzchnie ścian rzucane są obrazy z kamer umieszczonych w budynku. Wszystko – z wyjątkiem emocji – pozostaje pod kontrolą. Takich miejsc, gdzie ważą się losy jednostek, jest w tym biurowcu o wiele więcej. Tylko w dyżurce dzień mija spokojnie.
Roland Schimmelpfennig „Push Up 1–3 – Ostatnie Piętro”. Reżyseria: Grzegorz Kempinsky. Scenografia: Dorota Morawetz. Teatr Śląski w Katowicach. Premiera: 17 grudnia 2005.