ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 maja 9 (417) / 2021

Szymon Skowroński,

OPOWIEŚĆ O ŚWIECIE KTÓRY BYŁ, JEST I BĘDZIE (NOWINY ZE ŚWIATA)

A A A
Tytułowe „nowiny ze świata” to fragmenty artykułów drukowanych w prasie, które bohater grany przez Toma Hanksa – weteran wojny secesyjnej, kapitan Kidd – czyta mieszkańcom osad i miasteczek za symboliczne dziesięć centów. Wobec powojennej stagnacji porcja nowości może być rozrywką, chwilą refleksji lub impulsem do działania. Kidd samotnie przemierza amerykańską prerię, by w końcu trafić na Johannę – dziewczynkę porwaną przed laty przez Indian. Nagle tułaczka Kidda zyskuje cel i nabiera głębszego wymiaru: oto może pokazać skrzywdzonej dziewczynce kawałek lepszego świata. Zrealizowany w estetyce westernu film reżysera „Ultimatum Bourne’a” i „Kapitana Philipsa” zabiera widza w podróż po znanym krajobrazie w podwójnym znaczeniu: przemierzamy z bohaterami stepy Ameryki Północnej i przyglądamy się problemom, które nie straciły na aktualności.

Paul Greengrass zręcznie unika gatunkowych naleciałości i wypycha opowieść poza nawiasy westernu i antywesternu. Film korzysta z westernowego entourage’u, ale prezentuje myślenie antywesternowe. Mimo to nie jest on ukłonem ani w jedną, ani drugą stronę. „Nowiny ze świata” to przede wszystkim przypowieść o tym, że nie wszystko jeszcze stracone, kiedy choć jeden człowiek robi to, co należy: przypowieść skrojona akurat pod ciężkie czasy. Hanks nie jest prawym szeryfem, ale nie jest też pozbawionym moralności bandziorem: jego bohater jest zawieszony między przeszłością, z którą musi sobie radzić, a przyszłością, której wygląda. Oglądając „Nowiny ze świata”, nie sposób nie odnieść wrażenia, że akcja filmu z powodzeniem mogłaby zostać przeniesiona w czasy amerykańskiego kryzysu – pobrzmiewają tu w tle te same niepokoje, wrze ten sam wielokulturowy kocioł, otwierają się te same rany amerykańskiej cywilizacji rozdzielonej między bigoteryjne przyzwyczajenia a dopiero kształtujące się postawy moralne, polityczne i społeczne. Idąc dalej, akcja mogłaby rozgrywać się, po drobnych modyfikacjach, również i dzisiaj.

Osobiście postrzegam „Nowiny ze świata” jako swoistą metanarrację, której cel stanowi (ponowna) próba rozliczenia nadal niezasklepionej blizny Ameryki Północnej, jaką jest przywłaszczenie przez pionierów ziemi zamieszkiwanej przez rdzenną ludność kontynentu. Choć niebezpośrednio: w samej fabule obecność autochtonów z plemienia Kiowa jest jedynie katalizatorem głównego wątku, to jednak biała dziewczynka porwana i wychowana przez rdzennych mieszkańców napędza całą historię. W ten sposób film Greengrassa odwraca sytuację z „Poszukiwaczy” Johna Forda. Legendarny reżyser, który z westernu uczynił sztukę (choć sam nigdy nie nazywał swoich filmów westernami), niejednokrotnie spotykał się z krytyką swojego postrzegania rodowitych Amerykanów. W „Poszukiwaczach” młode, białe dziewczynki zostają porwane i zasymilowane przez autochtonów – odnalezione po latach okazują się dzikuskami, które trzeba sprowadzić z powrotem na łono cywilizacji. W „Nowinach ze świata” biała dziewczynka zostaje odbita z rąk tubylców. Jej opiekuna, białego mężczyznę, nie nakręca tu agresja lub chęć zemsty – w ludzkim odruchu postanawia odwieźć dziecko do jej rodziców. Podczas wędrówki dziewczynka przekona się, że biali, cywilizowani ludzie w porywach pierwotnych instynktów: chciwości i lubieżności, są gorsi od dzikich Indian. Paul Greengrass w pewnym momencie już nie pozwala wątpić, że rozlicza Forda. Obramowuje bohaterów progiem budynku dokładnie tak, jak Ford sfilmował Johna Wayne’a w jednym z najsłynniejszych kadrów w historii kina. U Forda Wayne był samotny, rozdarty między ciepłym wnętrzem domu a bezkresną prerią. W kadrze Greengrassa bohaterów jest dwójka – zupełnie inni, zupełnie różni, a jednak połączeni wspólną podróżą i duchową potrzebą życia w zgodzie i spokoju.

Topos wędrówki pozwala Greengrassowi i jego współscenarzyście, Luke’owi Davisowi, uwikłać bohaterów w szereg przygód, komplikacji i konfliktów, zawierać chwilowe sojusze z napotkanymi po drodze tułaczami oraz stopniowo rozplątywać węzeł nieporozumienia. Już od początku wiadomo, że komunikacyjnym przełomem w relacjach między bohaterami będzie moment, kiedy Johanna zwróci się do bohatera Hanksa per „kapitanie” lub po imieniu. Moment ten następuje dość szybko i nie ma żadnego dramaturgicznego ekwiwalentu w dalszej części fabuły, co pozostawia drobny niedosyt. Jednak rodząca się więź między tą dwójką uchwycona jest w niezjawiskowy, nienachalny sposób. Scenarzyści dają bohaterom czas na poznanie się i nauczenie się czegoś o sobie – niestety robią to kosztem konfliktów i eskalacji scenariuszowych wątków. Właściwie od początku do końca opowieść nie nabiera tempa: Greengrass jakby na siłę chciał odciąć się od swoich wcześniejszych dokonań. Próżno szukać w „Nowinach ze świata” rosnących z minuty na minutę stawek; trzymających w napięciu sekwencji; przebiegłych antagonistów czy nawet wyraźnego deadline’u, przed którym bohaterowie muszą nieodwołalnie zdążyć. Tutaj akcja przebiega od wątku do wątku i ta epizodyczność bywa problematyczna w tym sensie, że nie sposób ocenić, w jakim momencie opowieści jesteśmy. Wszystko, co dzieje się między zawiązaniem a rozwiązaniem akcji, mogłoby wydarzyć się w innej kolejności, prawdopodobnie bez większego wpływu na całość. Wobec misternie skonstruowanych intryg, którymi Greengrass wyrobił sobie markę, „Nowiny...” wydają się eksperymentem, choć nie do końca udanym; na pewno jednak przyniosą satysfakcję tym, którzy szukają w kinie przede wszystkim pełnokrwistych postaci. Tom Hanks i młoda, ale znakomita Helena Zengel niosą film na barkach. Hanks gra bezpiecznie, ale bezbłędnie, zresztą: jest to film bardzo „hanksowy”, który potwierdza tylko pozycję tego aktora godną gwiazd starego Hollywood. Jego elegancka stateczność, poczciwe spojrzenie i wystudiowana prostolinijność zestawione z temperamentem i hipnotycznym spojrzeniem młodej Zengel owocują charyzmatycznym duetem, który iskrzy w każdej scenie. Doprawdy, można tych bohaterów autentycznie polubić, przywiązać się do nich i wzruszyć w momencie ich rozłąki – choć od początku happy end jest tu wyczuwalny, a nawet oczekiwany. Ich podróż przez kraj ogarnięty powojenną traumą może i okazuje się pretekstowa, ale ich losy na tym tle wypadają przekonująco i przejmująco.

Pomimo iż podszyte powojennym dramatem i problemami, które rezonują ze współczesnością, „Nowiny ze świata” to opowieść pełna ciepła i otuchy. Duża w tym zasługa zdjęć Dariusza Wolskiego, który nasycił obraz paletą pomarańczy, beżu i żółci, a jednak nie przedstawił świata wypłowiałego lub jałowego – raczej taki, w którym słońce bez przerwy zmierza ku zachodowi, zwiastując nadejście nocy, a potem – nowego dnia. Wobec takich barw piorunujące wrażenie robią błękitne oczy Zengel, które doskonale podkreślają jej odmienność i obcość wobec otoczenia. Jej bohaterka przechodzi wiele trudów, by w końcu odnaleźć namiastkę normalności. Film Greengrassa daje nadzieję na lepsze jutro i przypomina o wartościach, o których łatwo zapomnieć. Tylko tyle i aż tyle.
„Nowiny ze świata” („News of the World”). Reżyseria: Paul Greengrass. Scenariusz: Paul Greengrass, Luke Davies. Obsada: Tom Hanks, Helena Zengel. Zdjęcia: Dariusz Wolski. Stany Zjednoczone 2020, 118 min.