ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 maja 9 (417) / 2021

Magdalena Malinowska,

OPOWIEŚĆ O DOMU, GOŚCINNOŚCI, UCHODŹCACH I NAS SAMYCH (DOBROSŁAW KOT: 'TRATWA ODYSA. ESEJ O UCHODŹCACH')

A A A
Obecność uchodźców w debacie publicznej nie jest dziś tak żywa, jak była jeszcze pięć lat temu, szczególnie w 2015 roku, kiedy uchodźcy stali się kartą przetargową wyborów parlamentarnych w Polsce. Nadal są, ale gdzieś daleko, gdzie ich nie widzimy i gdzie ich los nas właściwie nie dotyczy. Właśnie z powodu tej rozmywającej się i prawie nieobecnej obecności książka Dobrosława Kota „Tratwa Odysa. Esej o uchodźcach” wydaje się ważna, bo przypomina o tych, których nie chcemy widzieć i słyszeć. Zaczyna się ona wprowadzeniem, które potraktować można jako zaproszenie do towarzyszenia autorowi w drodze, którą błądzić będą jego myśli. Jak sam pisze, jest to „opowieść o poszukiwaniu sensu i błądzeniu, o szukaniu miejsc, gdzie można napotkać uchodźcę: miejsc w świecie, we wspólnocie, w języku” (s. 8). A zaczyna się ta opowieść nad morzem, dokładnie nad Morzem Śródziemnym, będącym zarazem kolebką Europy, jak i bolesnym dowodem jej moralnego upadku, kiedy pozwala ona, by w śródziemnomorskich wodach masowo ginęli niewinni ludzie uciekający przed śmiercią we własnym kraju. Nie jest to jednak akt oskarżenia dla Europejczyków, a raczej próba pytania (i niekoniecznie znalezienia odpowiedzi) o przyczyny ich lęków i wynikającej z nich niegościnności.

Kot zaczyna swoje rozważania od zwrócenia uwagi na problematyczną liczbę gramatyczną, którą trzeba wybrać, by mówić o doświadczeniu uchodźczym: jak oddać dramat ludzi uwidaczniający się przede wszystkim w skali zjawiska, nie tracąc jednocześnie z oczu twarzy pojedynczego człowieka? Pytanie to, jak wiele innych zadanych w książce, pozostaje bez odpowiedzi, zachęcając czytelników do rozmyślania równolegle z autorem. Kolejna kwestia jednocześnie językowa i etyczna dotyczy zwrotów używanych często w kontekście uchodźców: kryzys uchodźczy czy klęska humanitarna. Choć pozornie mogą się one wydawać jednoznaczne, to wiele mówią nie tylko o samych uchodźcach, ale też o nas jako przyjmujących: pokazują głęboki kryzys instytucji demokratycznych w krajach, które często za wzór demokracji chcą być stawiane. Kot porównuje sytuację uchodźców do sytuacji Żydów uciekających przed Holokaustem analizowaną przez Hannah Arendt. Filozofka zauważyła, że jedyną winą Żydów było ich istnienie, przez co nie byli w stanie tej winy wymazać, mogli co najwyżej ciągle od nowa własne istnienie uzasadniać. To rozpoznanie Kot aplikuje do uchodźców, którzy również zawinili tym, że ich istnienie stało się zagrożone czy nawet niemożliwe w ich własnym kraju, i którzy ciągle muszą udowadniać, że ich uchodzenie jest konieczne i nieuniknione. To pociąga za sobą pewien stan zawieszenia i tymczasowość, które zostają wpisane w ich kondycję.

Dalej Kot sięga do myśli Giorgia Agambena, który zauważył, że fikcją, na której zbudowano nowożytną państwowość, jest zespolenie się w jedno człowieka i obywatela. Obywatelstwo rozumiane jako przynależność do narodu powoduje wykluczenie z praw człowieka nie-obywatela, a do tej grupy należą właśnie uchodźcy. Tym samym uchodźca, jako nie-obywatel, staje się nagim życiem, homo sacer, do którego prawa człowieka przestają się stosować, mogą zostać zawieszone przez władzę zgodnie z prawem wyjątku. Do tych rozważań dochodzi namysł Seyli Benhabib, która wyodrębniając pięć etapów uchodzenia, zwraca uwagę na to, że ruch uchodźcy w przestrzeni geograficznej tylko pozornie kończy się z momentem przekroczenia granicy kraju docelowego, a w rzeczywistości przemienia się on w ruch procedur, których celem jest obudowanie nagiego życia statusami przejściowymi w oczekiwaniu na naturalizację (o ile ta kiedykolwiek nastąpi). Benhabib pokazuje też, że rozwiązaniem tego problemu i remedium na zagrożoną obywatelskość mógłby być federalizm kosmopolityczny opierający się na założonej nieszczelności granic demosów, która to nieszczelność pozwoliłaby włączyć nie-obywateli przebywających na terytorium demosu w jego struktury. Można zatem stwierdzić, że początkiem opowieści Kota o uchodźcach są europejski brzeg morza i wielopłaszczyznowe problemy wewnątrz samych demokracji europejskich, które sprawiają, że mamy do czynienia z przywołanym w tytule pierwszego rozdziału kryzysem.

W kolejnym rozdziale autor skupia się na opowieściach, które możemy uznać za prototypowe dla doświadczenia uchodźczego, przede wszystkim na micie Odysa, obecnego także w tytule książki. Dlaczego Odys? Kot zwraca uwagę na kilka elementów tułaczki mitycznego bohatera, które odnieść można do nam współczesnych tułaczy. Przede wszystkim stwierdza, że tułaczka jest ciągłym ukrywaniem się i ujawnianiem, a tym samym ujawnia kryzys tożsamości, który stanowi też kluczowy element kondycji uchodźcy. Poza tym Odysa, podobnie jak uchodźców, można usytuować w licznych „pomiędzy”: pomiędzy mitem a prawdziwym życiem, pomiędzy życiem a śmiercią, pomiędzy wojną a pokojem. A dlaczego akurat tratwa? Bo to właśnie „tratwa jest miejscem, w którym Odys jest najbardziej pomiędzy” (s. 65). I choć tradycja zawiera inne, dość liczne opowieści o uchodzeniu (np. historia Dedala i Ikara czy Orfeusza), to właśnie Odys staje się protoplastą wszystkich uchodźców.

Rozdział trzeci ujawnia w pełni to, co czytelnik zauważa od pierwszych stron książki, czyli niebywałą dbałość autora o słowa, i to dbałość rozumianą nie tylko jako uwagę przykładaną do wyboru właściwych środków przekazu, ale autentyczną troskę o znaczenia. W rozdziale tym centralne dla rozważań słowo uchodźca oraz inne słowa bliskoznaczne i tkane przez nie siatki znaczeń zostają obejrzane niemalże pod mikroskopem. To zatrzymanie się i pochylenie nad słowami, drzemiącymi w nich znaczeniami rozpoczyna się od samego uchodźcy. Kot zwraca przede wszystkim uwagę na liczne w polszczyźnie czasowniki pochodzące od chodzić, a niewiele rzeczowników wskazujących na osoby: chodziaż, przechodzień i uchodźca właśnie. Inaczej niż w parze słów emigrant—imigrant, które mogą dotyczyć tej samej osoby w zależności od tego, po której stronie granicy się znajduje czy też który kierunek jest dla mówiącego ważniejszy, w przypadku uchodźcy możliwości takiej nie ma. Nurtuje Kota ten symptomatyczny brak określeń wskazujących na inny moment drogi uchodźcy niż zawarty w przedrostu u- punkt wyjścia. I czytelnik też zaczyna się zastanawiać za autorem: dlaczego nie ma chodźcy, przechodźcy, nadchoćcy, a nawet nachodźcy? Czy język rzeczywiście odsłania tu swoją niegościnność, a nawet przemoc? Ponownie pytanie zostaje porzucone bez odpowiedzi, a myśl przeskakuje do następnej kwestii. Kolejne słowa, znaczeniowo bliskie, ujawniają sensy obecne lub nie w uchodźcy. I tak słowa wygnaniec, uciekinier i zbieg zawierają w sobie ruch, gwałtowność i przymus będący u podstaw ruchu, pokazując tym samym brak tych znaczeń u uchodźcy, który w zestawieniu wydaje się po pierwsze łagodnie uchodzić (a nie gnać, uciekać czy zbiegać), a po drugie nie być do uchodzenia przymuszonym. Z kolei przy słowie barbarzyńca Kot wskazuje na dwa znaczenia: z jednej strony obcy, cudzoziemski, a z drugiej okrutny, dziki, nieokrzesany. Tym samym określenie to zakłada odmienność, ale też niższość (kulturową, językową, moralną) barbarzyńcy, będącego zaprzeczeniem wszystkiego, co nasze, uosabiającego brak kultury i niemożliwość porozumienia. Inne bliskoznaczne słowa to cudzoziemiec, który jest tu, choć pochodzi stamtąd, z „cudzej ziemi”; przybysz, który ujawnia ciekawe przesunięcie sensów z ruchu na bycie, bo oto zakończył ruch i przybyło go tu, w nowym miejscu; przechodzień, którego stanem jest przejściowość, a co za tym idzie – anonimowość i niewidzialność; Obcy i Inny, którym filozofia poświęciła jak dotąd najwięcej miejsca, co widoczne jest w zapisie wielką literą; a także greckie słowo xenos oznaczające zarówno gospodarza, jak i gościa. Wszystkie te słowa oddają część swoich znaczeń uchodźcy, pozwalając go tym samym dookreślić i lepiej zrozumieć jego doświadczenie.

Rozważania zawarte w dalszych dwóch rozdziałach, poświęcone kolejno domowi i gościnności, równie wiele mogą wnieść do myślenia o uchodźcach, jak i o nas samych. Dom, coś tak naturalnego i zwyczajnego, okazuje się kryć w sobie wiele zagadek. Kot wskazuje na dwa domy, pomiędzy którymi rozpięte jest życie człowieka: dom rodzinny, który autor nazywa domem pochodzenia, w którym przychodzimy na świat, dorastamy – i który opuszczamy po to, by zbudować nowy, własny dom; dom dochodzenia, który ma stać się domem pochodzenia naszych dzieci. Za Martinem Heideggerem Kot zauważa, że dom chroni przed tym, co poza nim, przed obcością, przekształcając świat w bliski człowiekowi, oswojony i przyjazny. Ale jeśli dom znajduje się na ziemi odmowy, to staje się kryjówką przed obcością, wrogością. Uchodzenie zaczyna się wtedy, kiedy ta kryjówka staje się nieskuteczna, kiedy dom przestaje chronić, kiedy trzeba porzucić go i wpisaną w niego swoj(sk)ość i wyruszyć w nadziei na odnalezienie nowego miejsca do życia. Z kolei Emmanuel Lévinas stwierdza, że funkcją domu jest pokonanie niepewności życia, odroczenie tego, co nieuniknione, a tym samym dom staje się utopią. Można zatem stwierdzić, powiada Kot, że zamieszkiwanie jest niepewnością, a nie, jak byśmy sądzili, potrzebą, którą można zaspokoić raz na zawsze. Uchodźca, który utracił dom, ucieleśnia właśnie tę niepewność, burzy iluzję stabilności i niepodważalności zamieszkiwania. Uchodźca mówi: „jesteście uchodźcami; zamieszkujecie, ponieważ uchodzicie, a nie (jak chcecie uważać): zamieszkujecie, gdyż nie uchodzicie. (…) Uchodźca obnaża dom jako nie-miejsce (…)” (s. 162), jako projekt w ciągłej realizacji. Widzimy więc, jak w obraz domu, kojarzącego się z ciepłem, bezpieczeństwem, intymnością, miłością, wkradają się rysy i pęknięcia. Dalej Kot zauważa, skoro życie jest drogą, a toczy się ono właśnie w domu, to również dom jest drogą. Konsekwencję tego stwierdzenia stanowi zniwelowanie różnicy pomiędzy osiadłością a nomadycznością, gdyż oba te sposoby zamieszkiwania charakteryzują się tą samą przejściowością. Skąd zatem bierze się w nas tak silna potrzeba zamieszkiwania? Autor odpowiada: stąd, że jesteśmy bezdomni, a dom jest „próbą ucieczki ze świata, gdzie rządzi bezdomność” (s. 164). Co więcej, nasza bezdomność jest transcendentalna (termin wprowadzony przez Györgya Lukácsa), to znaczy jest „naszym najgłębszym sposobem bycia” (s. 164).

Od domu Kot przechodzi do gościnności, która określa relację gospodarza, rozumianego jako tego, który gospodarzy, i tego, który gości, i gościa, ale nie zaproszonego i wyczekiwanego, a nieproszonego, bo to właśnie on jest kwintesencją gościa. Prowadząc rozważania o gościnności, Kot przywołuje Immanuela Kanta, dla którego gościnność była ogólnoświatowym prawem obywatelskim wywiedzionym z powszechnego posiadania Ziemi, i Jacques’a Derridę, postulującego gościnność bezwarunkową, czyli goszczącą bez stawiania żadnych warunków. W tych rozważaniach uchodźca pojawia się właśnie jako gość, który staje na progu nieproszony i zadaje pytanie o możliwość gościny. Swoim pytaniem uprzedza prawdopodobne pytanie gospodarza o jego tożsamość i zamiary, a także kwestionuje samego gospodarza, gdyż odsłania i konkretyzuje wszelkie niepokoje związane z zamieszkiwaniem i z gospodarowaniem (w jego pytaniu ukryte jest drugie: jakim gospodarzem jesteś?). Kot stawia też tezę, że niegościnność jest ucieczką tych, którzy czują się w swoim domu niepewnie. I choć większość tych obserwacji dotyczy przede wszystkim relacji jednostkowych, to można je rozciągnąć na wspólnoty, społeczeństwa, państwa, choć uwidocznią się wtedy oczywiste różnice. Uchodźca jako gość nie puka do naszych drzwi i nie chce zamieszkać razem z nami, tylko przychodzi do granic naszego kraju, szukając w nim miejsca dla siebie, miejsca, w którym mógłby zbudować własny dom. Zatem, jak sugeruje Kot, być może bardziej skuteczna, a na pewno mniej niepokojąca, byłaby tu idea sąsiedztwa: „Ostatecznie przecież tranzyt akcentu z gościnności na sąsiadowanie jest wyrazem gościnności: to uznanie, że to, co brane było za Swoje, nie jest do końca Swoje. Swoje wycofuje się przed Innym do domostwa, Swoje robi miejsce, odkrywając, że nie tylko próbowało panować nad domem, ale też panoszyło się nad okolicą” (s. 197).

Nie sposób przywołać wszystkich wątków czy inspiracji, pojawiających się w meandrach myśli autora, mogę więc wszystkich czujących niedosyt odesłać do źródła, które jest lekturą doskonałą. Na pewno nie łatwą, za to skłaniającą do myślenia jeszcze długo po zamknięciu książki. Tym bardziej, że esej nie kończy się wnioskami czy konkluzją, Kot nie podsuwa ostatecznych rozstrzygnięć ani nie daje odpowiedzi, tylko żegna się z czytelnikiem, wyprowadzając go ze swych myśli i zostawiając go z jego własnymi.
Dobrosław Kot: „Tratwa Odysa. Esej o uchodźcach”. Wydawnictwo słowo/obraz/terytoria. Gdańsk 2020. [seria: Idee i Społeczeństwo].