ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 lipca 13 (421) / 2021

Mateusz Englot,

SZEŚĆ OBLICZ MROKU, CZYLI KILKA SŁÓW NA TEMAT 'WOLUMINÓW' CZELUŚCI

A A A
Na mapie Europy możemy wyznaczyć kilka miast znanych z prężnie działającej sceny muzyki elektronicznej. Do powyższych należą między innymi: Berlin (przez wielu słuchaczy postrzegany jako światowa stolica muzyki z gatunku techno), Bristol (miasto, w którym scena undergroundowa miała wpływ na powstanie m.in. drum and bass), Londyn (z którym utożsamiany jest dubstep czy grime) – nie zapominając także o Amsterdamie oraz Rotterdamie (które stały się domem dla charakterystycznego brzmienia gabberu). Jednakże do puli tych pięciu miast należałoby dodać jeszcze jedno miejsce, z pozoru niekojarzące się ludziom jako takie, które znaczyłoby wiele na scenie muzyki elektronicznej.

Miastem, które należałoby dopisać do tej listy, jest Kraków. Wszystko to za sprawą kolektywu producencko-wydawniczego pod enigmatyczną nazwą – Czeluść. W skład wywodzący się z grodu Kraka wchodzą Filip „Jutrø” Fabiański i Jan „Kosa” Kosiński, dwójka znajomych odpowiedzialna za organizacje przełomowych imprez w piwnicach krakowskich klubów oraz zapoczątkowanie w 2015 roku „woluminów”, czyli składanek mających na celu promowanie utalentowanych, lecz niszowych producentów muzycznych, barwnych wokalistek oraz raperów. Przekonajmy się, jaka jest Czeluść.

„Wolumin #1”

„Wkroczenie w pustkę” – skojarzenie z tytułem filmu Gaspara Noé nie jest przypadkowe. Wolumin numer jeden można przyrównać do doświadczenia śmierci i dryfowania w otchłani. W podróż porównywalną do tej z filmu argentyńskiego reżysera. Być może byliśmy na to gotowi, jednak nie spodziewaliśmy się tego, co zostało nam przedstawione. Album rozpoczyna utwór „Triumph” krakowskiego duo. Sakralny chór z niespokojnym instrumentem blaszanym otwiera nam wrota do uderzających zewsząd syntezatorów, gdzie w drugiej część aranżacji sprowadza nas z powrotem na ziemię. Wszystkie te dźwięki uzupełniane są o zaprogramowane perkusjonalia. Pierwsza kompozycja ustanawia poniekąd charakter całości albumu. Wyraźna stopa basowa, werbel uderzający na drugi i czwarty akcent taktu, pędzące hi-haty, głębia basu przebijająca się przez miks, pocięte próbki wokali oraz proste melodie z syntezatorów wypełniające przestrzeń. To elementy obecne w praktycznie każdej produkcji na tej płycie. Nie ma w tym nic dziwnego, w końcu za produkcję na tym krążku odpowiedzialni są producenci związani ze środowiskiem hip-hopowym, tj. Da Vosk Docta, Ka-Meal, Lanek czy Sokos. Spośród szesnastu pozycji obecnych na pierwszym woluminie na specjalną uwagę zasługują utwory wyprodukowane przez On_J, Cries In Spanish oraz Trousseaux. Stanowią one eksperymentalną oraz ambitną stronę albumu, obfitującą w narkotyczny i pełny niepokoju klimat. Najgorzej na tle całego albumu wypada „La vida loca”. Jest to całkowicie zmarnowany potencjał melancholijnego nastroju, jaki niesie ze sobą zaaranżowany przez Ka-Meala podkład. Warstwa liryczna pozostawia też wiele do życzenia. Infantylne braggadocio Nocnego sprawia, że utwór ten trafił przypadkiem na krążek z muzyką klubową zamiast do rapowego mikstejpu. Mimo to bardzo dobrze wypada obecność wokalistek na tym woluminie. Wokal Lindy w fantastyczny sposób przeplata się z progresją złożoną z gigantycznego syntezatora w „Travvie”, a Ja Miron w utworze „Nightmares” zrealizowanym w duecie z OLFVNem, dopełnia lunatyczny beat swoim głębokim wokalem, domykając pierwszy projekt krakowskiego kolektywu. Tym samym wybudzając nas ze snu i otaczającej pustki.

Wolumin #2”

Stwierdzenie, że drugi wolumin nie powala, byłoby za krótkie. Podobnie jak stwierdzenie, że jest to przełomowe wydawnictwo. Drugi krążek zaserwowany słuchaczom przez krakowskie duo, niespełna rok po premierze pierwszej kompilacji, kontynuuje eksploatowanie trapowych rytmów i ciężkich basowych tonów przełamywanych przez nawarstwione głosy syntezatorów. Nie brakuje eksperymentów z „jedynki”, jednak nie są one w żaden sposób tak nieoczywiste. Jeśli chodzi o rodzaj dźwięków dominujących na tej składance, to przyjmują one coraz bardziej buntownicze i ostre brzmienie. Przy czym kombinacja stylów z gatunków takich jak cloud rap czy hardstyle przekłada się na wyodrębnienie tego groźnego „czeluściowego” brzmienia. Słychać to między innymi w utworach: „Death Is Everywhere”, „Przepaść”, „Dirty” czy w „Granular”, które celują w zniszczenie wszystkiego, co stanie im na drodze swoją niezrównoważenie głośną dynamiką oraz wystrzeliwanymi jak z karabinu hi-hatami. Mniej groźną stylistycznie alternatywą dla tej czwórki są: „Above”, „Trójkąt”, „Nightly” – oraz przypominające kawałki Clamsa Casino – „Crystal” w produkcji Metahesha. Być może to właśnie dzięki wolniejszemu tempu i charakterystycznemu głosowi syntezowanego „Reese” basu (poza utworem „Crystal”) pozwalają złapać więcej świeżego powietrza. Jednak niestety, drugi krążek pozostawia niesmak. Produkcja Lanka sprawia wrażenie zrobionej na kolanie przez dobór paskudnych instrumentów oraz niedające spokoju pocięte wokale w aranżacji. Podobnie jest w przypadku „All I Want” autorstwa Kosy, który wydaje się być niezdolny do wyróżnienia się na tle zaproszonych przez niego uczestników drugiego woluminu. „Everybody’s Guilty” w kompozycji Przybysza wywołuje migrenę uderzeniami stopy basowej i wybuchającymi werblami. To track, który wypada najgorzej na tle całej, nie najlepszej składanki.

Wolumin #3”

Po dwóch latach współpracy z wydawnictwem SOHO Palace krakowski duet postanowił wziąć sprawy w swoje ręce, realizując cały projekt samodzielnie. Trzeci wolumin zawiesił poprzeczkę naprawdę wysoko. Jutrø i Kosa podjęli walkę, by trzecia odsłona koordynowanej przez nich składanki zmieniła obraz z mosiężnego, klubowego i nieco industrialnego brzmienia na rzecz naturalnych, melancholijnych i eskapistycznych pejzaży. „Wolumin #3” to przede wszystkim eksploracja kolejnych gatunków elektroniki i ich forma interpretacji przez ponad dwudziestu odmiennych artystów, a w takim gronie nie brakuje niespodzianek. Na kompilacji udzielił się angielski pionier muzyki wave – Kareful. Zasilił on składankę w kawałek o nazwie „Osobliwość”, który w fantastyczny sposób łączy cyfrowe tony z rytmem organicznych dźwięków perkusji. Pozostając w takim klimacie, wrocławski producent Da Vosk Docta urzeka nas nostalgicznym numerem „Ostatni Dzień Lata”, składając tym samym hołd twórczości Polskiej Szkole Filmowej. Największym zaskoczeniem okazuje się utwór producentki ThirdEyeDimension w kolaboracji z Zavartem. Ich hipnotyczne „Ważki” budzą niepokój i trzymają w napięciu od początku do końca niczym dobry dreszczowiec. Widać na tym woluminie skrupulatność wobec artystów, by nazywali swoje produkcje w języku polskim. Taki zabieg może być zastosowany po to, by polscy producenci nie wstydzili się swojego języka i pochodzenia. Ma to też swoje minusy: ucinanie zasięgów mniej znanym artystom. Pomimo tego trzecia składanka jest stanowczo przemyślana. Jutrø z Lindą ponownie uwodzą nas swoją chemią i ogromnym talentem. Jedyne, do czego w „trójce” można się przyczepić, to nietrafiony pomysł połączenia dwóch producentów na jednym utworze, Ka-Meal przyćmiewa swoją rozpoznawalnością blask warsztatu Nevaeha w ich wspólnym kawałku.

Wolumin #4”

Zdaniem prezentera audycji „Pogłos” Jakuba Chuptysia, czwarty wolumin odchodzi od „czeluściowego” brzmienia (zob. polskieradio.pl). Sporo w tym prawdy. Szukanie nowych brzmień przez producentów jest naturalną koleją rzeczy. Nietrudno zauważyć na przykładzie „czwórki”, że Czeluść otwiera się na gatunki nieeksponowane na poprzednich woluminach. Oprócz tego zmieniła się szata graficzna albumu. Obfitujące w kruczą czerń okładki zaprojektowane przez Witolda Winieka nabierają więcej światła, adekwatnie do barwy dźwięków obecnych na krążku. Ponownie na składance uświadczymy „starych wyjadaczy”, młodych aspirujących producentów oraz kilku gości z zagranicy. Zaskoczeniem dla wielu zaznajomionych słuchaczy jest z pewnością obecność australijskiego producenta Skelera, który skomponował „Głębie”, utwór oddający klimat przemieszczania się w nocy po opustoszałym centrum miasta. Fanów gatunku witchhouse może ucieszyć obecność Sidewalks and Skeletons z utworem „Ogień”, jednak nie jest to jego opus magnum. Na tle całego wydawnictwa „odstają”, w dobrym tego słowa znaczeniu, produkcje Bokkena oraz The White Witch. „Digitalizacja” swoim technicznym i pełnym niepokoju brzmieniem kojarzy się z wizją cyberpunkowego NeoTokio znanego z „Akiry” Katsuhiro Ōtomo. Natomiast „Stygmat” porywa nas w otchłań pełną stroboskopów i ciężkich stóp basowych obecnych w gaberze. Klimat bezpośredni, być może przerażający i nieco wulgarny, lecz zdecydowanie doskonale wyważony.

Wolumin #5”

Można przyjąć, że „Stygmat” dodał odwagi temu, w jakim kierunku może pójść kolejne wydawnictwo. I tak się stało, ponieważ #5 to najbardziej wulgarny wolumin w stosunku do pozostałych, zresztą: ile jest tylko polskich albumów, które rozpoczynają swoją tracklistę od niecenzuralnego słowa? Kto wie… Wiemy natomiast, że jest to do tej pory najobszerniejsze wydawnictwo, wydane z okazji piątej rocznicy funkcjonowania kolektywu. Na dwóch płytach (białej oraz czarnej, co symbolizuje charakter utworów) znajdziemy aż trzydzieścitrzy wyselekcjonowane kawałki. Co więcej, jest to najbardziej zróżnicowany gatunkowo wolumin. Energiczny house, mroczny dubstep, klubowy trap i jego ciężkie odmiany, melodyczny i pełny emocji wave to tylko wycinek z tego, co „piątka” ma do zaoferowania słuchaczom. Sensacją jest obecność holenderskiego producenta o pseudonimie Deadcrow, który kradnie show alarmującym „Weapon System”. Jeszcze większą sensacją jest to, że w końcu na wydawnictwie Czeluści znajdują się interesujące pozycje rapowe. Buntowniczy „What’s Crackin”, łączący punkowy sznyt z dotkliwym basem, oraz nastrojowy storytelling Kukona z Kosą w kawałku „Krakowska Jesień”. Niemniej jednak, rozczarowaniem okazał się utwór „Asia”, czerpiący stylistycznie z najlepszych singli Lil Peepa. Pomimo tego, że „Asia” jest pięknym gestem w stosunku do zmarłej mamy Jutra, to samo wykonanie jest słabe. Filip potrafi pisać niezłe teksty, jednak musi popracować nad swoim śpiewem. 

Wolumin #6”

Pandemia COVID-19 i jej skutki dały popalić wszystkim. Zamknięcie się świata nie miało zbyt pozytywnego wpływu na kulturę, która musiała być finansowo wspomagana. Tak też było w przypadku działalności Czeluści i ostatniego woluminu. Prawdopodobnie dlatego znajdziemy na składance tylko szesnaście utworów skomponowanych przez niezawodnych z perspektywy Jutra i Kosy „graczy”. Nie ma tutaj pola na eksperymenty jak w przypadku poprzednich wydawnictw. Szósty wolumin odchodzi od standardowej monochromatycznej oprawy, zastępując ją czerwonymi plamami na czarnym tle. I choć horror może być pierwszym skojarzeniem, tak śmietanka producencka udowadnia nam, że jest inaczej. Obecnie nie możemy swobodnie latać po świecie, ale „All your friends” w kolaboracji z estońskim muzykiem Echo Vessel zabiera nas w podróż by delektować się dźwiękami przypominającymi „Acid Rain” produkcji Lorna. Warto zaznaczyć, że „All your friends” miał okazję pokazać się z dobrej strony na poprzednim woluminie w podobnym utworze („Restraint”). Wyczynowy lot kontynuuje dobrze już znany Skeler, a zastosowany przez Australijczyka zabieg opadającego basu odzwierciedla odczucia związane z figurami akrobacji lotniczej, które kończą się ekstremalnym przeciążeniem. Fenomenalnie wypada Kosa, nadając płycie „Koloru” ze świetnym doborem sampli i prostej, choć skutecznej progresji dźwięków, oraz Kamska, która po raz kolejny pokazuje, że dziewczyny też potrafią produkować. Wolumin szósty to zbalansowane czterdzieścisześć minut różnorodnej twórczości. Można się zgodzić z opinią Oliwiera Sordyla-Kusia w recenzji na portalu Sajko: to album bardzo konsekwentny (zob. sajko.network). Jestem podobnego zdania także co do ostatniej pozycji na składance. „Energy” – wspólny utwór Jutra i Kosy rozczarowuje swoją prostotą i brakiem wyróżniających się elementów (zob. tamże). Nie zaskakuje również Ka-Meal, być może dlatego, że jego produkcje potrzebują solidnego uzupełnienia pod postacią wykonawcy.

Słowo na zakończenie

Jeśli skupić się tylko na tym, co gwarantują nam wydawnictwa, woluminy Czeluści rodzą wiele problemów, gdy trzeba je poddać sprawiedliwej ocenie. Bez wątpienia ich cechą wspólną jest zbiór najlepszych producentów muzyki elektronicznej z Polski i z zagranicy. Na każdym kroku recenzenci podkreślają fakt, iż z puli tylu dostępnych utworów każdy wybierze coś dla siebie, a zazwyczaj coś, co danemu słuchaczowi odpowiada najbardziej. Nawet gdy skupimy się na jednym krążku, pozostaje nam do przeanalizowania ponad piętnaście różnych utworów. I to z wyłączeniem dodatkowych rzeczy, które mają wpływ na inne postrzeganie dzieła (tj. wideoklipy dla singli). Jeśli, Droga Czytelniczko lub Drogi Czytelniku, optujesz za muzyką elektroniczną mam nadzieje, że ten tekst posłuży Ci za pewien drogowskaz. Zdecydowanie polecam to, co do zaoferowania mają woluminy i artyści na nich obecni. Parafrazując Van Gogha: serią małych rzeczy skompletowanych razem dzieją się wielkie rzeczy.

LITERATURA:

Sordyl-Kuś O.: „Skaczemy w głębinę – Czeluść W#6 [recenzja]” https://sajko.network/skaczemy-w-glebine-czelusc-w6-recenzja/ .

„Czeluść w »Pogłosie«. Jaki będzie »Wolumin #4«?”. https://www.polskieradio.pl/10/6071/Artykul/2306258,Czelusc-w-Poglosie-Jaki-bedzie-Wolumin-4.