ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 lipca 14 (422) / 2021

Igor Kierkosz,

NAUKA LICZENIA NA REWOLTĘ (OLGA HUND: 'ŁYSKI LICZĄ DO TRZECH')

A A A
Olga Hund składa niemałą obietnicę, kiedy w zaledwie drugim akapicie nowej powieści umieszcza porażające zimną informacyjnością zdanie jak z elementarza dla najmłodszych: „Chłopiec został zastrzelony przez policjanta”. A gdy parę słów później wkłada w usta swoich bohaterów stwierdzenie, że „taka strata to żadna strata, bo Caaak, jak małpa, umie liczyć tylko do pięciu” (s. 9), to o powieściowym świecie wiem już wszystko. Odtąd spodziewam się, że „Łyski liczą do trzech” będą świeżą przypowieścią o niereformowalnej przemocy. Co więc poszło nie tak, że z brutalności pozostaje później tylko brutalnie czarno-biała dydaktyka, a świeżość staje się świeżością jednodniowego soku – o dość „doraźnym” terminie przydatności?

Stworzyć współczesną legendę o uniwersalizującym potencjale to niemałe wyzwanie. Fakt, że Hund z pełną świadomością podejmuje taką próbę, nie tylko świadczy o pewności siebie autorki po debiucie, ale też z góry predestynuje ją do konkretnych wyborów fabularnych. W obranej konwencji jaskrawe rysy charakterów boleśnie jarzą się brakiem niuansu, a postaci łączą się w pociągnięte grubą kreską frakcje. Wilki (policjanci, dziennikarze, politycy, postronni obserwatorzy) ścierają się z owieczkami (plemieniem Caaaków) w grze pozycyjnej, której areną są Czechy – rzekomo bardziej niż Polska liberalne i otwarte na inność, ale u Hund obnażone w swojej hipokryzji i niesprawiedliwości. Już we wspomnianych pierwszych akapitach pionki wskakują na swoje pozycje i aż do końca nie myślą zbaczać z bezpiecznych miejsc na planszy.

Od autorskiej figury Caaaka-Innego, przez rozpoznanie przemocowej policyjnej hierarchii, aż po stronniczość mediów nawarstwiają się kolejne poziomy rasistowskiego festiwalu przemocy, który według powieści przerwać może tylko nienawistny odwet. Opresjonowani uderzają w oprawców z bezradności i słusznego poczucia krzywdy – nie zamierzam tu jednak oceniać zasadności i moralności tej wersji politycznego czy społecznego zaangażowania. To, co mnie głównie interesuje, to jak przekłada się ona na język literatury i, ostatecznie, jak wpływa na poziom samej powieści.

Demaskacja (braku) logiki opresyjnego państwa jako systemu, który we współczesnym wydaniu środkowoeuropejskim nie radzi sobie z inkluzywnością, zmierza tu po linii najmniejszego oporu wprost do pryncypialnego w swej ideowości odwetowego rozwiązania – proponowanego wprost, na przykład w monologu skierowanym do Caaaczki Marie: „Widziałaś, co z nim przed chwilą zrobiłaś? Jak słuchał mrocznej wyliczanki? Te twoje oczy, Marie, to jakieś chore gówno. Nie wiem, co tu się dzieje i dlaczego, ale jeśli chcemy sprawiedliwości, to ty musisz cały czas patrzeć w oczy, nie tak jak na nas, ale ze wzgardą, z taką jak wcześniej nienawiścią” (s. 150).

Gdyby ktoś miał jeszcze wątpliwości, niech spojrzy na motto „Łysków…” ze Stefana Żeromskiego: „Na pięść, jako argument, bywa też pięść argumentem” (s. 7). Szkoda, że przez taką bezpośredniość cierpi fraza Hund, musząc ustąpić pod naporem zaangażowanych tyrad – nawet jeśli wygłaszanych przez bohaterów w służbie słusznych idei. Żal tym bardziej, że w wielu miejscach z sukcesem dochodzą do głosu wypracowane już w „Psach ras drobnych” ironiczny humor i błyskotliwa gra językowa. Trzeba uczciwie przyznać, że w poszczególnych wyrażeniach znać humorystyczny sznyt Hund – „kocie świniobicia” (s. 14) występują tu obok sarkastycznych charakterystyk: „hobbystycznie faszysta, zawodowo policjant” (s. 36) albo celnie punktowanych kontrastów, jak w cytowanych pierwszych akapitach.

Ale ciągły pęd ku błyskotliwej pisarskiej dykcji bywa też zdradliwy. W momentach największego folgowania instynktom groteskowości do narracji wkradają się zdania jakby wyjęte z czechofilskich postów z facebooka Mariusza Szczygła, tych najbardziej wyższościowych:„»chińczycy« gotowali jak w polskiej kuchni, doprawiali jednak po »chińsku« i Polakom smakowało – zaakceptowali ryż zamiast ziemniaków. »Polubiałem chińską kuchnię, takie dobrze doprawione, takie moje smaki«. – W Czechach jest podobnie, a jednak trochę inaczej (…). Azjatów jest więcej, mają swoje sklepy na każdym rogu, w nich oryginalne azjatyckie składniki. W potrawach zamiast śmietany i koperku pływają czasem mleko kokosowe i kolendra” (s. 69).

Oczywiście w wywiadach Hund zarzeka się, że jej powieść ma zadawać kłam arkadyjskiej wizji Czech – kraju, który Polska może co najwyżej wiecznie doganiać i w którym rzekomo nie zdarza się ksenofobia i przemoc. Nie bez przyczyny w finale napawa się wizją spalenia Hradczan. Jasne, wyższościowy ton z przywołanego fragmentu nie wynika z chęci gloryfikowania stereotypowych postaw jednego narodu i piętnowania drugiego. W istocie jest jednak jeszcze gorzej, bo wszelkie przytyki są u Hund efektem nieznośnego hiperdydaktyzmu wymierzonego we wszystko, co nie zgadza się z postępowym światopoglądem młodej lewicy. Ta strategia w wydaniu „Łysków…” polega na jak najjaskrawszym wywlekaniu oczywistych patologii systemu politycznego czy społecznego i obudowywaniu ich w groteskowy pamflet, którego formuła wyczerpała się w literaturze już na początku obecnego wieku. Wiara w powodzenie tego projektu wynika pewnie z aktywistycznej potrzeby skomentowania najbardziej gorących tematów ostatnich miesięcy, co w efekcie stwarza jednak jeszcze jeden problem.

Histeryczna diagnoza nowoczesności symuluje tu bowiem polskie realia – wraz z działalnością obecnego rządu – w sposób, którego nie można uznać za przypadkowy. Hundowski pamflet jest więc pamfletem doraźnym, wkurwionym drukiem ulotnym, dumną satyrą na „faszystowskie świnie”. Próby uniwersalizacji nie wykraczają poza banalne metafory przyswojone przez literaturę lata temu, a odkrywczych postulatów najzwyczajniej tutaj brak. Cienka podszewka opowieści wychodzi więc na wierzch zarówno w czysto fikcyjnym rysie charakterów i wątków, jak i w konfrontacji z rzeczywistością, którą od początku naśladuje.

Szalę naiwności przeważają następujące po sobie sceny skruchy oprawcy, zdejmowania mundurów przez policjantów czy uginania się rządu pod wpływem manifestacji. Nie dostajemy więc tak naprawdę wiele więcej ponad stwierdzenie, że biorąc udział w kolejnych strajkach i wspierając słuszną sprawę, doczekamy się szczęśliwego zakończenia wszelkich konfliktów. Co więcej – że oprawcy zrozumieją nauczkę i ukorzą się, gdy tylko parę osób wprost zwerbalizuje wobec nich oskarżenie. Kiedy następuje finalna ekspiacja policjanta marnotrawnego, wiem już na pewno, że w świecie Hund literatura ma przekonywać przekonanych i utwierdzać w słuszności raz obranych pozycji. Na pewno nie ma zaś stawiać pytań i wytrącać ze znanych kolein myślenia.

Jeśli powszechny nastrój frustracji miałby wystarczyć za pretekst do opowiadania o tkance naszego społeczeństwa, to niech nakłuwa ją w miejscach mniej wyeksponowanych. Niech obiera za cel niewidzialne ośrodki stabilnego układu, a nie wskazuje palcem na te, których chwiejność widać gołym okiem. Niech mają się czego bać.
Olga Hund: „Łyski liczą do trzech”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2021.