ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 lipca 14 (422) / 2021

Kamila Czaja,

BANAŁ W SŁUSZNEJ (KRYMINALNEJ) SPRAWIE (INGA VESPER: 'BARDZO DŁUGIE POPOŁUDNIE')

A A A
Na moją niezbyt pobłażliwą ocenę „Bardzo długiego popołudnia” Ingi Vesper wpłynął fakt, że spodziewałam się zbyt wiele. Dałam się skusić sugerowanemu w wydawniczych charakterystykach i na okładce potencjałowi, że będzie to mocny i mroczny kryminał (wszak ukazał się w imprincie Słowne Mroczne) z pogłębioną warstwą dotyczącą społecznych nierówności przełomu lat 50. i 60. XX wieku na Zachodnim Wybrzeżu USA. Założyłam więc optymistycznie, że Vesper zaproponowała debiut wzorowany na noirowych powieściach kryminalnych, ale pisany ze współczesną świadomością, czyli równocześnie i po dawnemu klimatyczny, i po nowemu „podkopujący” ówczesne realia, wskazujący na wcześniej przemilczane nierówności, przesuwający akcenty, w ramach konwencji oddający głos bohaterom i bohaterkom marginalizowanym lub niemal niewidzialnym. I wydawałoby się, że to wszystko w „Bardzo długim popołudniu” jest, w zamierzeniach na pewno, tyle że zostało zrealizowane w sposób sprawiający, że wyniknęło z mojej lektury niewiele, a jeszcze mniej po lekturze ze mną zostało. Oczywiście, da się „Bardzo długie popołudnie” bez bólu przeczytać, tylko pytanie po co.

Kryminalny pretekst

Joyce Haney znika, a co jakiś czas poznajemy prowadzące do tego tajemniczego zdarzenia wypadki, opowiedziane właśnie z perspektywy późniejszej zaginionej mieszkanki osiedla o wdzięcznej nazwie Sunnylakes. Pozornie szczęśliwej żony i matki, a tak naprawdę kobiety mocno straumatyzowanej. Czego tu nie ma: molestowanie, śmierć dziecka, otumanienie lekami, intrygi ze strony udawanych przyjaciół… Chyba założeniem było kumulowanie wstrząsających przeżyć, by jak najdobitniej obnażyć ułudę beztroskiego życia gospodyń domowych Stanów Zjednoczonych tego czasu. A gdy Joyce znika, do akcji wkracza, rzecz jasna, policjant z przeszłością. Mick Blanke, po skandalu w Nowym Jorku zaczynający z żoną życie w Los Angeles, próbuje zgłębić koszmar egzystencji kobiet w domkach z białym płotkiem (i okazałym basenem). Problem w tym, że śledztwu brakuje ikry, właściwie ciągnie się ono dość nijako mimo zwrotów akcji, sceny w zamiarze najbardziej sensacyjne (pościgi, trzymanie kogoś na muszce etc.) nie ekscytują, odkrycia dokonywane są raczej przez przypadek, a uwolnić się z rąk oprawców można dzięki spince do włosów. Najbardziej intrygująca drugoplanowa postać, pani Crane, pojawia się co jakiś czas i znika, na dodatek gdzieś się rozmywa sens jej istnienia w powieści, chyba że za takowe przyjąć należy stanowienie pokusy dla męskiego bohatera albo pretekst do dość pobieżnego pokazania wycinka ówczesnego ruchu kobiecego.

Jeśli przyjąć za jedną z pochlebnych brytyjskich recenzji, że chodzi o pastisz „pulpowego” kryminału tamtej epoki (zob. stantard.co.uk), to trzeba przyznać, że klocki są na miejscu – ale z samego mechanicznego zaprojektowania postaci i miejsc na gotowy wzór wynika niewiele. Odczucie, że ten kryminał jest właściwie pretekstem, dałoby się obronić tym, że dla Vesper tak naprawdę nie o intrygę toczy się gra, a o społeczną „słuszność”. Rozdziały dotyczące Joyce oraz te poświęcone Mickowi dopełnia wątek skupiony na trzeciej głównej postaci. Ruby, czarna sprzątaczka, jest napędem śledztwa i jedną z nielicznych osób, którym, mimo różnic statusu, na Joyce naprawdę zależy. A autorce zależy chyba przede wszystkim właśnie na Ruby, chociaż w lekturze okazuje się, że nie tyle na samej postaci, ile na postaci jako pretekście do rozliczeń z rasizmem, do pokazania trudów antyrasistowskiego aktywizmu, do przypomnienia o ulicznych zamieszkach, a nawet do niezbyt pogłębionej próby przypomnienia, że poza rasą los determinują klasa czy płeć. I trudno się nie zgodzić, problem w tym, że to taka intersekcjonalność dla bardzo początkujących, niezwykle powierzchowna, a nakładające się w niej warstwy ucisku osobno również nie wypadają na kartach „Bardzo długie popołudnia” przekonująco.

Sojuszniczka czy uzurpatorka?

Znów: nie brakuje Vesper dobrych chęci, by z jednej strony wiernie oddać realia życia i tłumione nimi aspiracje czarnej młodej kobiety z South Central, a z drugiej – by sprostać nowoczesnej wrażliwości. Stąd zapewne poprzedzenie książki uwagą: „Obraźliwy język i poglądy przedstawione w powieści stanowią odzwierciedlenie ducha czasów, w których rozgrywa się akcja, i nie należy ich utożsamiać z poglądami autorki” (s. 5), a na końcu podziękowanie między innymi „konsultantce od kwestii wrażliwych” (s. 392). Bardzo to szczytne, a wciąż niebędące normą. Co z tego, skoro sam materiał literacki pomiędzy zastrzeżeniem i podziękowaniem okazuje się dość nijaki. Trudne życie Ruby opisano na wysokim poziomie banału, a całość jakże „złożonej” sytuacji w „Bardzo długim popołudniu” można by podsumować niezwykle „odkrywczym” zdaniem na temat niełatwej współpracy Micka i Ruby podczas śledztwa: „Istnieje między nimi wznoszona przez stulecia bariera i choćby bardzo się starał, nie byłby w stanie jej zburzyć” (s. 179). Zamieszki w South Central są tu właściwie elementem tła. Postulaty, chociaż przedstawione w dialogach, brzmią jak przepisane z oficjalnych manifestów. Ta historia brzmi trochę tak, jakby biała kobieta XXI wieku próbowała sobie ze średnim skutkiem wyobrazić, jak w danej sytuacji myślałaby czarna kobieta połowy wieku XX.

Czy Vesper świadoma jest, na co się porwała? Tak i nie. W części „Od autorki” uprzedza zarzuty: „Zdaję sobie sprawę aż nazbyt dobrze, że można dyskutować, czy ja, urodzona w Niemczech biała mieszkanka Londynu, w ogóle powinnam pisać o takiej postaci jak ona. Czułam jednak, że rezygnując z niej, postąpiłabym niewłaściwie. Ruch Black Lives Matter i historie o przerażającej przemocy, z którą właściwie na co dzień spotykają się członkowie czarnoskórych społeczności w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych, otworzyły mi oczy. Bardzo się cieszę, że mogłam wysłuchać głosu Ruby” (s. 395). Wie więc, że zabieg jest ryzykowny, ale nie czuje, że nawet pisząc o „wysłuchaniu głosu”, uzurpuje sobie przekonanie, jakoby była czystym przekaźnikiem, a nie imitatorką. Poza tym choć nie wątpię, że biały może całkiem sprawnie napisać o sytuacji czarnych, być ich realnym literackim sojusznikiem – w sensie anglojęzycznego ally (niedawno na przykład, też w ramach literatury gatunkowej, zdziwiłam się, odkrywając, że Matt Ruff, autor „Krainy Lovecrafta”, powieści o czarnych mniej więcej tych samych czasów, tyle że z elementami fantastyki zamiast kryminału, jest biały; bo pisał umiejętnie niby „ze środka”). Ale mam wrażenie, że świeża, chyba powierzchowna świadomość opresji, nabyta przez Vesper dzięki BLM, to jeszcze trochę za mało, żeby brać się pisarsko za taki temat. Chociaż oczywiście trudno tak jednoznacznie wyrokować, bo oceniający wikła się w kolejny poziom tego problemu: jak z punktu widzenia białej recenzentki postponować białą pisarkę za brak odpowiedniej świadomości, skoro siłą rzeczy samej jest się tu na pozycji kogoś, kto nie powinien twierdzić, że w kwestii doświadczenia czarnych wie wystarczająco dużo.

Perfekcyjne panie domu

Trochę bardziej broni się „Bardzo długie popołudnie” jako historia o sytuacji białych pań domu. Debiut Vesper jest, według samej autorki, „książką o feminizmie” (s. 395), czemu trudno zaprzeczyć – ale i to rozgrywa pisarka raczej na jednej nucie. A jak wspomniałam, każda próba intersekcjonalnego skomplikowania przynosi tylko kolejne banalne diagnozy, że los bohaterek jest nie do pozazdroszczenia. Najwięcej ciekawych fragmentów dotyczy właśnie stłamszenia kobiet oraz tego, jak w marazmie i we frustracji nieraz zwracają się one przeciw otoczeniu, „przyjaciółkom” i samym sobie (Mick, rozdarty między męskim przywilejem a coraz większym zrozumieniem dla sytuacji, „[m]a poczucie, jakby zerwał się z kotwicy i unosił się na wodzie pośród rekinów w wykrochmalonych bluzkach” [s. 132-133]). Jednak wśród podkreśleń, jak to rygory zachowania i wyglądu negatywnie wpływają na kobiety z Sunnylakes, znajdziemy i taki „dowcip”: „Oboje przenoszą spojrzenie na basen Haneyów. Niestety, widok przesłaniają pokaźnych rozmiarów tylne części ciała dwóch starszych pań, których usta nie znają smaku appetrolu ani innych suplementów diety” (s. 255).

Pewne bardziej udane passusy, w tym niezłe oddanie sensualności niektórych scen (często tych brutalnych), pozwalają tę powieść przeczytać miejscami z zainteresowaniem, ale nie jako coś wyróżniającego się w ramach gatunku. Być może trochę pomogłyby inne wybory tłumaczeniowe, bo fragmentami książka sprawia wrażenie, jakby napisana została stylem połowy wieku, ale XIX – a na ile udało mi się zerknąć do oryginału, Vesper nie pisze tak, by uzasadnione były przekłady w rodzaju: „Spadła, kiedy jej ciałem wstrząsnął śmiertelny spazm” (s. 208) czy: „Zza jego pleców wyłaniają się dłoń i pistolet, którego rękojeść właśnie niemal ogłuszyła złoczyńcę” (s. 263). Takie zdania tylko zwiększają poczucie, że obcujemy z literaturą nie najwyższych lotów.

***

Pytanie, czy powinnam aż tyle oczekiwać po kryminale, na dodatek debiucie, ale wydaje mi się, że sama powieść Vesper zapowiada więcej, niż może dać. Gdyby nie fałszywe obietnice ciekawego odświeżenia gatunkowej tradycji i powiedzenia czegoś odkrywczego o stosunkach rasowych, płciowych i klasowych czasów stanowiących tło intrygi, pewnie bym po „Bardzo długie popołudnie” nie sięgnęła. A tak, rozczarowałam się, nie przejęłam bohaterami, nie doceniłam nawet słusznego zaangażowania, bo nie zostało w odkrywczy, porywający sposób podane. W najlepszym razie to dla odbiorców, chyba nielicznych (zwłaszcza w kręgu anglojęzycznym), którzy o uprzedzeniach rasowych czy płciowych w Stanach Zjednoczonych połowy XX wieku nie słyszeli nigdy nic, znośny kryminalny pretekst, by usłyszeć cokolwiek. Albo pozycja dla poszukujących czegoś jednorazowego, lekkiego – chociaż przy tej tematyce lekkość nie stanowi raczej zalety. „Czytadło plażowe”, pozornie tylko będące czymś więcej.

LITERATURA:

Law K.: „The Long, Long Afternoon by Inga Vesper review”. https://www.standard.co.uk/culture/books/inga-vesper-long-long-afternoon-debut-novel-review-b920805.html.
Inga Vesper: „Bardzo długie popołudnie”. Przeł. Jacek Żuławnik. Wydawnictwo Słowne. Warszawa 2021.