ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (463) / 2023

Jerzy Podolski,

PSYCHICZNY? NIE, MACIERZYŃSKI. (PIOTR MACIERZYŃSKI: 'NIEZBĘDNIK PSYCHOPATY')

A A A
Nowy tomik Piotra Macierzyńskiego to wydarzenie. Wydarzenie, na które nikt nas nie zaprosi, na które trzeba wprosić się samemu. By móc potem żałować, że nie da się tego zapomnieć. To ósma książka poety, który po konflikcie z długoletnim wydawcą (Ha!art) i problemach ze znalezieniem nowego, ostatecznie podjął decyzję o samodzielnej publikacji. W przeciwieństwie do poprzedniej, niemal dokumentalnej „Książki kostnicy” (2017) poświęconej Zagładzie, w „Niezbędniku psychopaty” otrzymujemy Macierzyńskiego „klasycznego” – jak zwykle pozbawionego zahamowań, sypiącego żartami i kpiącego w najlepsze, powracającego konsekwentnie do charakterystycznej dla siebie poetyki w utworach osadzonych zdecydowanie współcześnie. Ale nie jest to powrót łatwy i przyjemny. Przeciwnie – w prowokowaniu, wywoływaniu dyskomfortu i dotykaniu tematów najbardziej bolesnych Macierzyński dalej nie ma konkurencji. Tomik to też swoiste résumé jego dotychczasowej twórczości, a także wyznanie wiary w wyzwalającą moc słowa i praktyczna jej realizacja w duchu anarchistycznego humoru oraz transgresji. Bo „Niezbędnik psychopaty” to prawdziwa „jazda po bandzie” nieuznająca zakazów, opisująca postawy i zjawiska skrajne, zlokalizowane na marginesie norm społecznych i moralnych.

Jak „czytają się” ostatnie wiersze Macierzyńskiego? Na pierwszy rzut oka nie ma tu gry w kalambury z czytelnikiem, brak z pewnością modnych ostatnio słownikowych kwerend czy minimalistycznych enigmatycznych obrazków, jest za to charakterystyczna, usypiająca czujność narracyjna lekkość, głos (pozornie) bezpośredni oraz naturalny potoczny i potoczysty język. Co nie zaskakuje, bo szukając korzeni Macierzyńskiego, prócz kaskaderów literatury jak Bursa, myślimy o o’harystach z „brulionu” z ich barbarzyńską poetyką. Ta poetyka była mu bliska od początku i na niej oparł swoją autorską pseudokonfesyjną dykcję, choć próbował zarazem w swoich wierszach pogodzić dwóch nieznoszących się gigantów polskiej poezji: Różewicza i Herberta, których zarazem szanował i przewrotnie parafrazował, równie chętnie wchodził z nimi w dialog, jak i w spór. Nad tym tomem unosi się jednak wyraźnie duch innego twórcy, z którym bardziej łączy go rozumienie roli poezji i poety niż konkretne strategie pisarskie. Mowa o Bukowskim, który przynajmniej od czasu „Zbioru zadań z chemii i metafizyki” (2009) jest dla Macierzyńskiego jednym z ważniejszych punktów orientacyjnych na poetyckim firmamencie. Z tym antyspołecznym samotnikiem dzieli Macierzyński nie tylko brutalne podejście do materii poetyckiej czy niechęć do tłumu i wszelkich form społecznej stadności (w których bezpiecznie można lizać własne rany i utwierdzać się we własnych wyborach), ale nade wszystko wiarę, że odseparowanie życia i pisania rodzi tylko martwe dzieła.

Wchodzimy więc w te wiersze jak w żywą, krwistą prozę – łatwo i szybko, ale tylko po to, by zaraz poeta podstawił nam nogę lub wyprowadził nas w pole. Sama mnogość głosów sprawia, że nieuważna lektura może doprowadzić do zupełnie przekłamanego odczytania tomu. Liczni zboczeńcy, psychopaci i dewianci nie są ze sobą tożsami, a ich „zbrodnie” i zbrodnie nieraz różnią się tak, jak różni się od siebie krzesło i krzesło elektryczne. Na czytelniczą dezorientację pracuje zarówno swobodne operowanie różnymi językowymi rejestrami w obrębie poszczególnych utworów, jak i sama kompozycja „Niezbędnika…”, bo z premedytacją obok wierszy lekkich i anegdotycznych jak *** („we Lwowie wróciłem do hotelu…”) czy *** („gdy mówię że jestem zmęczony odbieraniem nagród…”) otrzymujemy cios między oczy („Ksiądz Jerzy”, „Pedo”). Absurdy codzienności zderzają się tu z dramatem i cierpieniem zupełnie niespodziewanie, boleśnie realnie. Macierzyński tradycyjnie nie rezygnuje przy tym z fraz obliczonych na bon moty, licznych i mniej lub bardziej jawnych gier słownych, cytatów, czy – jak zwykle przekornych – kulturowych odniesień biblijnych i mitologicznych. Zanotować warto, że obok wierszy narracyjnych pojawiają się polifoniczne montaże („Sława i uznanie”) oraz dość rzadka dotąd u Macierzyńskiego – refreniczność, którą wykorzystuje zarówno w otwierającym ten tom *** („błogosławię zboczeńcom…”), jak i w zamykającym *** („mój przyjaciel Eryk…”). Najmocniej wybrzmiewa ona jednak w wierszu *** („jestem fałszywym prorokiem…”), swoistym ars poetica o rytmie punkowego kawałka: „jestem fałszywym prorokiem / który uczciwie mówi nikt cię nie zbawi / ani z dobrego serca / ani dla hecy / jestem fałszywym prorokiem / który nie pobiera opłaty / jestem fałszywym prorokiem” (s. 25).

Rdzeniem twórczości Macierzyńskiego zawsze były wiersze quasi-autobiograficzne, a jego znakiem firmowym – obok humoru i ironii – ciągłe odsłanianie własnej prywatności, miejscami wręcz natarczywe epatowanie naturalistycznymi i najintymniejszymi szczegółami własnego życia. „Niezbędnik psychopaty” otwiera motto z Marka Twaina: „Człowiek to jedyne zwierzę które się rumieni. I jedyne, które musi” (s. 5), a potem autor zupełnie bezwstydnie raczy nas prawdziwą/zmyśloną (niepotrzebne skreślić) historią swojego kolejnego związku, zmontowaną niechronologicznie z krótkich sugestywnych obrazów: bliskości, seksu, czułości, kłótni, oddalenia i rozstania. I choć to nieustanne zadręczanie się kolejną miłosną klęską bywa równie ciężkostrawne co jego narcyzm, to zrównoważone jest błyskotliwością. Ostatecznie cały ten emocjonalny sadomasochizm to tylko haczyk, na który chce nas złapać i wciągnąć w czysto literacką, bezwzględną wiwisekcję uczuć, równie intensywnych i stymulujących co destrukcyjnych: „ustawiam się na torach / a potem udaję zdziwionego że mnie coś rozjechało / Emilka nie znała zaklęć / ale wymagania miała / żeby Jazon chodził do pracy i przymykał oko / gdy nie dotrzymywała słowa” (s. 35).

Życiopisanie Macierzyńskiego miejscami balansuje na granicy sztampy: poeta jest wiecznie bez kasy, żyje od wiersza do wiersza, a obok kobiety musi być naturalnie ona, ta druga – literatura. Plus wódka i mniej lub bardziej nieepickie anegdoty z życia liryka. Pisarzy i poetów, którzy męczyli i meczą te motywy, trudno zliczyć. A maczyzm i megalomania – jak wiadomo – kroczą przed upadkiem. W nudę. Macierzyński jednak, choć konstruuje na naszych oczach obraz swojego życia i kreuje własny mit, to zarazem poddaje go natychmiastowej dekonstrukcji. A samo bycie poetą przewrotnie przedstawia nie jako powód do dumy a przykrą, żenującą i nieuleczalną dolegliwość („Przebieg choroby”). Zresztą co to za macho, który relacjonuje, jak dziewczyna w łóżku skwitowała ironicznym spojrzeniem przechwałkę o rozmiarze penisa? Czy też opisujący rozczarowanie jakichś nieszczęśnic liczących na szybki numerek z poetą, zamiast którego dostały, o zgrozo, miłość? Co to za megaloman, który opisuje, jak zebrał bęcki w dzieciństwie? Lub który dziś – zarazem z poczuciem obciachu i połechtanej próżności – dosiada się w pociągu do dziewczyn zaczytanych w jego tomiku?

Autor pogrywa sobie z nami, mieszając fikcję i rzeczywistość w sposób niemożliwy do rozdzielenia, bawi się typowym pomnikowym wizerunkiem poety przeklętego, kpi ze swoich wad, niezręczności i potknięć. Ale nie jest to gra wyliczona na sympatię czy litość, lecz gra o życiową prawdę. Inteligencja nie wyklucza żartów tanich i niesmacznych, a tchórzostwo – odwagi mówienia o własnych porażkach. Zarazem, chociaż spod bezceremonialności i cynizmu wyziera czasem zaskakująco staroświecki (rozczarowany sobą) romantyzm, to same wiersze są jak najbardziej realistycznym opisem miłości i jej opłakanych skutków. Ten miłosny topos (męczony od debiutanckiego tomu „Danse macabre i inne sposoby spędzania wolnego czasu”) zdaje się nie dawać poecie spokoju, a ciągłe do niego powroty zdają się radykalną próbą ostatecznego jego rozsadzenia, zniszczenia. Wyjścia poza wybiórcze opisywanie miłości, ujęcie jej bez idealizacji i bez jakiegokolwiek tabu. A że zgodnie ze swoją metodą wszystkie chwyty uznaje autor za dozwolone – testuje nasze granice i cierpliwość. I umieszcza w sytuacjach tak intymnych, że łatwo naraża się na zarzut ekshibicjonizmu i wulgarności. Seks opisuje bez żadnej żenady – zarówno jako naturalną część codzienności, źródło bliskości lub udręczenia, a także – a jakże – temat do żartów: „pozwalałem sobie na brutalną głębokość / i mocno trzymałem ręce na jej biodrach / jak kierownicę gdy na kolarce jedzie się po wybojach” (s. 34).

Prócz samego seksu przewija się tu też temat jego obrazowania we współczesnej kulturze audiowizualnej – zresztą pornografia gościła już u Macierzyńskiego niejednokrotnie i w różnych kontekstach. W „Niezbędniku psychopaty” znajdziemy dwa utwory, w której objawia się ona w skrajnie różnej tonacji. W wierszu *** („Ron Jeremy...”) krótki opis akcji dobroczynnej realizowanej w porno-biznesie (film z aktorami chorymi na AIDS) przeradza się w mroczną parabolę. Z kolei *** („gdy mnie pytają o najlepszego pisarza…”) to dowcipny opis pornograficznych obrazów przepełnionych kiczowatą i groteskową perwersją, która może jednocześnie stymulować niezdrowe podniecenie i budzić zdrowy śmiech swoją niezamierzoną absurdalnością. Przy okazji przekraczania granic tzw. dobrego smaku trzeba wspomnieć, że blurba na okładkę „Niezbędnika...” napisał Janusz Rudnicki, który w dziedzinie ryzykownych i niesalonowych żartów uważany bywa za markę. A Macierzyński sprawia, że nawet Rudnicki zdaje się czasem czerwienić jak pensjonarka. Obok tematu pornografii pojawiają się bowiem także skatologiczne żarty, wyliczone na śmiech pełen naszego większego lub mniejszego zażenowania, z czym Macierzyński chyba również nie ma problemu. Odbyt jako integralna część absurdalnego i groteskowego bytu? Cóż, mało odkrywcze, ale trudno zaprzeczyć. Nie będę jednak drążył tematu, bo – jak uprzedza tytuł wiersza – „Można sprawdzić” to samemu.

Tomik zresztą w całości i z premedytacją zakomponowany jest na skrajnych wahaniach emocjonalnej tonacji. Lekkie utwory pozwalają złapać oddech, ale i usypiają czujność, bo co jakiś czas konfrontujemy się z innymi, które są śmiertelnie poważne, wstrząsające. To wiersze o pedofilii, będące podróżą do współczesnego jądra ciemności, a zarazem mocnym głosem w tej sprawie, która dziś – mimo ciągłej obecności w mediach – zdaje się wrastać w krajobraz społeczny bez większych skutków dla sprawców (szczególnie księży, w przypadku których wciąż pojawiają się skandaliczne próby bagatelizowania cierpienia ich ofiar). Te utwory nadają całej książce innego rodzaju wagi i odwagi oraz są jej najmocniejszym, centralnym punktem, bo pedofile w sutannach i w cywilu oraz najczarniejsze odmęty darknetu (które są ich bestialstw dokumentem, a o których istnieniu wolelibyśmy nie wiedzieć) to tematy raczej słabo w poezji przepracowane. Po niektórych wierszach chciałoby się wsadzić własny mózg pod prysznic, zmyć te obrazy i zapomnieć. Ale nie można. Poeta pamięta, a ta poezja nie ocala – ta poezja rozwala. Rozwala dobre samopoczucie, kieruje nasz wzrok tam, gdzie patrzeć nie chcemy. Tam, gdzie jest cierpienie i zło, wobec którego większość naszych problemów traci znaczenie. Tam, gdzie rany ofiar nigdy się nie goją: „a może Bóg chciał we mnie zniszczyć / zaufanie do swoich kapłanów // myślałem że jestem narzędziem szatana / później zrozumiałem że szatan ma lepsze narzędzia // lewacka prasa donosiła że jednemu chłopcu proboszcz rozerwał odbyt / ale ja nawet nietknięty / umiałem zmarnować sobie życie” (s. 13).

Ktoś może zarzucić, że to tanie epatowanie skalkulowane na szok i skandal. Jednak te drastyczne utwory są zrobione w sposób praktycznie dokumentalny. Są poważne, precyzyjne i skupione, by oddać prawdę. Nie jest to prawda łatwa do przyjęcia, to prawda odrzucająca, obnażająca obrzydliwe fakty. Ale to też prawda, której nie można zostawić samej sobie, choć boli. I chyba boleć musi, bo jak inaczej ma wyzwolić? Z pewnością poeta raz jeszcze – po „Antologii wierszy ss-mańskich i oświęcimskich” i „Książce kostnicy” – wystawia się tymi utworami na zarzuty o moralny szantaż. Czy go uprawia? Moim zdaniem – ponownie – nie. „Niezbędnik psychopaty” to jego kolejna próba testowania granic języka. Poeta wciąż pyta, czy jest coś, o czym poezja powinna milczeć. Wpisując pedofilię (szczególnie odrażającą formę zła) w pejzaż współczesności obok kwestii nieprzystosowania, traum i obsesji, odzwierciedla tylko pełniej obraz świata. Świata, w którym wciąż jedni „wykolejeńcy” nieprzystający do poprawnego modelu grzecznego obywatela-konsumenta spotykają się ze świętym oburzeniem konserwatywnego społeczeństwa, podczas gdy niemal za ścianą, dzieją się rzeczy zupełnie nieporównywalne, potworne. O których zgodnie (rodzinnie, instytucjonalnie) się milczy. Można nie zgodzić się z radykalnym twierdzeniem Macierzyńskiego, że „jeśli poezja milczy na temat pedofili nie ma prawa / mówić o Bogu miłości / i innych mniej w ważnych tematach” (s. 58), ale trzeba przyznać, że przemawia on w tych wierszach z wyczuciem i empatią, inteligentnie i poruszająco.

„Niezbędnik psychopaty”, niezależnie od interpretacji, to z pewnością dowód odwagi podążania własną ścieżką. To też rozliczenie Macierzyńskiego z samym sobą – ze swojego pisania i z życia. Bycie poetą traktuje on – zarazem z ironią i z powagą – jako życiowe kaskaderstwo, a samą poezję zdaje się postrzegać jako narzędzie do „mówienia prawdy”. W wydaniu tak radykalnym, że zjeżyłoby ostatnie włosy na głowie statecznych klasyków pokroju śp. Adama Zagajewskiego. Z pewnością zaś zapewniło już poecie sporo problemów z młodszymi koleżankami i kolegami po piórze, krytyczkami i krytykami oraz – co najistotniejsze – czytelniczkami i czytelnikami. Macierzyński jednak, nawet jeśli czasem zmyśla w wierszach swoje życie, nie kreuje świata, lecz patrzy przenikliwie na ten, w którym przyszło nam żyć. I nigdy nie odwraca wzroku. „Ekshibicjonista”, „moralny szantażysta”, „grafoman” i „seksista” to tylko wybrane epitety, którymi go dotąd obrzucano. Prawdopodobnie po „Niezbędniku psychopaty” dojdą do nich następne. Ale Macierzyński już lata temu wiedział, na co się pisze: „dziś każdemu się wydaje że może mnie opluć / mam czego chciałem” (Macierzyński 2007: 30) – konkludował w swoim trzecim tomie „Odrzuty”. Bo poeta to nie zawód, to nawet nie stan umysłu. To forma uwierającej obecności. Ze wszystkimi tego konsekwencjami: „mój przyjaciel Eryk mówi mi że kiedyś przynajmniej wyrwaliby mi język / ale teraz nastąpiło zdziczenie obyczajów” (s. 76). Nie ma więc co żałować Macierzyńskiego. Ostatecznie i tak mu się upiekło.

LITERATURA:

P. Macierzyński: „Odrzuty”. Kraków 2007.
Piotr Macierzyński: „Niezbędnik psychopaty”. Wydano nakładem autora. 2022.