ZIMA ZŁA (ANNA KAŃTOCH: 'ZIMA POŻEGNANYCH')
A
A
A
Odnoszę wrażenie, że przez dziesięć lat się powtarzam. Skoro jednak od „Łaski” z 2016 roku nie przegapiłam możliwości recenzowana kryminalnych (i gatunkowo pogranicznych) książek Anny Kańtoch, a książki te trzymają wysoki poziom i charakteryzują się pewnymi konkretnymi zaletami, to trudno byłoby je omawiać „na siłę” za każdym razem inaczej. Stąd moje nieustające podkreślanie, że umiejętność budowania portretów psychologicznych na każdym planie, że przywiązanie do detalu, że dopracowany język – bo po prostu tak to wygląda.
Powtórzę się więc i przy „Zimie pożegnanych”, chociaż nie można oczywiście pominąć pewnych różnic. Kańtoch przyznaje w wywiadach i mediach społecznościowych, że chociaż nie wykluczała czwartego tomu serii kategorycznie, to jednak skłaniała się ku poprzestaniu na trzech kryminalnych porach roku z życia Krystyny Lesińskiej. Napisanie „Zimy…” sprawiło, że finałowa część cyklu niejako „zaburza” wcześniejszy kompozycyjny koncept (co jednak łatwo autorce wybaczyć, ciesząc się nową historią): nie cofa się bowiem w czasie jak poprzednie, tylko toczy się już po „Wiośnie zaginionych”, z emerytowaną główną bohaterką. I chociaż Krystyna „[n]ie należała do osób, którym wiek mógłby cokolwiek dyktować” (s. 18), autorka nie ignoruje jej metryki. Unika robienia ze swojej serii kryminalnej komedii o komicznie dziarskiej staruszce, ale też nie udaje, że dawna policjantka może wszystko zrobić sama.
Zwłaszcza że chociaż część akcji nadal toczy się w Katowicach, śledztwo dotyczyć będzie przede wszystkim okolic Legnicy i wigilijnej zbrodni, której preludium poznamy, gdy niesympatyczny młody sąsiad zapyta Krystynę o radę, a skutki – gdy jego siostra przyjedzie prosić o oczyszczenia brata z zarzutów (przeskok czasowy pozwala uniknąć skojarzeń z kolejnym standardowym kryminałem bożonarodzeniowym). Rzecz jasna sprawa zamordowania Doroty Podgórskiej okaże się skomplikowana znacznie bardziej, niż widzi to prokuratura, a w kręgu osób, które wiedzą więcej, niż mówią, znajdą się osoby z paczki przyjaciół ofiary, były mąż oraz mieszkające po sąsiedzku małżeństwo. Kolejne rozdziały – poza ostatnim, „Końcem zimy” – zatytułowano od imienia postaci kluczowej w danym momencie, a poza niektórymi osobami z powyższej listy pojawi się też prokurator Krystian Lempart; wróci także wątek Romka, zaginionego brata Krystyny.
Przede wszystkim zaś poznamy Olgierda Darskiego. Jemu łatwiej porozmawiać z podejrzanymi i potem zdać relację emerytowanej policjantce, bo przebywa w Legnicy, gdzie opiekuje się – nie tak całkiem zresztą bezinteresownie – kotami i mieszkaniem chorej ciotki. Autorka właściwie uczyniła go tu głównym bohaterem równorzędnym Krystynie, co jest kolejną różnicą wobec wcześniejszych tomów. Udało się stworzyć postać równocześnie zwyczajną i niepłytką. Ten nie do końca spełniony pisarz, „miły facet” płynący z prądem, mierzący się z zarzutem braku ambicji, pod wpływem tej sprawy przekonująco dojrzewa, przypominając, że w prozie Kańtoch na szczęście nie ma miejsca na cudowne gwałtowne przemiany, za to stopniowe i wiarygodne budowanie bohaterów/bohaterek dynamicznych stanowi mocną stronę jej powieści.
Zastrzeżenia? Nieliczne i drobne. Nie wiem, czy potrzebny był rozdział o Krystianie (chyba że Kańtoch wiąże z tą postacią dalsze plany?). Nie do końca też mogę sobie wyobrazić przebieg samej sceny zbrodni, mimo że teoretycznie jej podbudowa mnie przekonuje. Zalet ma „Zima pożegnanych” zdecydowanie więcej. Cieszy mnie, że Kańtoch, chociaż pamięć pozostaje tu ważnym tematem, mniej polega w rozstrzygnięciach fabularnych na jej zakłóconych mechanizmach. Wprawdzie w innych książkach wykorzystuje takie chwyty sprawnie, ale chyba był faktycznie najwyższy czas na odmianę. Zamiast posttraumatycznych zapomnień decydują tu ludzkie wady i zbiegi niesprzyjających okoliczności – ale zbiegi nie z tych niewiarygodnych, raczej właśnie łatwych do wyobrażenia, a przez to tym smutniejszych. Kryminały Kańtoch pozostają bowiem dość mroczne, nawet jeśli niepozbawione subtelnego humoru (w najnowszym tomie rozbawiła mnie kwestia psiego imienia).
To kolejna książka, w której pisarka, chociaż podporządkowuje narrację wymogom gatunku, a cel stanowi wyjaśnienie zagadki, porusza przy okazji ileś ciekawych problemów. Z „Zimy pożegnanych” zostaną ze kwestie etycznych granic w true crime, mechanizmów stalkingu oraz roli forów internetowych i mediów społecznościowych w odtwarzaniu historii i charakteru ofiary morderstwa i ludzi z jej otoczenia. A także, związane nie tylko z Olgierdem, ale też z innymi trzydziesto- czy czterdziestolatkami w powieści, pytania o współczesne modele sukcesu w dorosłości, o jego kryteria, społeczne presje, często fasadowość.
W zalewie osnutej wokół zbrodni banalnej prozy gatunkowej, z jednej strony czasem aż absurdalnie cosy, z drugiej – żerującej na sensacyjności i brutalności, twórczość Kańtoch nieustająco się wyróżnia fabularnie i stylistycznie. Pisarka tworzy złożone postaci, co istotne: niekoniecznie zawsze sympatyczne. Relacje między nimi miewają wręcz charakter czysto transakcyjny – a przecież równocześnie w lekturze ostatecznie wiadomo, co jest słuszne i kto jest winny, nawet jeżeli kara niekoniecznie przybierze przewidywalny charakter. „Jeśli już jestem po czyjejś stronie, to tylko ofiar” (s. 239) – stwierdza Krystyna, a autorka ostatniego tomu jej losów, przy całej goryczy kryminalnych fabuł, gdzieś w tych powieściach podskórnie ocala wiarę w ludzi i w jakąś, nie zawsze oczywistą, sprawiedliwość czy wyrozumiałość. I dla ofiar, i dla wmieszanych w sprawę, omylnych żyjących, tych jeszcze z szansą na doczekanie kolejnej wiosny.
Powtórzę się więc i przy „Zimie pożegnanych”, chociaż nie można oczywiście pominąć pewnych różnic. Kańtoch przyznaje w wywiadach i mediach społecznościowych, że chociaż nie wykluczała czwartego tomu serii kategorycznie, to jednak skłaniała się ku poprzestaniu na trzech kryminalnych porach roku z życia Krystyny Lesińskiej. Napisanie „Zimy…” sprawiło, że finałowa część cyklu niejako „zaburza” wcześniejszy kompozycyjny koncept (co jednak łatwo autorce wybaczyć, ciesząc się nową historią): nie cofa się bowiem w czasie jak poprzednie, tylko toczy się już po „Wiośnie zaginionych”, z emerytowaną główną bohaterką. I chociaż Krystyna „[n]ie należała do osób, którym wiek mógłby cokolwiek dyktować” (s. 18), autorka nie ignoruje jej metryki. Unika robienia ze swojej serii kryminalnej komedii o komicznie dziarskiej staruszce, ale też nie udaje, że dawna policjantka może wszystko zrobić sama.
Zwłaszcza że chociaż część akcji nadal toczy się w Katowicach, śledztwo dotyczyć będzie przede wszystkim okolic Legnicy i wigilijnej zbrodni, której preludium poznamy, gdy niesympatyczny młody sąsiad zapyta Krystynę o radę, a skutki – gdy jego siostra przyjedzie prosić o oczyszczenia brata z zarzutów (przeskok czasowy pozwala uniknąć skojarzeń z kolejnym standardowym kryminałem bożonarodzeniowym). Rzecz jasna sprawa zamordowania Doroty Podgórskiej okaże się skomplikowana znacznie bardziej, niż widzi to prokuratura, a w kręgu osób, które wiedzą więcej, niż mówią, znajdą się osoby z paczki przyjaciół ofiary, były mąż oraz mieszkające po sąsiedzku małżeństwo. Kolejne rozdziały – poza ostatnim, „Końcem zimy” – zatytułowano od imienia postaci kluczowej w danym momencie, a poza niektórymi osobami z powyższej listy pojawi się też prokurator Krystian Lempart; wróci także wątek Romka, zaginionego brata Krystyny.
Przede wszystkim zaś poznamy Olgierda Darskiego. Jemu łatwiej porozmawiać z podejrzanymi i potem zdać relację emerytowanej policjantce, bo przebywa w Legnicy, gdzie opiekuje się – nie tak całkiem zresztą bezinteresownie – kotami i mieszkaniem chorej ciotki. Autorka właściwie uczyniła go tu głównym bohaterem równorzędnym Krystynie, co jest kolejną różnicą wobec wcześniejszych tomów. Udało się stworzyć postać równocześnie zwyczajną i niepłytką. Ten nie do końca spełniony pisarz, „miły facet” płynący z prądem, mierzący się z zarzutem braku ambicji, pod wpływem tej sprawy przekonująco dojrzewa, przypominając, że w prozie Kańtoch na szczęście nie ma miejsca na cudowne gwałtowne przemiany, za to stopniowe i wiarygodne budowanie bohaterów/bohaterek dynamicznych stanowi mocną stronę jej powieści.
Zastrzeżenia? Nieliczne i drobne. Nie wiem, czy potrzebny był rozdział o Krystianie (chyba że Kańtoch wiąże z tą postacią dalsze plany?). Nie do końca też mogę sobie wyobrazić przebieg samej sceny zbrodni, mimo że teoretycznie jej podbudowa mnie przekonuje. Zalet ma „Zima pożegnanych” zdecydowanie więcej. Cieszy mnie, że Kańtoch, chociaż pamięć pozostaje tu ważnym tematem, mniej polega w rozstrzygnięciach fabularnych na jej zakłóconych mechanizmach. Wprawdzie w innych książkach wykorzystuje takie chwyty sprawnie, ale chyba był faktycznie najwyższy czas na odmianę. Zamiast posttraumatycznych zapomnień decydują tu ludzkie wady i zbiegi niesprzyjających okoliczności – ale zbiegi nie z tych niewiarygodnych, raczej właśnie łatwych do wyobrażenia, a przez to tym smutniejszych. Kryminały Kańtoch pozostają bowiem dość mroczne, nawet jeśli niepozbawione subtelnego humoru (w najnowszym tomie rozbawiła mnie kwestia psiego imienia).
To kolejna książka, w której pisarka, chociaż podporządkowuje narrację wymogom gatunku, a cel stanowi wyjaśnienie zagadki, porusza przy okazji ileś ciekawych problemów. Z „Zimy pożegnanych” zostaną ze kwestie etycznych granic w true crime, mechanizmów stalkingu oraz roli forów internetowych i mediów społecznościowych w odtwarzaniu historii i charakteru ofiary morderstwa i ludzi z jej otoczenia. A także, związane nie tylko z Olgierdem, ale też z innymi trzydziesto- czy czterdziestolatkami w powieści, pytania o współczesne modele sukcesu w dorosłości, o jego kryteria, społeczne presje, często fasadowość.
W zalewie osnutej wokół zbrodni banalnej prozy gatunkowej, z jednej strony czasem aż absurdalnie cosy, z drugiej – żerującej na sensacyjności i brutalności, twórczość Kańtoch nieustająco się wyróżnia fabularnie i stylistycznie. Pisarka tworzy złożone postaci, co istotne: niekoniecznie zawsze sympatyczne. Relacje między nimi miewają wręcz charakter czysto transakcyjny – a przecież równocześnie w lekturze ostatecznie wiadomo, co jest słuszne i kto jest winny, nawet jeżeli kara niekoniecznie przybierze przewidywalny charakter. „Jeśli już jestem po czyjejś stronie, to tylko ofiar” (s. 239) – stwierdza Krystyna, a autorka ostatniego tomu jej losów, przy całej goryczy kryminalnych fabuł, gdzieś w tych powieściach podskórnie ocala wiarę w ludzi i w jakąś, nie zawsze oczywistą, sprawiedliwość czy wyrozumiałość. I dla ofiar, i dla wmieszanych w sprawę, omylnych żyjących, tych jeszcze z szansą na doczekanie kolejnej wiosny.
Anna Kańtoch: „Zima pożegnanych”. Marginesy. Warszawa 2026.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |









ISSN 2658-1086

