ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 lutego 3 (99) / 2008

Paweł Sarna,

UMARŁY MÓWI: „BAWMY SIĘ!”

A A A
Robaczywy bohater startuje w konkurencji biegu zjazdowego, przekracza metę i trafia do Afryki. Jego międzyczasy to: cztery lata („Robaczywość” – „Bieg zjazdowy”) oraz pięć lat („Bieg zjazdowy” – „Biała Afryka”). Trudno ocenić, czy trasę przebył w czasie rewelacyjnie krótkim, bo przebyty dystans zmierzyć trudno, ale za to widoków, które zobaczył po drodze, można mu tylko pozazdrościć. No i sama Afryka – biała? Dotrzeć do białej Afryki można tylko w jeden sposób. Biec, zjeżdżać i dalej biec, i znowu zjeżdżać, i biec w samym sercu zamieci znaczeń. To ma sens. To była krótka relacja z podróży, zarys historii, którą w trzech kolejnych książkach spisał Bartłomiej Majzel, przeżył zaś bartek majzel, bohater wierszy, alter ego autora (jak mówi bartek w jednym z wierszy „Biegu zjazdowego”: „te wiersze są i tak z rozkładu bartka majzla”).

Bohater w ostatnim tomiku zanadto się nie zmienił, choć długa podróż tak go zmęczyła, że nazywa siebie umarłym. Zmieniła się przede wszystkim sceneria, co nie może wszak dziwić, zważywszy na tytuł książki. Zaskakujące jest przy tym istnienie dwóch przestrzeni mitycznych. Do pierwszej przynależą:

„duszyczki bożęta krople rosy.
hoże sarny. nieprzebrane bory. pęknięte jagody.
lasy do których wchodzę jak na wojnę.
no co?”

Jak mówią słowa piosenki: „straszna ta nasza słowiańska zabawa”. Druga przestrzeń i przynależna jej zabawa jest nie mniej straszna, oba te porządki splatają się ze sobą:

„więc ha: murzyńskie jaja. piersi z warkoczami
łuskane jak orzechy. słowiańskie mokradła
murzyńskie mokradła. blask taki nas połączy
że zanim zgaśniemy zagramy jeszcze najpiękniejszy rytm.”


W poprzedniej książce uderzająca była wielość pojawiających się nazw miejscowości, krain geograficznych, przez które przebiegała trasa podróży. Wyliczenia zwielokrotniały siłę doznania, że nawet jeśli bohaterowi uda się dobrnąć do następnego przystanku, i tak będzie się to dla niego wiązało z brakiem spełnienia, poczucia, iż jest się we właściwym miejscu o właściwym czasie: „gdziekolwiek nie pojadę będzie już zbyt późno, by tam pojechać” („Zachować bezpieczną odległość. Odsunąć się od torów?”). Wszechogarniające jest w tej poezji pragnienie ujrzenia niczym nie przesłoniętej całości, w wierszach z „Białej Afryki” naznaczone jeszcze większą tęsknotą w porównaniu z wcześniejszą książką.

Tym jednak, co chyba najmocniej łączy dwa światy – oba te zbiorki – jest wspomniana podwójność przestrzeni. W „Biegu zjazdowym” były to sfery: wewnętrzna – świat zmysłów i doznań, które wciągały przymusem w swoją głębię, oraz zewnętrzna, której wybór leżał w gestii bohatera. W książce tej oba porządki bądź wzajemnie przenikały się, bądź też wyraźny stawał się między nimi kontrast, jednak najczęściej świat, w który wkraczał bohater, był najczęściej teatrem zmagań. Okazać się więc mogło, że przestrzeń została już wypełniona – zaludniona, przeludniona, jak na przykład w „Rozmowie w ekspresie”: „tłok. parasolka w brzuchu./ czułość o jakiej nawet się nie śniło./ biała kobieta w zielonym płaszczu./ depcze mnie. ugniata”. Wszystko, co znajdowało się na zewnątrz, mogło być potencjalnym źródłem niebezpieczeństwa – atakowało, drażniło, siłą wdzierało się do środka. Bohater był zmuszony, aby za wszelką cenę bronić swojej sfery osobistej, przy czym sposobem, jaki obierał najczęściej, była ucieczka w dzicz absolutną, czyli w światy nie do końca wiadomo czy wymarzone, czy urojone, ale na pewno odległe i własne.

Oderwanie się od rzeczywistego świata jest stałym ryzykiem wyobraźni antycypującej. Wyobraźnia może zacząć wytwarzać fantazmaty, tworzyć światy urojone, z których nie ma powrotu – przynajmniej tak twierdzi wielki znawca tego tematu Jean Starobinski. Dystans istniejący pomiędzy ludźmi jest jednak nie do usunięcia, co więcej wszelkie próby pokonania go skazane są śmieszność, obnażają jedynie nieporadność gestów (ciała) i nieudolność słów. Lepsza już absolutna dzikość, a wraz z nią niezrozumienie niż dyktatura społecznych konwenansów, niż nuda. Tym, czego naprawdę obawia się bohater wierszy Majzla, jest uwięzienie w jednym miejscu. Sam chyba dlatego właśnie nazywa siebie umarłym. Jest przecież skazany na życie w świecie tekstowym.

jesteśmy samotni aż na skraju tęczy
powiedział jakże nie odkrywczo on.
chryste chryste! koniec świata!
odparła jakże nie zabawnie ona
umarły słuchał tych głosów jakby z drugiej strony.
całkiem umarły na wylot.
na przestrzał na odstrzał.”

Kim jest ten, kto podsłuchuje ów dialog – bohater to czy sam autor?
Świat tekstowy podatny jest na zdradę i nieposłuszeństwo wobec ręki śmiertelnej, na sztuczność, czyli śmierć. Umarły nie nazywa siebie wampirem, ale chyba nim jest. Potrzebuje bowiem wciąż nowych wędrówek i nowych doznań… niczym świeżej i słodkiej krwi słowiańskich (bądź murzyńskich) dziewic. Wszystko po to, by nie powtarzać cudzych i własnych gestów, nie śpiewać do martwej muzyki w nieżywym języku – i co najgorsze – martwej publiczności. Tak w ogóle to nie ma nic lepszego od słowiańskich (bądź murzyńskich) dziewic, ale o tym sza. Ale skoro jesteśmy już przy kobietach, trudno pominąć tak intrygujące słowa: „martwe kobiety stają się ważniejsze od kobiet żyjących”. Sprawa z poetami wygląda dokładnie tak samo.
Bartłomiej Majzel „Biała Afryka”. Biuro Literackie, Wrocław 2006.