DLA KOGO PRZEWODNIK PO TRANSPŁCIOWOŚCI? (JACK TURBAN: 'MAM PRAWO BYĆ SOBĄ. O TOŻSAMOŚCI PŁCIOWEJ DZIECI I MŁODZIEŻY')
A
A
A
Jack Turban, psychiatra po Harvardzie i Yale, w „Mam prawo być sobą. O tożsamości płciowej dzieci i młodzieży” pochyla się nie tylko nad zagadnieniem tego, co medycyna ma do zaoferowania osobom transpłciowym (a trochę ma), ale także nad zjawiskiem transpłciowości w ogóle. To w końcu – jak czytamy na blurbie – „poradnik, który pozwala lepiej zrozumieć złożone kwestie związane z tożsamością płciową dzieci i młodzieży (…)”. Czy faktycznie można traktować tę pozycję jako swoisty przewodnik po temacie? Sądzę, że tak, i przyznaję to, czyniąc równocześnie zastrzeżenie, że nie miałam w stosunku do pracy Turbana szczególnych oczekiwań, ba, znużona przeczytanymi dotychczas, podobnymi pozycjami, z których część miałam przyjemność recenzować dla „artPAPIERu”, właściwie byłam nastawiona dosyć cynicznie.
Obserwując wzrost konserwatywnych nastrojów wokół pojęcia tożsamości płciowej, odczytałam inne zdanie blurba, to o tym, że „[o]becnie dzieci i nastolatki wykazują większą otwartość w kwestiach związanych z płcią niż kiedykolwiek wcześniej”, jako zły omen czy też „zapeszenie”. Nie sądzę bowiem, żebyśmy żyli w czasach szczególnie przyjaznych osobom transpłciowym (w których poczet wliczam również osoby niebinarne, zgodnie z założeniem, że przedrostek „trans-” za każdym razem oznacza migrację z płci przypisanej przy urodzeniu ku płci odczuwanej, która nie musi być binarna). Nie sądzę też, żeby książki podobne do tej trafiały w ręce ludzi, dla których mogłyby się okazać powiewem świeżego powietrza, bo propedeutyczny charakter i narracja prowadzona tak, żeby przekonać nieprzekonanych, kierowana jest raczej do osób, które nie zdecydują się sięgnąć po poradnik z frazą „tożsamość płciowa” w podtytule. Kto zatem przeczyta „Mam prawo być sobą”? Nauczyciele, rodzice? Badacze gender studies? Ci ostatni pewnie po to, żeby popularnonaukowy esej Turbana recenzować.
Trzeba przyznać, że Turban, który jak sam wskazuje, zdecydował się na poświęcenie swoich studiów problemom społeczności LGBTQ (ze szczególnym uwzględnieniem T) z osobistych pobudek, wykonał w „Mam prawo…” kawał dobrej, przeglądowej roboty. Zebrał dane, stworzył rodzaj rozwiniętego słowniczka (rozdział 2, „Dziecko jest dzieckiem niezależnie od imienia. Jak rozumieć język gender”), poruszył trudne i polaryzujące zagadnienie wrodzoności orientacji i tożsamości płciowej, w tym ich komponentów biologicznych. Cytuje wprawdzie z Fransa de Waala, nad którego „Jak się różnimy” kiedyś już miałam okazję się pastwić, ale przywołuje jego głos jako jeden z wielu, wśród głosów innych naukowczyń i naukowców.
Choć Turban momentami popada w charakterystyczny dla liberalnie nastawionych badaczy ton, w którym prymat biologii nad kulturą w kształtowaniu tożsamości płciowej przedstawiany jest jako zjawisko pozytywne, sprzyjające empatii wobec „naznaczonych” (bo przecież „tacy się urodzili”), to jednocześnie doprowadza ten pogląd do jego logicznej konsekwencji i przyznaje, że może on budzić pewne obawy. Nie przeszkadza mu to jednak podchodzić dość bezkrytycznie do zjawiska coming outu. Referując stanowisko Evana Wolfsona, „prawnika i rzecznika osób LGBTQ oraz założyciela organizacji Freedom to Marry” (s. 98), zauważa, że zmiana w stosunku opinii publicznej do osób homoseksualnych w Stanach Zjednoczonych wynikła ze zwiększonej empatii, którą wywołały II wojna światowa i epidemia AIDS (sic). I chociaż czytam między wierszami, że chodzi tu o efekt wywołany wzmożoną widocznością gejów i lesbijek (choć głównie gejów) w świecie powojennym i poepidemicznym, trudno mi zaakceptować stwierdzenie, że „potrzeba było więcej czasu i więcej osób musiało ujawnić swoją orientację, aby heteroseksualna większość uznała homoseksualistów za takich samych ludzi (…). Dopiero rosnąca empatia społeczeństwa umożliwiła przyznanie osobom homoseksualnym równych praw” (s. 100). Tak jakby prawa te nie zostały zdobyte w walce, i to walce potępianej przecież przez „heteroseksualną większość”, jak w przypadku najbardziej oklepanego przykładu z queerowego archiwum potyczek, czyli rozróby Stonewall. Można odnieść wrażenie, że Turban dokonuje tu pewnego „prześlepienia” (termin ukuty przez Joannę Ostrowską w „Śladach”): z jednej strony idealizuje sam akt coming outu, z drugiej zaś wskazuje na nierówności społeczne i strukturalne ograniczenia, które sprawiają, że nie wszyscy dysponują równymi możliwościami ujawnienia swojej tożsamości, co autor pokazuje na przykładzie trudnego dorastania transpłciowego Kyle’a, jednego z bohaterów eseju.
Ograniczenia, o których piszę, mają w gruncie rzeczy charakter incydentalny i nie wpływają zasadniczo na wartość merytoryczną publikacji, bo jej siła tkwi w szeroko zakrojonym researchu i wyrastającym z niego syntetycznym ujęciu zagadnienia transpłciowości wśród młodzieży. Okraszenie całości historiami pacjentów i anegdotami z życia autora sprawia, że „Mam prawo…” dobrze się czyta. To pozycja, która ze względu na przystępną formę może służyć jako pomoc w praktyce dydaktycznej – nie wykluczam, że sama skorzystam z jej fragmentów podczas zajęć ze studentkami i studentami. Czuję jednak pewien niedosyt i nie jestem w stanie z pewnością stwierdzić, czy wynika on z jakichś braków w esejach Turbana, czy raczej z tego, o czy pisałam wcześniej – mojej nieumiejętności wyobrażenia sobie modelowego czytelnika/modelowej czytelniczki tego rodzaju tekstu w rzeczywistości, w której queer jest na zmianę utowarowiany i demonizowany. Jakiś rodzaj nieprzyjemności sprawia mi świadomość, że na „Lubimy Czytać” polski przekład książki Turbana ma zaledwie jedną recenzję.
Obserwując wzrost konserwatywnych nastrojów wokół pojęcia tożsamości płciowej, odczytałam inne zdanie blurba, to o tym, że „[o]becnie dzieci i nastolatki wykazują większą otwartość w kwestiach związanych z płcią niż kiedykolwiek wcześniej”, jako zły omen czy też „zapeszenie”. Nie sądzę bowiem, żebyśmy żyli w czasach szczególnie przyjaznych osobom transpłciowym (w których poczet wliczam również osoby niebinarne, zgodnie z założeniem, że przedrostek „trans-” za każdym razem oznacza migrację z płci przypisanej przy urodzeniu ku płci odczuwanej, która nie musi być binarna). Nie sądzę też, żeby książki podobne do tej trafiały w ręce ludzi, dla których mogłyby się okazać powiewem świeżego powietrza, bo propedeutyczny charakter i narracja prowadzona tak, żeby przekonać nieprzekonanych, kierowana jest raczej do osób, które nie zdecydują się sięgnąć po poradnik z frazą „tożsamość płciowa” w podtytule. Kto zatem przeczyta „Mam prawo być sobą”? Nauczyciele, rodzice? Badacze gender studies? Ci ostatni pewnie po to, żeby popularnonaukowy esej Turbana recenzować.
Trzeba przyznać, że Turban, który jak sam wskazuje, zdecydował się na poświęcenie swoich studiów problemom społeczności LGBTQ (ze szczególnym uwzględnieniem T) z osobistych pobudek, wykonał w „Mam prawo…” kawał dobrej, przeglądowej roboty. Zebrał dane, stworzył rodzaj rozwiniętego słowniczka (rozdział 2, „Dziecko jest dzieckiem niezależnie od imienia. Jak rozumieć język gender”), poruszył trudne i polaryzujące zagadnienie wrodzoności orientacji i tożsamości płciowej, w tym ich komponentów biologicznych. Cytuje wprawdzie z Fransa de Waala, nad którego „Jak się różnimy” kiedyś już miałam okazję się pastwić, ale przywołuje jego głos jako jeden z wielu, wśród głosów innych naukowczyń i naukowców.
Choć Turban momentami popada w charakterystyczny dla liberalnie nastawionych badaczy ton, w którym prymat biologii nad kulturą w kształtowaniu tożsamości płciowej przedstawiany jest jako zjawisko pozytywne, sprzyjające empatii wobec „naznaczonych” (bo przecież „tacy się urodzili”), to jednocześnie doprowadza ten pogląd do jego logicznej konsekwencji i przyznaje, że może on budzić pewne obawy. Nie przeszkadza mu to jednak podchodzić dość bezkrytycznie do zjawiska coming outu. Referując stanowisko Evana Wolfsona, „prawnika i rzecznika osób LGBTQ oraz założyciela organizacji Freedom to Marry” (s. 98), zauważa, że zmiana w stosunku opinii publicznej do osób homoseksualnych w Stanach Zjednoczonych wynikła ze zwiększonej empatii, którą wywołały II wojna światowa i epidemia AIDS (sic). I chociaż czytam między wierszami, że chodzi tu o efekt wywołany wzmożoną widocznością gejów i lesbijek (choć głównie gejów) w świecie powojennym i poepidemicznym, trudno mi zaakceptować stwierdzenie, że „potrzeba było więcej czasu i więcej osób musiało ujawnić swoją orientację, aby heteroseksualna większość uznała homoseksualistów za takich samych ludzi (…). Dopiero rosnąca empatia społeczeństwa umożliwiła przyznanie osobom homoseksualnym równych praw” (s. 100). Tak jakby prawa te nie zostały zdobyte w walce, i to walce potępianej przecież przez „heteroseksualną większość”, jak w przypadku najbardziej oklepanego przykładu z queerowego archiwum potyczek, czyli rozróby Stonewall. Można odnieść wrażenie, że Turban dokonuje tu pewnego „prześlepienia” (termin ukuty przez Joannę Ostrowską w „Śladach”): z jednej strony idealizuje sam akt coming outu, z drugiej zaś wskazuje na nierówności społeczne i strukturalne ograniczenia, które sprawiają, że nie wszyscy dysponują równymi możliwościami ujawnienia swojej tożsamości, co autor pokazuje na przykładzie trudnego dorastania transpłciowego Kyle’a, jednego z bohaterów eseju.
Ograniczenia, o których piszę, mają w gruncie rzeczy charakter incydentalny i nie wpływają zasadniczo na wartość merytoryczną publikacji, bo jej siła tkwi w szeroko zakrojonym researchu i wyrastającym z niego syntetycznym ujęciu zagadnienia transpłciowości wśród młodzieży. Okraszenie całości historiami pacjentów i anegdotami z życia autora sprawia, że „Mam prawo…” dobrze się czyta. To pozycja, która ze względu na przystępną formę może służyć jako pomoc w praktyce dydaktycznej – nie wykluczam, że sama skorzystam z jej fragmentów podczas zajęć ze studentkami i studentami. Czuję jednak pewien niedosyt i nie jestem w stanie z pewnością stwierdzić, czy wynika on z jakichś braków w esejach Turbana, czy raczej z tego, o czy pisałam wcześniej – mojej nieumiejętności wyobrażenia sobie modelowego czytelnika/modelowej czytelniczki tego rodzaju tekstu w rzeczywistości, w której queer jest na zmianę utowarowiany i demonizowany. Jakiś rodzaj nieprzyjemności sprawia mi świadomość, że na „Lubimy Czytać” polski przekład książki Turbana ma zaledwie jedną recenzję.
Jack Turban: „Mam prawo być sobą. O tożsamości płciowej dzieci i młodzieży”. Przeł. Aleksandra Haduła. Wydawnictwo Naukowe PWN. Warszawa 2025.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |












ISSN 2658-1086

