ZANIM AGATHA ZOSTAŁA AGATHĄ (SUSANNE LIEDER: 'AGATHA CHRISTIE. NARODZINY KRÓLOWEJ KRYMINAŁU')
A
A
A
Jakże to kusząca myśl – wejść do głowy Agathy Christie, z domu Miller, zanim została TĄ Agathą. Nie dziwię się, że autorka fabularyzowanej biografii Susanne Lieder podjęła się tego zadania. Czy z sukcesem – o tym będzie mowa dalej. Autorka wprawdzie deklaruje, że nic o swojej bohaterce nie wiedziała, poza oczywistym autorstwem bestsellerowych kryminałów oraz tajemniczym zniknięciem, które wciąż rodzi mniej lub bardziej podążające za sensacją teorie spiskowe. No i ja jej niby wierzę, ale się dziwię. Bo Christie oprócz kryminałów oraz romansów pisanych pod pseudonimem jest autorką własnej biografii, po którą wielbiciele jej twórczości na pewno sięgnęli. Czytałam „Autobiografię” Christie w swoim nastoletnim wieku i pamiętam, jak zaśmiewałam się z kąśliwych opisów licznych krewnych, ale i własnych – Christie przypadków. W tym sensie powieść Lieder jest nie tylko w pewnym sensie wtórna, ale i słabsza od tekstu, który wyszedł spod pióra samej Christie. Jeśli czytelnik liczył na rozwiązanie zagadki zniknięcia autorki, to zostaje lojalnie ostrzeżony, że to nie ten adres. Może i dobrze, bo raczej trudno byłoby udźwignąć w tej właśnie książce. Dla spragnionych hipotez i to dobrze udokumentowanych polecam „Agathę Christie, Nieuchwytną kobietę” pióra Lucy Worley.
Rzecz to dla mnie jasna, że autor autobiografii dokonuje mniej lub bardziej świadomie korekty tych wydarzeń, które chciałby utrwalić. Szczególnie, że utożsamianie osoby mówiącej z autorem nawet w tekście zatytułowanym autobiografią jest zwodnicze, choć wydaje się, że to oczywista zależność między narratorem a nazwiskiem na okładce. Zatem wiele lat temu, czytając „Autobiografię”, zawarłam z Christie pakt, w którym przyjęłam, że to wszystko wydarzyło się dokładnie w taki sposób, jak o tym opowiedziała. Choć sama Christie ostrzegła mnie w przedsłowiu: „Nigdy nie poznamy całego człowieka, jakkolwiek niekiedy w okamgnieniu poznajemy prawdziwego człowieka (…) Nie znam całej Agaty. Całą Agatę, jak wierzę, zna tylko Bóg. Tak więc my wszystkie – mała Agata Miller i duża Agata Miller, i Agata Christie, i Agata Mallowan – podążamy naszą drogą”.
Tym razem Lieder posługuje się narracją trzecioosobową, więc paktu z nią nie zawieram, pozostaje mi przyjąć, że to autorska wersja biografii sławnej pisarki. Biografii nieobejmującej całego długiego i bogatego w sukcesy życia Angielki. Opowieść rozpoczyna się latem 1926 roku, gdy Christie jest zmuszona do uporządkowania przedmiotów należących do zmarłej matki. Na jej stan psychiczny wpływ ma również perspektywa rozwodu i widmo sprzedaży rodzinnego domu. W tym miejscu następuje retrospekcja do okresu nastoletniego, w którym Christie rozważa karierę pianistki i aktorki. Niestety, jej nadzieje szybko zostają rozwiane, a perspektywy zawodowe nie były zbyt szerokie. Tym bardziej, że występy publiczne były w jej przypadku okupione dużym stresem.
Moje wątpliwości podczas lektury wzrastały z każdym rozdziałem, zastanawiałam się, na ile przybliżanie postaci pisarki jest zgodne z duchem epoki, czy Agatha nie jest zanadto uwspółcześniona, czy włożone w jej usta słowa i opisane zachowania nie są anachronizmem. Christie, którą poznajemy w wydaniu Lieder, zamartwia się, że niedostatecznie kocha przyjaciela z dzieciństwa, żeby wyjść za niego za mąż. Poznaje gorycz porażki, gdy dowiaduje się, że nie dla niej kariery pianistki. Nie jest pewna, co mogłaby robić, żeby jej życie nabrało sensu i nie ograniczało się do obowiązków towarzyskich. Jednocześnie ta sama dziewczyna bywa próżna, reaguje bardzo impulsywnie. Jednym słowem – trochę jest Anią Shirley, która pakuje się w kłopoty i myli przywiązanie z miłością, trochę Lizzy Benett z jej iskrzącymi się dowcipem i odrobiną złośliwości uwagami.
„Mój drogi Poirocie, często dawał mi się pan we znaki” (s. 220) – mnie, wielbicielce szarych komórek belgijskiego detektywa, geneza tej postaci zdaje się szczególnie wdzięcznym motywem, wątkiem, na który czekałam. Nawiasem mówiąc/pisząc, Anthony Horowitz, współautor scenariuszy do serialu telewizyjnego opartego na powieściach i opowiadaniach z Herkulesem Poirot (tego z Dawidem Suchetem w roli głównej), wykorzystał składniki tej postaci (genialny detektyw, obcokrajowiec, irytujący Anglików swoją obcością, notorycznie brany za przedstawiciela nielubianej przez nich nacji), czym wykazał genialną prostotę tego pomysłu. Susanne Lieder zgrabnie wysnuwa opowieść, jak to ze skojarzeń, snów i strzępków zasłyszanych rozmów rodzi się postać, która unieśmiertelni swoją twórczynię i podniesie do rangi sztuki używanie szarych komórek.
W niektórych passusach zazgrzytały mi próby, nazwijmy to – usprawiedliwiania bohaterki. Pod koniec podrozdziału poświęconego pobytowi w gościnie u państwa Cavendish Lieder pisze: „Pobyt w Alwiyah był dla niej tak przyjemny, że nie potrafiła czuć żalu, że ma ograniczony kontakt z miejscową ludnością” (s. 298). Wydaje mi się to zbytnią cenzurą w stosunku do bohaterki, nakładaniem filtra współczesnej świadomości. Dzisiaj pisarka popularnych powieści czułaby się w obowiązku zanurzyć się w lokalności i opuścić mniej lub bardziej luksusowy ośrodek, żeby chociaż raz zamieścić post o tym, jak wiele daje zetknięcie z autentyczną kulturą. Anachronizmy, których dopuszcza się Lieder, stanowią pokłosie cancel culture i obawy przed zarzutem o sprzyjanie kolonializmowi. Tymczasem opisywanego podmiotu nie należy wybielać, tym bardziej, że Agatha Christie, a wcześniej Agatha Miller była dzieckiem swojej epoki.
Propozycja wydawnictwa Marginesy znajdzie swoich odbiorców wśród zagorzałych wielbicieli Poirota, ale czy pozwoli na pozyskanie nowych wielbicieli klasycznych whodounit? Nie sądzę. Zbyt daleko odchodzi od naszych ukochanych bohaterów, bo przecież nie jest ich biografią. A jeśli chodzi o życie samej Christie, to wybieram jej własny głos i zamawiam egzemplarz „Autobiografii” (podpowiadam – może być z drugiej ręki, bo pierwsze wydanie w języku polskim ukazało się gdzieś z 30 lat temu).
Rzecz to dla mnie jasna, że autor autobiografii dokonuje mniej lub bardziej świadomie korekty tych wydarzeń, które chciałby utrwalić. Szczególnie, że utożsamianie osoby mówiącej z autorem nawet w tekście zatytułowanym autobiografią jest zwodnicze, choć wydaje się, że to oczywista zależność między narratorem a nazwiskiem na okładce. Zatem wiele lat temu, czytając „Autobiografię”, zawarłam z Christie pakt, w którym przyjęłam, że to wszystko wydarzyło się dokładnie w taki sposób, jak o tym opowiedziała. Choć sama Christie ostrzegła mnie w przedsłowiu: „Nigdy nie poznamy całego człowieka, jakkolwiek niekiedy w okamgnieniu poznajemy prawdziwego człowieka (…) Nie znam całej Agaty. Całą Agatę, jak wierzę, zna tylko Bóg. Tak więc my wszystkie – mała Agata Miller i duża Agata Miller, i Agata Christie, i Agata Mallowan – podążamy naszą drogą”.
Tym razem Lieder posługuje się narracją trzecioosobową, więc paktu z nią nie zawieram, pozostaje mi przyjąć, że to autorska wersja biografii sławnej pisarki. Biografii nieobejmującej całego długiego i bogatego w sukcesy życia Angielki. Opowieść rozpoczyna się latem 1926 roku, gdy Christie jest zmuszona do uporządkowania przedmiotów należących do zmarłej matki. Na jej stan psychiczny wpływ ma również perspektywa rozwodu i widmo sprzedaży rodzinnego domu. W tym miejscu następuje retrospekcja do okresu nastoletniego, w którym Christie rozważa karierę pianistki i aktorki. Niestety, jej nadzieje szybko zostają rozwiane, a perspektywy zawodowe nie były zbyt szerokie. Tym bardziej, że występy publiczne były w jej przypadku okupione dużym stresem.
Moje wątpliwości podczas lektury wzrastały z każdym rozdziałem, zastanawiałam się, na ile przybliżanie postaci pisarki jest zgodne z duchem epoki, czy Agatha nie jest zanadto uwspółcześniona, czy włożone w jej usta słowa i opisane zachowania nie są anachronizmem. Christie, którą poznajemy w wydaniu Lieder, zamartwia się, że niedostatecznie kocha przyjaciela z dzieciństwa, żeby wyjść za niego za mąż. Poznaje gorycz porażki, gdy dowiaduje się, że nie dla niej kariery pianistki. Nie jest pewna, co mogłaby robić, żeby jej życie nabrało sensu i nie ograniczało się do obowiązków towarzyskich. Jednocześnie ta sama dziewczyna bywa próżna, reaguje bardzo impulsywnie. Jednym słowem – trochę jest Anią Shirley, która pakuje się w kłopoty i myli przywiązanie z miłością, trochę Lizzy Benett z jej iskrzącymi się dowcipem i odrobiną złośliwości uwagami.
„Mój drogi Poirocie, często dawał mi się pan we znaki” (s. 220) – mnie, wielbicielce szarych komórek belgijskiego detektywa, geneza tej postaci zdaje się szczególnie wdzięcznym motywem, wątkiem, na który czekałam. Nawiasem mówiąc/pisząc, Anthony Horowitz, współautor scenariuszy do serialu telewizyjnego opartego na powieściach i opowiadaniach z Herkulesem Poirot (tego z Dawidem Suchetem w roli głównej), wykorzystał składniki tej postaci (genialny detektyw, obcokrajowiec, irytujący Anglików swoją obcością, notorycznie brany za przedstawiciela nielubianej przez nich nacji), czym wykazał genialną prostotę tego pomysłu. Susanne Lieder zgrabnie wysnuwa opowieść, jak to ze skojarzeń, snów i strzępków zasłyszanych rozmów rodzi się postać, która unieśmiertelni swoją twórczynię i podniesie do rangi sztuki używanie szarych komórek.
W niektórych passusach zazgrzytały mi próby, nazwijmy to – usprawiedliwiania bohaterki. Pod koniec podrozdziału poświęconego pobytowi w gościnie u państwa Cavendish Lieder pisze: „Pobyt w Alwiyah był dla niej tak przyjemny, że nie potrafiła czuć żalu, że ma ograniczony kontakt z miejscową ludnością” (s. 298). Wydaje mi się to zbytnią cenzurą w stosunku do bohaterki, nakładaniem filtra współczesnej świadomości. Dzisiaj pisarka popularnych powieści czułaby się w obowiązku zanurzyć się w lokalności i opuścić mniej lub bardziej luksusowy ośrodek, żeby chociaż raz zamieścić post o tym, jak wiele daje zetknięcie z autentyczną kulturą. Anachronizmy, których dopuszcza się Lieder, stanowią pokłosie cancel culture i obawy przed zarzutem o sprzyjanie kolonializmowi. Tymczasem opisywanego podmiotu nie należy wybielać, tym bardziej, że Agatha Christie, a wcześniej Agatha Miller była dzieckiem swojej epoki.
Propozycja wydawnictwa Marginesy znajdzie swoich odbiorców wśród zagorzałych wielbicieli Poirota, ale czy pozwoli na pozyskanie nowych wielbicieli klasycznych whodounit? Nie sądzę. Zbyt daleko odchodzi od naszych ukochanych bohaterów, bo przecież nie jest ich biografią. A jeśli chodzi o życie samej Christie, to wybieram jej własny głos i zamawiam egzemplarz „Autobiografii” (podpowiadam – może być z drugiej ręki, bo pierwsze wydanie w języku polskim ukazało się gdzieś z 30 lat temu).
Susanne Lieder: „Agatha Christie. Narodziny królowej kryminału”. Przeł. Barbara Niedźwiecka, Wydawnictwo Marginesy. Warszawa 2026.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

