PRZEGLĄD PIOSENEK, KTÓRE CHŁODZĄ DUSZĘ (A MOŻE TEŻ I CIAŁO)
W czas wielkiego skwaru – muzyczna wyprawa ku północy
Niektóre melodie nie grzeją. Nie biegną ku słońcu, nie pachną lipcem ani rozgrzaną ziemią. Ich oddech niesie mróz. Skrzą się jak śnieg pod butem o świcie, skrzypią niczym stare sanie na zamarzniętej drodze, a gdy wybrzmi ostatni takt, człowiek mimowolnie podciąga kołnierz płaszcza.
Przegląd niniejszy nie jest spisem przebojów ani wyścigiem popularności. To raczej zimowy spacer po muzycznych ulicach. Zaglądamy tam, gdzie wiatr zagłusza gwar, gdzie fortepian brzmi jak kroki na śniegu, a głosy wokalistów unoszą się nad słuchaczem niczym para wydobywająca się z ust podczas styczniowego poranka.
Śnieg, który śpiewa – „White Winter Hymnal”
Są pieśni, które nie potrzebują orkiestry ani potężnych bębnów, by obniżyć wskaźnik wyskalowany w stopniach zimnej doniosłości. Okazuje się, że wystarczy kilka splecionych głosów, prosty motyw i odrobina ciszy. Tak właśnie jest z utworem „White Winter Hymnal” zespołu Fleet Foxes. Piosenką o zimie, choć nie w znaczeniu pocztówkowym. Próżno szukać tu dzwonków sań, rozświetlonych choinek czy dzieci lepiących bałwany. Jest natomiast krajobraz – baśniowy, pełen śniegu, bieli i niepokoju.
Melodia płynie spokojnie niczym kolumna wędrowców przemierzających zasypaną drogę. Kolejne głosy nakładają się na siebie z taką lekkością, że chwilami trudno rozróżnić, gdzie kończy się jeden, a zaczyna drugi. Kilka nieskomplikowanych harmonii wystarcza, by w wyobraźni pojawiły się pobielone ścieżki, ciężkie od śniegu gałęzie i mleczne światło krótkiego dnia. Nawet sierpniowe słońce za oknem nie potrafi odebrać tym dźwiękom mroźnego oddechu.
Przedziwna to pieśń. Z jednej strony jasna niczym świeży puch, z drugiej zaś skrywająca cień, którego nie sposób od razu dostrzec. Jak zimowy las – piękny z oddali, lecz pełen tajemnic, kiedy wejdzie się między drzewa. Właśnie dlatego „White Winter Hymnal” otwiera naszą wędrówkę. Ciepło nie pojawi się w tej opowieści. Pozostaje spokój, nierzadko bardziej przejmujący niż jakakolwiek chybka progresja.
Lód pod skórą – „Frozen”
„Nie każdy mróz spada z nieba. Bywa i taki, który mieszka między dwojgiem ludzi.”
Tak mogłaby rozpoczynać się opowieść o „Frozen” – utworze, który pod koniec lat dziewięćdziesiątych zabrzmiał niczym zimowy wiatr wpadający do rozgrzanego salonu. Madonna porzuciła tu taneczną pewność siebie i weszła w krainę zimnej elektroniki, orientalnych ornamentów oraz przestrzeni tak szerokiej, że słuchacz czuje się w niej chwilami – osamotniony.
Nie o pogodzie opowiada „Frozen”, lecz o sercu skutym lodem. Syntezatory pulsują głęboko, jakby spod zamarzniętej tafli, głos Madonny splata się z elektroniką, nie próbując przełamać jej chłodu. Wiele utworów kwili o miłości; „Frozen” mówi o niemożności kochania, o uczuciu zatrzymanym w pół drogi, o człowieku, który boi się stopić własny lód.
Chłód z kolei nie służy tu dekoracji. Jest bohaterem utworu. Słychać go w każdym pogłosie, w każdym przeciągniętym dźwięku, w każdej pauzie pozostawionej między słowami.
Nad lodowcem dźwięków – „Svefn-g-englar”
Jeżeli istnieje muzyka, która mogłaby rozbrzmiewać na krańcu świata, z pewnością byłaby to twórczość Sigur Rós. Islandczycy od lat udowadniają, że zima nie musi być ponura, raczej licuje z przestrzenią, światłem i skupieniem. Wykonanie „Svefn-g-englar” przypomina bowiem pejzaż malowany dźwiękiem.
Pierwsze minuty płyną niespiesznie, jakby zza horyzontu wyłaniało się skute lodem wybrzeże. Gitary nie atakują dźwięku, lecz prowadzą go z delikatnością smyczka sunącego po strunach. Głos Jónsiego unosi się wysoko ponad instrumentami, chwilami bliższy podmuchowi wiatru niż ludzkiej mowie. Daremnie oczekiwać wyrazistego refrenu czy melodii, którą można zabrać ze sobą po pierwszym przesłuchaniu. W zamian otrzymujemy krajobraz – rozległy, chłodny i niemal pozbawiony granic.
Są utwory, których słucha się oczyma. „Svefn-g-englar” należy właśnie do nich. Kieruje wyobraźnię na zbliżające się lodowce, szerokie doliny, zamarznięte jeziora i niebo tak jasne, że aż srebrzyste. Nie jest to jednak chłód odpychający. Przeciwnie – zaprasza, by zwolnić krok i wsłuchać się w ciszę, którą współczesny świat zbyt często zagłusza.
Gdy fortepian pamięta pierwszy śnieg – „Riverside”
Niektórzy artyści komponują nie tyle piosenki, ile całe pory roku. Agnes Obel od lat pozostaje mistrzynią zimy. Jej muzyka nie znosi gwałtownych zwrotów czy popisowej ekspresji. Fortepian mówi półgłosem, smyczki tylko na chwilę wychodzą z cienia, natomiast cisza otrzymuje miejsce równie ważne jak melodia. Każdy utwór przypomina długi zimowy zmierzch, kiedy świat zwalnia, a myśli zaczynają wybrzmiewać wyraźniej.
„Riverside” jej autorstwa, zdaje się najpełniej oddychać zimowym powietrzem. Arpeggio brzmi tu miękko, lecz oszczędnie, jak kroki stawiane ostrożnie na zamarzniętym pomoście. Nieopodal fruną skrzypce, a głos duńskiej artystki, choć skupiony w białej mieszaninie, jest prawie przezroczysty – ciepły, lecz nigdy gorący. Przypomina światło lampy widzianej przez oszronioną szybę.
Muzyka Agnes Obel nie uznaje przypadkowych dźwięków. Każdy z nich zostawia wokół siebie przestrzeń, pozwalając niedopowiedzeniom wybrzmieć równie mocno jak główna melodia. To właśnie ta umiejętność sprawia, że jej twórczość pozostaje wspaniałym kompanem na czas wypraw do krainy śniegu, ciszy i północnego światła.
Burza, która nie podnosi głosu – „Weather Storm”
Massive Attack od lat udowadniają, że elektronika potrafi być równie przejmująca, jak orkiestra symfoniczna. Jednak spośród wielu ich kompozycji to „Weather Storm” pozostaje jedną z najbardziej niezwykłych, gdyż pozbawiono ją tanecznego pulsu i miejskiego zgiełku.
Fortepian odzywa się pierwszy – spokojny, dyskretny, z lekka nieśmiały. Za nim pojawiają się syntezatory o brzmieniu miękkim i wilgotnym oraz rytm, który nie pogania, lecz odmierza czas z cierpliwością zimowego dnia. Całość przypomina krajobraz północnego wybrzeża, gdzie wiatr od pokoleń przemawia tym samym językiem co cisza.
Choć tytuł mówi o burzy, nie należy spodziewać się huku piorunów. To raczej burza wewnętrzna – taka, która przechodzi przez człowieka bez jednego głośnego słowa. Muzyka Massive Attack od zawsze potrafiła opowiadać o emocjach z niezwykłą powściągliwością. „Weather Storm” jest tego najlepszym przykładem. Chłód nie bierze się tu z melodii, lecz z odstępów, jakie pozostawiają między sobą kolejne dźwięki.
Cisza ma własną melodię – „Peace Piece”
Nie każda muzyka opowiada historię. Istnieją kompozycje, które zamiast prowadzić słuchacza od początku do końca, zatrzymują go w jednym miejscu i każą patrzeć przed siebie tak długo, aż zwykły krajobraz zacznie odsłaniać swoje sekrety. Do takich utworów należy „Peace Piece” Billa Evansa – fortepianowa miniatura, która od chwili swego powstania pozostaje jednym z najsubtelniejszych obrazów ciszy zapisanych w muzyce.
Brak tu refrenu czy hooku, który utrwala się w pierwszych zagranych sekundach. Evans wybiera drogę trudniejszą. Powtarza kilka prostych akordów, pozwalając, by z ich pozornej niezmienności rodziły się coraz to nowe odcienie emocji. To muzyka cierpliwa. Nie zabiega o uwagę, lecz czeka, aż słuchacz sam zdecyduje się usiąść obok niej.
Jest w tej kompozycji coś z zimowego poranka, kiedy miasto budzi się później niż zwykle. Śnieg stłumił odgłosy ulic, dachy przyjęły białe nakrycie, a świat wydaje się mówić ciszej, jakby obawiał się zakłócić spokój nowego dnia. Fortepian Evansa zachowuje się podobnie. Każdy dźwięk wybrzmiewa do końca, nie spiesząc się ku następnemu, pozwalając słuchaczowi dokończyć fragment samodzielnie (w wyobraźni). Przebieg poranka pozostaje nienaruszony.
Ostatni śnieg – „Snowed in at Wheeler Street”
Na końcu tej muzycznej wędrówki pozostaje utwór szczególny. Nie dlatego, że jest najgłośniejszy czy najbardziej znany. Wręcz przeciwnie – wymaga od słuchacza cierpliwości, skupienia i gotowości, by wejść do świata, w którym śnieg nie jest pogodą, lecz całą opowieścią.
Kate Bush od zawsze wymykała się prostym definicjom. Gdy inni pisali piosenki, ona budowała światy. Album „50 Words for Snow” jest tego najpiękniejszym dowodem. To nie zbiór zimowych kompozycji, ale długie, niemal baśniowe rozważanie nad ciszą, bielą i czasem, który zimą płynie inaczej. Wśród tych opowieści szczególne miejsce zajmuje „Snowed in at Wheeler Street” nagrane wspólnie z Eltonem Johnem.
Dwoje bohaterów spotyka się raz po raz, w różnych epokach i pod różnymi nazwiskami. Historia zatacza koło, lecz nigdy nie znajduje spełnienia. Śnieg zasypuje drogi, miasta i wspomnienia, a mimo to pamięć pozostaje żywa. Trudno o piękniejszą metaforę ludzkiego losu. Niektóre uczucia nie przemijają. Zmieniają jedynie krajobraz.
Fortepian wyznacza pierwszy krok. Smyczki pozostają w cieniu, głosy Kate Bush i Eltona Johna prowadzą dialog pozbawiony dramatycznych gestów. Niewiele dźwięków, jeszcze mniej ozdobników. Powściągliwość zamiast efektu, oddech zamiast pośpiechu. Śnieg opada właśnie z podobną konsekwencją.
„Snowed in at Wheeler Street” wymaga skupienia. Późny wieczór sprzyja takiemu spotkaniu bardziej niż środek dnia, cisza więcej wnosi niż słuchawki w tramwaju. Dopiero wtedy każda fraza odsłania własny ciężar, a historia zatacza kolejne kręgi, nie szukając łatwego rozwiązania.
Fleet Foxes przywołali zimowy pejzaż, Madonna skierowała uwagę ku chłodowi relacji, Bill Evans oddał głos ciszy, Agnes Obel i Massive Attack odnaleźli chłód ukryty w barwie dźwięku. Kate Bush przesuwa granicę jeszcze dalej. Śnieg przestaje należeć do krajobrazu, zaczyna funkcjonować jako pamięć, powracający motyw, znak czasu.
I być może właśnie dlatego „Snowed in at Wheeler Street” pozostaje najpiękniejszym zwieńczeniem tej opowieści. Bo po wysłuchaniu ostatnich taktów nikt nie wykazuje chęci szukania kolejnej piosenki. Jedyne na co człowiek ma ochotę, to wyjrzeć przez okno i sprawdzić, czy przypadkiem nie zaczął padać śnieg.
Dyskografia:
Agnes Obel: „Philharmonics”. PIAS Recordings, 2010.
Bill Evans: „Everybody Digs Bill Evans”. Riverside Records, 1959.
Fleet Foxes: „Fleet Foxes”. Bella Union / Sub Pop, 2008.
Kate Bush: „50 Words for Snow”. Fish People, 2011.
Madonna: „Ray of Light”. Maverick / Warner Bros. Records, 1998.
Massive Attack: „Protection”. Virgin Records, 1994.
Sigur Rós: „Ágætis byrjun”. Smekkleysa / FatCat Records, 1999.
Literatura:
Reynolds Simon: „Retromania. Jak popkultura żywi się własną przeszłością”. Przeł. Filip Łobodziński. Kosmos Kosmos. Warszawa 2018.
Ross Alex: „Reszta to hałas. Słuchając XX wieku”. Przeł. Aleksander Laskowski. Państwowy Instytut Wydawniczy. Warszawa 2011.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |










ISSN 2658-1086

