ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (119) / 2008

Inga Iwasiów,

MATKI, MATKI

A A A
Felieton
Od pewnego czasu tropię motyw matki i nie narzekam na brak materiału badawczego. Prawdę mówiąc, nie takie to znów „badania”, raczej dywagacje. Uderzające wydawało mi się, jak bardzo antymacierzyński jest feminizm polski ostatnich lat, także ten najmłodszy, tworzony piórami autorek-córek wychowanych już przez/na tekstach trzeciej fali, jakby młode kobiety chciały jakiegoś zadośćuczynienia za wyzwolenie w rodzinnych gospodarstwach domowych. To się dziwnie układa, niczym proces historycznoliteracki według schematu Juliana Krzyżanowskiego. Raz nad osią, raz pod osią. Raz rozliczamy matki, raz same (jako matki) rewindykujemy tradycję, by zostać za to w następnym pokoleniu rozliczone. Jeszcze bardziej uderzające są głosy spoza feminizmu, pisane z odmiennych pozycji ideologicznych, a tak bardzo podobne.

Jest taka scena w filmie Małgorzaty Szumowskiej „33 sceny z życia”: umierająca matka próbuje pocieszyć córkę cierpiącą na brak weny, mówiąc, że po każdej książce miała okres dołowania, a córka jej (umierającej) mówi: mamo, ale ty piszesz kryminały. No właśnie. Jeśli nie można oskarżyć rodzicielki o jakiegoś większego kalibru zło, zawsze można powiedzieć jej: jesteś nieważna. A bo co ty tam wiesz. Nie gadaj. Nie marudź. Daj spokój. My, to znaczy córka i inne młode kobiety, w najgorszym razie córka i ojciec, zajmujemy się na tym świecie sprawami ważnymi. Ty, z natury rzeczy, jesteś dość upierdliwa, jeśli nie jadowita.

Ponieważ należę zdecydowanie do pokolenia matek, niełatwo mi przyjmować oskarżenia pod adresem mojej grupy wspólnotowej. Zastanawia mnie też czasowe przesunięcie rewizji rodzinnych, bo podobny dyskurs kojarzy mi się z narracjami założycielskimi feminizmu, nie zaś z jakimś jego kolejnym etapem. Najwyraźniej jednak nie udaje się zbudować nowej konstelacji kobiecej w rodzinie, przełamać fatalizmu stereotypów, bo zamiast iść do przodu, wracamy do matkobójstwa.

Ciekawe jest i to, że podobnej operacji dokonują pisarze. Otrzymali niebagatelne wsparcie w popularnej wersji psychoanalizy i backlashowych tekstach, straszących matką kastrującą, jednocześnie dostali także sporo pozytywnych impulsów, pozwalających na bardziej ludzki stosunek do własnych uczuć i biografii. Dyskurs „tożsamości mężczyzny” często czyni z rodzicielki personę wielce podejrzaną i nieoczekiwanie spotyka się w tej kwestii z opowieściami zranionych córek. To ciekawy splot, wart szerszego przeanalizowania i mający znane matryce, choćby w procesie luzowania zasad szacunku okazywanego kobietom, jaki zachodził pod wpływem emancypacji od drugiej polowy XIX wieku, z apogeum w dwudziestoleciu międzywojennym. Modernistyczna pornografizacja i demonizacja bohaterek kobiecych była spowodowana między innymi upominaniem się o przestrzeń przez te, których dotyczyła.

W reakcjach synów widać ukruszenie bastionu „należnego szacunku”, jednego z ostatnich mitów patriarchatu. To dobrze, jestem za demontażem obłudnych mitów. To źle, nie wiem, ile jeszcze matka wytrzyma, co jej można dołożyć do tego ładunku, który dźwiga, stojąc w centrum fallocentrycznej opowieści. Zdyslokowana teraz w rejony tożsamościowo-emancypacyjne, nadal niewiele mówi od siebie.

Czytałam równolegle dwie męskie narracje dorzucające nielekkie kamienie do tego kopca problemów. Różne, a na swój sposób komplementarne. Pierwsza to „Zmarzlina” Tomasza Białkowskiego, druga „Gesty” Ignacego Karpowicza. Obie opowiadają o dystansie, braku uczuć, komplikacjach spowodowanych.... no cóż, przez rodziców, ale bardziej przez matki. W obu dystans i obcość zioną niczym czarna dziura. Historie są zresztą pod paroma względami podobne. Opisują życie w średnich miastach: u Białkowskiego to Olsztyn, u Karpowicza Białystok. Zaplecze rodzinne, obyczajowość łączy się w tych miastach z tradycją wyniesioną z domów dziadków, a może jeszcze głębszą. Matki są w obu powieściach „kobietami PRL-u”, mają typowe biografie tamtego czasu, pracują, pokonują trudności, zabiegają o rodzinę. W czasie akcji są stare. W pewnym sensie obaj powieściopisarze opowiadają o śmierci, a rozwinięcie tego tematu i finał są u obu równie zaskakujące. Bohater Białkowskiego zaczyna od przemyślnego morderstwa, którego przesłanki ujawnia, cofając się wstecz, do dzieciństwa i niedalekiej przeszłości. Bohater Karpowicza chce matce towarzyszyć w chorobie i umieraniu, odnajdując przeszłość i czułość, w ten sposób – do nieoczekiwanego zakończenia – w gruncie rzeczy odzyskując siebie (brzmi banalnie w takim skrótowym opisie, w powieści banalne nie jest). Dla jednego matka jest potworem, dla drugiego co najmniej współwinną klęsk dorosłości osobą. Obaj wskazują na deficyty miłości, wyciągając z przeszłości bohaterów poruszające momenty samotności małych chłopców.

Obie te powieści wydają mi się bardzo ważne, ponieważ pokazują mężczyzn w ich drodze do tożsamości, która nie jest tym jakimś mierzeniem do ojca, pretendowaniem do ojcowizny i ojcostwa, znanych z literatury, lecz zwierzeniem syna pragnącego akceptacji i czułości od tej, która go urodziła. W planie narracji Białkowski i Karpowicz pokazują, iż źródłem tożsamości/opowiadania może być coś innego niż męskie rytuały. Jednak chociaż zestawiam te teksty, naprawdę trzeba je usytuować na różnych pozycjach. „Zmarzlina” mieści się w rejestrze mizoginii, zawiera spory katalog stereotypów na temat kobiet – kazirodcze skłonności jako wyraz kompensacji uczuciowych i seksualnych, sprzedajność i dobroć bohaterek – świętych kurew itp. „Gesty” wydają się mniej rozżalone na przeszłość i choć ich bohater musi wykonać sporą pracę archeologiczną na własnej pamięci, porzuconych ludziach i przestrzeni, nie szuka zemsty – raczej spokoju. „Zmarzlina” to trochę „Gnój” z matką w centrum; „Gesty” – pozbawiona zaćmy sentymentalizmu i mitologizacji proza z tradycji autorów starszego pokolenia.

Wydaje się, że sprawa matki stanęła w centrum męskich narracji, co może tylko cieszyć, nawet jeśli mamy tu sporo krwi i niejedno zabójstwo. Wobec przerażających debat o roli kobiet, prokreacji, rodzinie, serwowanych nam przez polityków, nieoczywistość relacji córek i synów z tą, która „jest tylko jedna”, świadczy na niekorzyść tych, którzy wiedzą lepiej. Ja, ponieważ nie wiem lepiej, chętnie przeczytam jeszcze kilka macierzyńskich rewizji, lecz, ponieważ coś tam już wiem, chciałabym doczekać także narracji matek. Bo w końcu o dzieciach też nie samo dobre da się opowiedzieć.