| |
Film - kino popularne
Grzegorz P. Kowalski
PINHEAD I SPÓŁKA: CIERPIENIE INSTANT

W zeszłym miesiącu, przy okazji kreślenia sylwetki twórczej Briana Yuzny, wspomniałem o "Powrocie z piekieł", uznając to kultowe już dzieło za pierwszy mainstreamowy film z gatunku gore lub splatterpunk. Znaczenie obrazu w historii niszowego bądź co bądź gatunku godne jest odnotowania, jednak jestem pewien, iż można by znaleźć jeszcze kilka innych powodów, dla których warto bliżej przyjrzeć się słynnemu filmowi Clive Barkera. Szczególnie, że ten klasyk horroru doczekał się kilku całkiem udanych kontynuacji, jako jeden z niewielu filmowych cyklów grozy utrzymuje dość wyrównany poziom i dziś, licząc sobie łącznie sześć części, cieszy się niesłabnącą popularnością widzów. Jednak zacznijmy od początku.
W roku 1987 autor "Hellraisera" zdobył już spore uznanie jako pisarz, sytuujący się w rejonach horroru, splatterpunka i dark fantasy. Miał też pewne doświadczenia w realizacji filmów (dwa krótkie metraże z lat 70.: "The Forbidden" i "Salome"), choć nie zajmował się reżyserią. Jednak szczęśliwym zrządzeniem losu lub też z bożą (czy raczej szatańską) pomocą, producenci odpowiedzialni za filmową adaptację jego poczytnej książki o demonach z piekła rodem, zatytułowanej "The Hellbound Heart", postanowili powierzyć zadanie reżyserii tegoż projektu samemu autorowi. Dziś już można powiedzieć, że był to strzał w dziesiątkę, gdyż poza pisaniem Barker jest także znany ze swej twórczości malarskiej i właśnie jego wyobraźnia plastyczna oraz talent projektanta zdecydował w dużej mierze o sukcesie filmu.
Fabuła wygląda mniej więcej tak: człowiek nazwiskiem Frank Cotton zakupuje drewniano-metalowe pudełko, mające dostarczyć mu nieznanych dotąd przyjemności. Jego otwarcie powoduje, pojawienie się zakończonych hakami łańcuchów, które rozrywają klienta na strzępy. Pośród resztek jego ciała przechadzają się tajemnicze, odziane w skórę postaci - to Cenobici, jak się później okaże, główni bohaterowie cyklu. Wkrótce pojawia się brat Franka, jego żona i córka, a sam nieszczęśnik powraca z piekła i musi zabijać, aby odbudować swe ciało. Jednak nie fabuła jest tu najważniejsza. Jak już wspomniałem, o sile filmu decyduje głównie jego bardzo agresywna strona plastyczna. Sekwencja wyłaniania się pozbawionego skóry Franka dosłownie z drewnianej podłogi jest moim zdaniem jednym z najlepszych przykładów wykorzystania klasycznych efektów specjalnych w stylu gore, korzystających głównie z lateksu, topionego wosku (z jednoczesnym puszczeniem taśmy filmowej "od tyłu"), mechanicznych lalek oraz litrów krochmalu w roli śluzu.

Mimo to Cenobici robią chyba większe wrażenie. Ich przywódca, nazywany Pinheadem, całą twarz ma pociętą głębokimi bliznami, na przecięciu których sterczą długie stalowe gwoździe. Jego towarzysze nie wyglądają zdrowiej - poprzebijani hakami i gwoździami, w swych fetyszystowskich skórzanych kombinezonach odsłaniających tylko otwarte i krwawiące rany. Ani przez chwile nie ulega wątpliwości, że te piekielne istoty są bez przerwy poddane ogromnemu fizycznemu cierpieniu i jednocześnie czerpią z niego niezwykłą przyjemność. Przyjemność, którą pragną dzielić z innymi. Nie są jednak istotami, których nie da się polubić. Wręcz przeciwnie, wypełniają tylko swoją "pracę" najlepiej jak umieją, poza tym są demonami godnymi zaufania i skorymi do zawierania układów z ludźmi. Głównym czarnym charakterem filmu jest ich pierwsza ofiara - Frank, i to jemu musi stawić czoła bohaterka pozytywna, Kirsty Cotton, do spółki z Cenobitami. W finale filmu udaje się jej zamknąć winne wszystkiemu pudełko odsyłając upiory do piekła. Jednak gdy próbuje zniszczyć ów złowieszczy przedmiot w płomieniach, pojawia się prześladujący ją wcześniej bezdomny tramp, wyciąga go z ognia po czym, ku zdziwieniu tak bohaterki jak i widzów, zmienia się w stwora przypominającego obdartego ze skóry pterodaktyla i odlatuje.
Część drugą filmu, zatytułowaną "Hellbound: Hellraiser II", wyreżyserował Tony Randel, odpowiedzialny między innymi za horror "Kleszcze", wyprodukowany przez samego Briana Yuznę. Rozpoczyna się ona w miejscu, w którym pierwsza została zakończona. Po wydarzeniach w domu swego ojca Kirsty znajduje się pod opieką policji w szpitalu psychiatrycznym. Tutaj zajmuje się nią dr Philip Channard, a trzeba wiedzieć, że jest to jeden z tych filmowych psychiatrów-psychopatów, którzy lubują się w eksperymentach na otwartych czaszkach swych żywych pacjentów. Prywatnie zajmuje się też badaniem historii tajemniczego pudełka (w domu ma takie trzy) i doprowadza do powrotu z piekła Julii Cotton - macochy Kirsty i kochanki Franka, zabitej przez niego przypadkiem w pierwszej części cyklu. Jej pozbawione skóry ciało wyłania się tym razem z materaca na którym zginęła, jednak scena ta została wykonana dużo oszczędniejszymi środkami niż analogiczna sekwencja w poprzednim filmie i nie wygląda już tak efektownie. Szalony doktor oczywiście pomaga jej w mordowaniu ludzi celem przywrócenia dawnego wyglądu, a także doprowadza do ponownego pojawienia się Cenobitów. Później historia robi się naprawdę dziwna. Bohaterowie zstępują do piekła, stykają się ze swymi osobistymi koszmarami, a sam Channard zostaje nowym Cenobitą i zabija pozostałych.
Mimo iż film fabularnie jest dużo słabszy od swego poprzednika, nie można uznać go za nieudany. Zdumiewa intensywnością scen przemocy oraz pomysłowością efektów specjalnych. Oprócz standardowego już rozrywania łańcuchami, pojawiają się też obrazy rozcinania metalowymi linkami i przewiercania głowy, a wizja piekielnego miasta nawet dziś robi ogromne wrażenie.
Godny zapamiętania jest też obraz dobrodusznej Kirsty, ubranej w pełny "kostium" ze skóry swojej macochy. Uważni widzowie wychwycą też pewnie kilka słownych cytatów z części pierwszej, które dzięki umieszczeniu ich w nowym kontekście zyskują dowcipne zabarwienie. Zaś dla fanów może być ważne również ujawnienie pewnych szczegółów z życia Pinheada, tego kim był, zanim stał się wysłannikiem piekieł oraz możliwość obejrzenia twarzy odtwórcy tej roli - Douga Bradleya - bez charakteryzacji. Choć jego wcześniejsze losy zostają w pełni ukazane dopiero w części trzeciej, zatytułowanej "Hellraiser III: Hell on Earth". Za kamerą tego projektu stanął Anthony Hickox, twórca bardzo doświadczony w gatunkach horroru i gore, reżyser takich nieśmiertelnych klasyków jak: "Pełne zaćmienie", "Czarnoksiężnik II" czy obie części "Gabinetu figur woskowych". Przez wielu fanów film ten jest uważany za najlepszy epizod cyklu i nawet jeśli jest to opinia przesadzona, to "Piekłu na ziemi" nie można odmówić nowatorstwa i oryginalności w stosunku do poprzednich "Hellraiserów".

Jako pierwsza rzuca się w oczy zdecydowana zmiana stylu wizualnego: dynamiczny montaż, silne nasycenie kolorów, obłędne jazdy kamery i wielopłaszczyznowe kompozycje kadrów sprawiają, że film bardzo dobrze się ogląda. Jest to kwintesencja stylu MTV, która w roku 1992 musiała robić spore wrażenie. Po drugie, tym razem to Pinhead (pokonany w części drugiej) ma poważne kłopoty z powrotem na ziemię i potrzebuje ciał ofiar, aby odzyskać dawną formę i werwę oraz odbudować zespół Cenobitów w zupełnie nowym składzie. Po trzecie: metody pozbawiania ludzi życia są naprawdę fantazyjne. Największe wrażenie robi chyba dyskotekowy DJ z głową poprzebijaną płytami kompaktowymi (których później używa przeciwko swoim ofiarom) oraz telewizyjny kamerzysta, któremu narzędzie jego pracy zastępuje prawe oko. Niestety film cierpi z powodu bardzo słabego (żeby nie powiedzieć żenującego) aktorstwa oraz, momentami bezsensownych, dialogów. Zagorzali miłośnicy będą też zapewne zawiedzeni pojawieniem się "dobrej strony" Pinheada, czy raczej Elliota Spencera, i walką dwóch części jego osobowości, na której sporo traci dotychczasowy wizerunek władcy demonów.

Wątek ten zostaje jednak przyćmiony przez sceny, rozgrywające się w kościele. O ile bowiem poprzednie części cyklu mogły urażać czyjeś uczucia religijne (wszak film ukazuje potęgę piekła ani razu nie wspominając o niebie), to "Hell on Earth" jest wręcz filmem bluźnierczym. Ujęcia, w których Pinhead parodiuje obrzęd mszy świętej, cytuje Biblię oraz karmi księdza fragmentami swego ciała mogą odebrać mowę niejednemu widzowi. Jeśli do tego doda się fakt, że film ten powstał w hollywoodzkiej wytwórni i był w USA skierowany od dystrybucji kinowej, wniosek nasuwa się jeden: dziś już się takich rzeczy nie robi.
W związku z powyższym czwarta część cyklu, nosząca tytuł "Hellraiser: Bloodline", jest prawdziwym zawodem. Nielogiczna fabuła, epizodyczność, brak spójności, marne aktorstwo i tanie efekty specjalne czynią ten film najsłabszym z całego cyklu. Nie dziwi zatem fakt, że reżyser Kevin Yagher, zajmujący się zwykle efektami specjalnymi i charakteryzacją (jest to jego jedyny film), zdecydował się na usunięcie swego nazwiska z czołówki i zastąpienie go pseudonimem Alan Smithee, uniwersalnym nazwiskiem używanym przez wszystkich amerykańskich reżyserów niezadowolonych ze swoich (czy raczej producentów) filmów.
Podstawowy problem zdaje się wynikać z tego, że "Powrót z piekieł: Więzy krwi" miał być pierwotnie trzema filmami. Peter Atkins, scenarzysta odpowiedzialny za dwie poprzednie części (a także za cały cykl "Władca życzeń", a prócz tego odtwórca roli Fausta w "The Forbidden" Barkera), planował stworzenie trylogii wewnątrz całego cyklu, skupiającej się na losach rodziny Merchantów, potomków twórcy przeklętego pudełka. Niestety, producenci nie wyrazili zgody na realizację tego projektu, co doprowadziło do skrócenia historii i skondensowania wszystkich epizodów w jednym filmie. Stąd niespójność "Bloodline", akcja rozgrywająca się w trzech płaszczyznach czasowych (XVIII w., współczesność i rok 2127) oraz brak możliwości przywiązania się do któregokolwiek z bohaterów. Jednak nawet to nie wyjaśnia, dlaczego fabuła filmu zawiera tak mało sensu, a niespójności scenariusza przeczą wielu faktom, które wydawały się być pewnikami w poprzednich częściach. Nie wiadomo na przykład, skąd Pinhead zna Angelique, skoro powstał on jego demon w wieku XX, podczas gdy ona opuściła piekło w XVIII. Takich niedociągnięć można by wyliczyć wiele, ale nie ma to większego sensu. Natomiast gdyby szukać pozytywnych elementów tego ogólnie słabego filmu, to zapewne będzie nimi kilka efektownych zgonów. Bracia bliźniacy, których twarze dosłownie nawinięto na stalowy wał z wystającymi po bokach obrotowymi wiertłami to pomysł, który zasługuje na pełne uznanie.

Film nie uzyskał zbyt dobrych wyników sprzedaży, dlatego na kolejną część historii trzeba było czekać aż cztery lata. Jakby tego było mało, "Hellraiser: Inferno", bo tak zatytułowano piąty film z serii, jest produkcją skierowaną na rynek wideo, co pociąga za sobą zdecydowane obniżenie budżetu i zmianę konwencji. Zamiast ociekającego hektolitrami krwi filmu gore otrzymujemy psychologiczny horror z silnym (acz naiwnym) przesłaniem moralnym. Nie jest to jednak zmiana na gorsze. Misternie skonstruowany scenariusz utrzymuje odpowiedni poziom napięcia przez cały czas projekcji, od typowego dla policyjnych thrillerów początku po zdumiewające zakończenie. Choć na ekranie zdecydowanie brakuje Cenobitów, a niektóre z ich rzadkich pojawień mogą wywoływać śmiech (przykład: dwa demony w strojach kowbojów wykonujące coś na kształt ciosów karate), to zmiana techniki działania - zamiast rozrywania łańcuchami stosują tortury czysto psychiczne - jest miłą odmianą. Do tego należy dodać fakt, że w filmie nareszcie zatrudniono aktorów, którzy potrafią zagrać zdumienie lub strach bez rozśmieszania widowni. Choć nie są to gwiazdy, to radzą sobie nieźle, ze szczególnym uwzględnieniem Nicholasa Turturo, znanego polskiemu widzowi z serialu "Nowojorscy Gliniarze".
Cześć szósta i jak dotąd ostatnia, zatytułowana "Hellraiser: Hellseeker", jest pod względem konwencji rozwinięciem i kontynuacją stylu części piątej. Ponownie mamy do czynienia z pogmatwaną historią ukazującą emocjonalne cierpienia osamotnionego bohatera, którego musi spotkać kara za uczynione zło. Natomiast na płaszczyźnie fabuły film odwołuje się do dwóch pierwszych epizodów cyklu: pojawia się w nim znana już widzom Kirsty Cotton oraz odtwarzająca ponownie jej rolę Ashley Laurence. Tym razem jednak nie jest ona bezbronną i zagubioną ofiarą, tylko silną i zdecydowaną kobietą gotową zawrzeć kolejny układ ze starym znajomym Pinheadem, by dokonać zemsty na zdradzającym ją i knującym spisek przeciw niej mężu. Obraz także utrzymuje w napięciu i jeśli można mu cokolwiek zarzucić, to chyba tylko dalsze ograniczenie ukazywania przemocy oraz jeszcze rzadsze wystąpienia Pinheada.

Jeśli zaś chodzi o stronę plastyczną filmu, to zrezygnowano w niej z efektownych barwnych filtrów stosowanych nagminnie w "Inferno", kładąc główny nacisk na bardzo dynamiczny montaż. Film zyskał sporą popularność na rynku wideo, na tyle dużą, że odpowiedzialny za jego reżyserię Rick Bota (dotąd znany bardziej jako realizator zdjęć filmowych, pracujący między innymi przy kultowym serialu "Opowieści z krypty"), otrzymał propozycję realizacji dwóch kolejnych części. Odcinki noszące podtytuły: "Deader" i "Hellworld" zapowiadane są na rok 2004. Pierwszy z filmów opowiadać ma o grupie ludzi zdolnych przywracać życie umarłym, bohaterami drugiego zaś są internauci otwierający bramę piekieł poprzez sieciową stronę hellworld.com. Bez względu na to, ja niedorzecznie brzmią te historie, fani zapewne oczekują opisanych filmów z niecierpliwością.
Powyższy szkic nie pozwala mi (z racji ograniczonej objętości oraz swego celu, jakim jest podsumowanie całego cyklu) bliżej przyjrzeć się poszczególnym odcinkom serii "Hellraiser" ani poddać ich szczegółowej analizie. Zwłaszcza, że niektóre wątki aż proszą się o bliższe zbadanie. Ciekawym tropem może być psychoanalityczna refleksja nad naturą pudełka i piekielnych demonów, będących przecież odpowiedzią na podświadome pragnienia bohaterów. Równie zaskakująca mogłaby być analiza ewolucji Kirsty Cotton - kobiecej bohaterki jako centralnej postaci niektórych epizodów cyklu. Także problematyka nowej widzialności, wszechobecności kamer i inwazji elektronicznych obrazów, pojawiająca się w części piątej wymaga opracowania, ale jest to temat dla innego artykułu.
Gdyby pokusić się o jakieś ogólne wnioski z lektury całej serii, to trzeba przyznać, iż jest ona świetną próbką ewolucji środków wyrazu gatunku horroru w przeciągu ostatnich dwóch dekad. Od fascynacji kinem gore w latach 80., przez ekspansję efektów specjalnych CGI (która zbiła się w czasie odejściem od ekranowych jatek) w latach 90., aż po zaopatrzone w zaskakujące zakończenia filmy z dreszczykiem, czerpiące całymi garściami z "Szóstego zmysłu" M.. Night Shyamalana (ale także z "Harry'ego Angela" i "W paszczy szaleństwa"). Warto zatem czekać na kolejny epizod cyklu będącego świetnym miernikiem tego, co akurat jest w horrorze trendy. Ja osobiście mam też nadzieję, że dzięki wzrastającej popularności Pinhead i spółka zawitają jeszcze kiedyś do kin.
|
|