Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (227) / 2013

Krzysztof Ryszard Wojciechowski,

APOKALIPSA WEDŁUG DENTYSTY

A A A
Mimo że horror w naszym kraju jest niezwykle popularny, to dalej cierpi z powodu niedowartościowania i braku zrozumienia. Smutna to tendencja, bo ignorowanie go trąci podziałami na sztukę wysoką i niską, a przecież chyba nie było innego komercyjnego gatunku, przez którego pryzmat tak wiele można się dowiedzieć o człowieku. Groza i tematy w niej poruszane są jak senny koszmar będący podświadomą projekcją lęków trapiących nie tylko jednostkę, ale całe społeczeństwa. Żyjąc w epoce dominacji horroru cielesnego (którego wpływy wykraczają często poza ramy gatunku – patrz: „Pasja” Mela Gibsona), jesteśmy w pewnym stopniu uodpornieni na wiele zjawisk kulturowych nacechowanych okrucieństwem. Sama tendencja, utożsamiana często z gore, to również efekt zachodzącej w obszarze sztuki emanacji wewnętrznych, doświadczanych przez jednostkę napięć. W Japonii gatunek ten zdaje się jeszcze bardziej wyskalowany – specjaliści twierdzą, że z powodów politycznych i społeczno-kulturowych.

Junji Ito, podobnie jak jeden z mistrzów kina gore Lucio Fulci, zdobył wykształcenie medyczne – zanim profesjonalnie zajął się tworzeniem komiksów, pracował jako dentysta. Można przypuszczać, że wiele z niepokojącej cielesności i fizjologii pojawiającej się w dziełach tego autora ma swoje korzenie w tym właśnie doświadczeniu.  Jego niedawno wydany w Polsce komiks łatwo dałoby się zbagatelizować, uznając go za jakieś niezdrowe japońskie dewiacje, bo „nie dość, że to horror, to jeszcze manga”. Byłoby to jednak postępowanie świadczące o krótkowzroczności. Zdecydowanie przestrzegam przed wylewaniem dziecka z kąpielą. „Gyo – Odór Śmierci” to krzywe zwierciadło, w którym odbijają się podskórne lęki naszej cywilizacji. Co więcej, wydźwięk utworu jest uniwersalny do tego stopnia, że komiks Ito można interpretować zarówno jako trawestację Biblii, jak i darwinizmu.

Wszystko zaczyna się na Okinawie. Ryby na pajęczych odnóżach masowo wychodzą na ląd, migrując w szaleńczym tempie i stopniowo opanowując Japonię, a potem cały świat. Ich pojawieniu się towarzyszy nieznośny odór, na domiar złego ludzie zaczynają masowo chorować. Zdarzenia zaprezentowane są z perspektywy pary młodych Japończyków, będących świadkami początków groteskowej ekspansji.

Ito jest twórcą mangi głównego nurtu, stąd jego komiks od strony fabularnej wydaje się prostym, do bólu szablonowym blockbusterem o uciekających i krzyczących nastolatkach. Pod konwencją dynamicznego horroru kryje się jednak coś więcej. Ominięcie tekstu w dymkach i oglądanie sekwencji obrazów (a „Gyo” bez problemu można czytać w ten sposób) pozwoli nam obcować z niesamowitą rysunkową opowieścią o apokalipsie.

W wydanym także w Polsce wcześniejszym komiksie Ito, „Uzumaki. Spirala”, motywem przewodnim był wciąż powielany tytułowy wzór, w najciekawszych momentach przedstawiany w graficznej konwencji sięgającej do tradycji ekspresjonizmu. Mimo nawarstwienia obrzydliwości i szokujących wizji, najbardziej w pamięć zapadł mi sugestywnie przedstawiony obraz dymu z krematoriów i stosów wijących się ciał, przywodzących na myśl ludobójstwa, jakie miały miejsce w XX wieku. W przypadku „Gyo” początkowo największą rolę odgrywa mistrzowska dynamika, dzięki której udało się autorowi wywołać u czytelnika poczucie czającego się wszędzie zagrożenia. Ito odwołuje się tym samym do sposobu straszenia znanego z filmów o zombie. Potem jednak ze zdwojoną siłą wraca do obecnego w „Uzumaki. Spirali” motywu: tytułowy odór wydobywa się z ciał zarażonych wirusem i z czasem zostaje zidentyfikowany jako gaz – fantasmagoryczna broń biologiczna, którą wynaleziono ponoć w czasie II wojny światowej.

Innym istotnym tematem pojawiającym się w komiksach Ito jest przemiana. Iście pretekstowa fabuła „Gyo” polega na stopniowaniu transformacji istot zarażonych chorobą. Jest w tym wszystkim specyficzna dla komercyjnych mang i anime (znajdziemy ją choćby w „Berserk”) quasi-dragonballowa motoryka dotycząca cielesnej przemiany, która w tym przypadku nabiera alegorycznego znaczenia. Zagłada jawi się u Ito jako ponura i groteskowa metafora ewolucji, w której dominującymi stworzeniami stają się kroczące na pajęczych nogach Lewiatany, złożone z kłębowiska martwych, zakażonych ciał.

Komiks to medium, które ma znacznie ograniczony potencjał wywoływania strachu. Nie korzystając z dźwięku, musi w odmienny niż film sposób budować nastrój i zupełnie inaczej grać elementem zaskoczenia. Obrazy i narracja w komiksach Ito są na tyle sugestywne, że nie tylko wywołują obrzydzenie i lęk, ale sprawiają wręcz, że czujemy wywołujący mdłości smród. Przewracając kolejne strony „Gyo”, coraz bardziej zapadałem się w fotel. Wiem, że ze względu na brak rozbudowanej psychologii oraz inteligentnych fabuł i tak znajdą się publicyści chcący ujmować dziełom Ito estymy. Atakowanie autora wydaje się zresztą dziecinnie proste, bowiem siła i monumentalność obrazów okrucieństwa i deformacji są tu tak wielkie, że komiks ociera się o kicz. Nierzadko wizje Holokaustu spotykają się u tego twórcy z infantylizmem, a ckliwy młodzieżowy romans z najobrzydliwszym fizjologicznym gore. Dla mnie jednak komiksy Ito stały się objawieniem. W monumentalności jego prac jest coś, co sprawia, że postrzegam ich autora jako spadkobiercę Gustave’a Doré i Hieronima Boscha – jako artystę dotykającego największych lęków ludzkości nie słowem, a obrazem.
Junji Ito: „Gyo – Odór Śmierci” ("Gyo"). Tłum. Paweł Dybała. Wydawnictwo Japonica Polonica Fantastica. Mierzyn 2013.