Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (311) / 2016

Ewa Szkudlarek,

SPADAJĄCE GWIAZDY (ELVIS)

A A A
Kiedy artysta staje się legendą: jeszcze za życia czy dopiero po śmierci? Biografie różnych twórców dostarczają argumentów na rzecz jednej lub drugiej tezy, jedno jednak jest pewne: im bardziej żywot artysty był „niepoczciwy”, a śmierć dramatycznie nieoczekiwana, tym mocniejsza będzie mityzacja jego osoby i otaczającej go rzeczywistości.

Każdego roku wielbiciele Elvisa Presleya świętują jego urodziny, dla nich bowiem król rock’n’rolla ciągle żyje, tak samo zresztą jak jego muzyka. Rock zrewolucjonizował rozrywkę i zaczął symbolizować określone zjawiska społeczne. Muzyka ta przerosła samą siebie, stając się filozofią życia i stylem bycia młodzieży od lat 60. minionego wieku. Wciąż funkcjonuje przekonanie, że rock jest wyrazem buntu młodych przeciw dorosłym, w różnym stopniu opiera się na agresji, a związane z nim krzyk i hałas umożliwiają wyzwolenie ze stresujących, wewnętrznych napięć. Oczywiście, jest to tylko jedna z diagnoz. Spektakl „Elvis” w Teatrze Nowym w Poznaniu pokazuje jeszcze inne strony tego muzyczno-socjologicznego zjawiska. Rock powstał w okresie bujnego rozwoju środków masowego przekazu: radia, filmu i fonografii. Z wszystkich form popkultury był najbardziej autentyczny i młody. I nic dziwnego, że stał się paliwem napędowym show-biznesu, który stymulował się nim, rozdmuchiwał w młodzieży poczucie odrębności, wyznaczał styl życia, by wreszcie zostać porwanym i niesionym przez tę falę. Komercja to druga strona medalu światowego rocka.

Głównym bohaterem spektaklu jest oczywiście Elvis, ale na scenie pojawiają się inni legendarni muzycy: John Lennon, Jim Morrison i Michael Jackson. Przedstawienie ukazuje dwa istotne problemy sławnych ludzi: zdeterminowaną walkę o dotarcie na szczyt i dojmujący ból zejścia z piedestału. Każda gwiazda rozbłyska na chwilę i, o ile nie spadnie, może zblednąć przyćmiona blaskiem innej. Walka o sławę bywa bezskuteczna, zmieniają się wszak trendy muzyczne i upodobania publiczności, sytuacja społeczna i polityczna, a co za tym idzie: światopoglądy i etyczne postawy. 

Sceniczny portret Elvisa trudno jednoznacznie określić, w końcu artysta miał wiele twarzy, które z upływem czasu ulegały metamorfozom. Elementy jego biografii zostały utkane ze scen dramatycznych i (zdecydowanie dominujących) komicznych, przy czym wszystkie z nich łączy estetyka kiczu tak charakterystyczna dla kultury amerykańskiej. W życiu codziennym bohaterów owa jaskrawa „sztuka szczęścia” przejawia się w błyszczących plastikowych paskach, butach i zegarkach, puszkach coca-coli, balonowej gumie do żucia i drinkach pospiesznie wypijanych w przydrożnych barach.

Przedstawienie ukazuje fragmenty biografii Elvisa jednocześnie na scenie (zachowana prywatność) i na wielkim ekranie (upublicznienie prywatności). Niekiedy trudno stwierdzić, czy oglądamy autentyczne sceny z życia bohatera czy też są one celowo ogrywane i powtarzane przed kamerą filmową lub telewizyjną. Narracja nie jest prowadzona linearnie. Wiele wydarzeń uzupełniają ujęcia retrospektywne lub sceny z przyszłości. Postacie doskonale wiedzą, co dalej nastąpi, a także relacjonują zdarzenia sprzed wielu lat, jakby działy się „tu i teraz”. W ten sposób fenomen Elvisa jest oglądany oczami jego rodziców, żony, fanów, innych artystów, menadżera i wreszcie samych widzów. Ciągle jednak poszukuje się odpowiedzi na pytanie: jak to się stało, że został królem muzyki i dlaczego właśnie jego piosenki obiegły cały świat? Czy był to łut szczęścia zapisany w gwiazdach? Życie człowieka składa się z fragmentów (przelotnych chwil i momentów przełomowych) oraz obrazów (celowo zapamiętanych lub niefrasobliwie zapomnianych), a resztę zdarzeń każdy musi dopowiedzieć i wyobrazić sobie sam.  

Rola Elvisa została rozpisana na kilka aktorskich partii. Oglądamy zatem różne twarze artysty: króla życia (Mariusz Zaniewski), króla sceny (Anna Mierzwa) i umierającego króla (Janusz Andrzejewski). Presley-Zaniewski jest osobą poszukującą nowych wyzwań i źródeł inspiracji. Cieszy się rzeczywistością, w której żyje, ale nie dostrzega w niej pułapek. Kupuje wszystko zachłannie, coraz częściej pije, coraz więcej zjada, jakby chciał zapełnić czymś pustkę tej rzeczywistości. Monologi wypowiadane na przydrożnej ławce, nawet jeśli bohater trzyma w dłoni ociekającego od nadmiaru majonezu hamburgera, są po prostu przejmujące. Pojawia się tu pewien rodzaj mediacji między tym, co osobiste (nieustanne poszukiwanie stałych wartości, pragnienie bycia innym), a tym, co powszechne (obecność zła, poczucie zagubienia). W tej osobistej podróży nie brak spojrzenia na świat w czasie wewnętrznego kryzysu: rozczarowanie i bezsilność artysty stają się najpełniej widoczne w postaci naznaczonej tragicznym rysem uzależnień, otyłości i rzucania się w wir przypadkowych romansów.

Presley Mierzwy to ciekawy fenomen sceniczny, gdyż aktorka jest obdarzona intrygującą barwą głosu i jej partie wokalne są intensywne, dynamiczne, ale też liryczne i stonowane. Jej głos „króluje” na scenie, ruchy taneczne przypominają spektakularne występy Elvisa. Anna Mierzwa wcieliła się również w rolę innej gwiazdy – Michaela Jacksona, jednak nadmiernie przerysowała jego gesty; chwilami powtarzalność już nie bawi, a zaczyna po prostu męczyć widza. Z kolei Presley w wykonaniu Andrzejewskiego to postać mało przekonująca. Wprawdzie aktor jest najstarszy z całej obsady, ale nie pasuje w pełni do wizerunku otyłego i zgorzkniałego artysty. Elvis w jego kreacji tryska energią i trudno uwierzyć, by miał powody do podjęcia próby samobójczej. Być może jednak reżyserowi chodziło o to, że mimo upływu czasu Presley w świadomości fanów jest nadal „piękny i młody”. Król z okładek płyt nie może się zestarzeć, musi grać i porywać rzesze tłumów –  w końcu jest nieśmiertelny.

Spektakl odsłania pewne mechanizmy powstawania legendy Elvisa od jego narodzin aż do śmierci. Artysta urodził się w zwyczajnej rodzinie, która miała swój system wartości. Już jako chłopak buntował się przeciw drobnomieszczańskiemu światu, który następnie utracił i nie potrafił go już odbudować. Życie dorosłe miało być rekompensatą tego, czego brakowało mu w dzieciństwie. Paradoksalnie jednak, w dorosłości brakuje mu tego, co miał w domu jako dziecko: ciepła, czułości, zrozumienia i akceptacji. Stworzenie takiej domowej atmosfery to z pewnością zasługa rodziców: radosnej i opiekuńczej matki (Małgorzata Łodej-Stachowiak) oraz wyrozumiałego ojca (Janusz Andrzejewski). Jednak dorosły Elvis nie potrafi stworzyć w swojej posiadłości prawdziwego domu. Jego życie osobiste kruszy się i rozpada proporcjonalnie do sławy i zdobytego majątku.

Miłość Elvisa i jego żony Priscilli przetrwała zaledwie kilka lat; ich małżeństwo nie wytrzymało konfrontacji z codziennością króla rock’n’rolla. Urocza Marta Szumieł jako Priscilla stworzyła na scenie portret kobiecej samotności – żony, która jest razem z mężem, ale w gruncie rzeczy osobno. O swoim życiu u boku Elvisa bohaterka opowiada raz z dystansem, raz z politowaniem, innym zaś razem buntowniczo lub z rezygnacją. Zaryzykuję twierdzenie, iż spektakl mógłby się zacząć i skończyć na przejmującym monologu Priscilli, będącym znakomitym studium samotności. Bohaterka uświadamia sobie własną sytuację życiową, podobnie jak bohater powieści Huberta Klimko-Dobrzanieckiego: „Samotność w końcu nie jest mi obca. Samotność to ja” (Klimko-Dobrzaniecki 2015: 10). Rozstanie to wyraz uwolnienia się z samotności trwającej w ogromnym, pustym domu. Bohaterka znajdzie drogę dla siebie – zrealizuje zawodowe marzenia i dojrzeje do nowej miłości.

Presley to tajemniczy człowiek, zarówno skrywający własne „ja”, jak i gotowy do jego ukazania. Jest on symbolem podróży, w której można odnaleźć siebie, ale i źródło sukcesu. Każdy może zostać Elvisem, wejść na szczyt popularności, ale czy to wystarczy, by czuć się spełnionym?

Spektakl „Elvis” ukazuje tragiczną wręcz niezgodę na zejście ze sceny. Główny problem postaci dotyczy nieumiejętności pogodzenia się z nieuchronną przemijalnością nie tylko rockowej gwiazdy, ale istnienia w ogóle. Być może puentą dla tego przedstawienia mogłyby stać się słowa niemieszczącej się w repertuarze spektaklu piosenki „Spocząć” w wykonaniu Anny Jantar i Zbigniewa Hołdysa:

„O jak przybywa nam lat,

aż się czasem boję spojrzeć wstecz,

Dziś nie obudzi już nas,

najgłośniejszy nawet gitar dźwięk.



Więc może by tak spocząć,

odejść w cień, pobudować dom

i dzieci mieć, może:

Spocząć, odejść w cień,

tak jak inni zapaść w wielki sen.



Świat dał wykrzyczeć się nam,

a sam bez nas poszedł tam,

gdzie chciał,

Następcy stoją u bram,

ich gitary mają siłę dział.



Więc może by tak spocząć,

odejść w cień (…)”.



LITERATURA:

Klimko-Dobrzaniecki H.: „Samotność”. Warszawa 2015.
Michał Siegoczyński, Magdalena Zaniewska: „Elvis”. Reżyseria: Michał Siegoczyński. Dramaturgia: Magdalena Zaniewska. Scenografia: Maja Skrzypek. Kostiumy: Justyna Kuchta, Maja Skrzypek. Projekcje wideo: Krzysztof Blok. Współpraca choreograficzna: Alisa Makarenko. Obsada: Karolina Głąb, Małgorzata Łodej-Stachowiak, Anna Mierzwa, Marta Szumieł, Martyna Zaremba-Maćkowska, Janusz Andrzejewski, Grzegorz Gołaszewski, Michał Kocurek. Teatr Nowy w Poznaniu. Premiera: 5 marca 2016.