Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (344) / 2018

Patryk Kosenda,

CISZĘ KRZYKIEM ZWYCIĘŻAJ (CICHE MIEJSCE)

A A A
Jedną z najbardziej znienawidzonych przeze mnie w dzieciństwie zabaw (?!) była gra w „króla ciszy”. Pani przedszkolanka, mając nas dość, ogłaszała, że ten, kto się odezwie, jest trąba albo głupol, a dziecko, które wytrzyma w milczeniu do samego końca, jest królem górującym nad resztą małoletnich frajerów. Nie chcę teraz roztrząsać, czy takie gry serwowane dzieciakom są w ogóle etyczne, jedyne małe istoty, które mam pod opieką, to dosyć cichutkie króliki. Pamiętam jednak, na jakiej płaszczyźnie ta gra niezwykle mnie drażniła. W czasie rozpoczęcia rozgrywki przeważnie nie miałem ochoty wydawać z siebie żadnych dźwięków, ale rodząca się dość szybko świadomość, że za chwilę mogę takiej ochoty nabrać i nie będę mógł jej zrealizować, powodowała, że chciało mi się krzyczeć i przeklinać (autorskie bluzgi kilkulatka to materiał na inną historyjkę). Nie prowokowałem jednak afer, a szybko i grzecznie miksowałem się z zabawy. W świecie wykreowanym przez Johna Krasinskiego taki brak wytrwałości spowodowałby błyskawiczną dekapitację, rozszarpanie lub pożarcie przez całkiem udaną wariację na temat ksenomorfów.

Bo w „Cichym miejscu” wojowniczy przybysze z kosmosu to wrogowie ciszy. Stwory są ślepe, ale mają wyjątkowo wyczulony słuch, tym, co zdradza pozycję człowieka, jest zatem dźwięk. Dlatego gdy poznajemy rodzinę Abbottów (ojca gra sam Krasinski, matkę – jego rzeczywista żona Emily Blunt) w 80 dni po apokalipsie, podchodzą oni do ciszy z szacunkiem, wiedząc, że jedynie ona jest w stanie zapewnić przetrwanie. Oczywiście to szacunek trudny do podtrzymania, choć ciągle podsycany. Bohaterowie na potrzeby fabuły filmu niejednokrotnie łamią najważniejszą zasadę skonstruowanego przez reżysera świata; podobnie sam reżyser, który traktuje przestrzeń ciszy umownie. Twórca arthouse’owy nie pozwoliłby sobie zapewne na irytującą, próbującą budować napięcie muzykę Marco Beltramiego. Ale „Ciche miejsce” nie jest w końcu żadnym arthouse’em czy tzw. posthorrorem, a porządnie zrealizowanym, dosyć spójnym klasycznym horrorem z Fabryki Snów.

Film Krasinskiego nie ma (nie powinien mieć) ambicji, żeby stać się nowym arcydziełem gatunku. Przetwarza wiele klasycznych klisz: pola kukurydzy, głusza, zarośnięte mosty, rodzina żyjąca po apokalipsie w domu na bezludziu, a w nim oczywiście kluczowa piwnica. Abbottowie boją się starych, dobrych krwiożerczych bestii, ale cały kolaż świetnie znanych wątków i motywów działa całkiem sprawnie. Autor czasami zbyt nerwowo wystrzeliwuje w naszą stronę ze strzelby Czechowa, ale należy w jego kierunku wyciągnąć kciuka lub zasalutować, bo jednak sama koncepcja wymuszonej ciszy była dobrym pomysłem, który rekompensuje większość niedociągnięć.

Nie wiem, czy za takowe można uznać decyzję, że reżyser wcieli się również w głównego bohatera. Krasinski wielu odbiorcom kojarzy się głównie z kultową rolą Jima z amerykańskiej wersji serialu „Biuro” albo z innych kreacji komediowych. W roli zarośniętego twardziela i łowcy jego poczciwa aparycja powoduje pewien zgrzyt i dysonans poznawczy. Inna sprawa, że jako reżyser i scenarzysta Krasinski nie postarał się, żeby psychologicznie pogłębić swoje postacie, np. poprzez skomplikowanie ich stereotypowych wyborów w sytuacjach kryzysowych. W scenariusz wkrada się również kilka rozwiązań co najmniej kontrowersyjnych, które rodzą pytania: w jaki sposób bohaterowie filmu postapo oświetlają swoją działkę jak Danny DeVito i Matthew Broderick domy na święta? Wojsko nie było w stanie wykryć TEGO sposobu na potwory? Skąd dostęp do bieżącej wody w kranach? W końcu: po co bohaterom kolejne dziecko w takich warunkach? Oczywiście twórcom filmu takie rozwiązanie było na rękę.

W tej części tekstu nadchodzi również moment, w którym muszę poczynić wstydliwe wyznanie: jestem fanem jump-scare’ów, nawet te najpodlejsze mocno na mnie działają. Zdaję sobie sprawę z tego, jak tani to zabieg, ale przeważnie można mnie tym kupić. Wiem, że wielu odbiorców bardzo wyskokowe straszaki drażnią, więc dla nich dobra wiadomość: jump-scare’ów pojawia się tylko kilka i to naprawdę niezłych, a zapewnia to atmosfera ciągłego, nerwowego wyczekiwania.

Paradoksalnie największą zaletą „Cichego miejsca” jest krzyk. To właśnie ten kanoniczny element gatunkowy został w filmie najciekawiej przedstawiony i odświeżony, pełni on rolę „łabędziego śpiewu” i symbolu wolności. Mniejsze wrażenie robi w jednej z końcowych, utopionych w patosie scen, za to scena, w której ojciec z synem napotykają obłąkanego starca, okazuje się najlepszą w filmie.

Wróćmy na chwilę do tego pojęciowego potworka, jakim jest posthorror. Dobrze ten temat wyłożył Marcin Stachowicz w tekście „Post(horror) nasz powszedni”, więc przytoczę jedynie jedną z tez: w ostatnich kilku latach pojawiło się (wyryło się wyraźniej w świadomościach krytyków) trochę ambitniejszych horrorów, które miałyby odświeżać gatunek na różnych płaszczyznach. Rzucę jedynie kilka przykładów: „A Ghost Story” (David Lowery, 2017), „Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii” (Robert Eggers, 2015) i „To przychodzi po zmroku” (Trey Edward Shults, 2017). Stachowicz zwraca uwagę, że taka recepcja tych pozycji wynika z nieznajomości historii gatunku, a także z pochopnego szufladkowania horroru jedynie jako (koniecznie płaskiej) rozrywki (Stachowicz 2017, filmweb.pl). Nawiązuję do tego, ponieważ uważam, że na podobnej zasadzie funkcjonuje recepcja zeszłorocznego „Uciekaj!” (Jordan Peele, 2017), a teraz właśnie „Cichego miejsca”. Oba filmy rozbiły box office, znacznie przewyższając zyskami koszty produkcji, oba zbierają same pozytywne recenzje na Rotten Tomatoes, oba bazowały na prostych, ciekawych konceptach. Zdaje się, że fakt posiadania wyobraźni przez twórców horrorów i zdolność do przeobrażenia jej w spójną historię przez wielu krytyków i widzów traktowana jest jako coś niezwykłego i zasługującego na bezrefleksyjne peany. Trąci to przykrą pobłażliwością i traktowaniem horroru jako gatunku ułomnego.

Podsumowując, film Krasinskiego do wybitnych z pewnością nie należy, ale stoi nieco wyżej niż najbardziej popularne masowe formaty, wyróżnia się na ich tle zgrabnym konceptem i estetyką, aktorsko nie razi w oczy. Spełnia swoją rozrywkową rolę, więc fanów kina popularnego z pewnością zachęcam, parafrazując poetę: jeżeli Hollywood, to tylko wyłącznie takie jak „Ciche miejsce”.

LITERATURA:

Stachowicz M.: „(Post)horror nasz powszedni”. http://www.filmweb.pl/fwm/article/%28Post%29horror+nasz+powszedni-125075.
 „Ciche miejsce” („A Quiet Place”). Reżyseria: John Krasinski. Scenariusz: John Krasinski, Scott Beck, Bryan Woods. Zdjęcia: Charlotte Bruus Christensen. Obsada: John Krasinski, Emily Blunt, Millicent Simmonds, Noah Jupe, Cade Woodward i in. Produkcja: USA 2018, 95 min.