Wydanie bieżące

1 lipca 13 (373) / 2019

Jessica Kufa,

TEJ PRAWDY NIE CHCESZ ZNAĆ (PETRA)

A A A
Lato jest czasem seansów plenerowych. Do oglądania filmów przysiadamy wtedy na wygodnych leżakach, z butelką zimnego piwa w ręce. To czas niezobowiązujących pokazów filmowych – często oglądanych ze znajomymi, niekoniecznie z przestrzeganiem kinowego savoir vivre’u – z których, nie licząc zjadających nas komarów, płynie ogromna przyjemność. Mimo to w te upalne dni warto udać się do chłodnych (choć czasem niewystarczająco) sal kin studyjnych, by zobaczyć wyreżyserowaną przez Hiszpana Jaimego Rosalesa „Petrę”. Na seansie nie spodziewajcie się tłumów, bo, właśnie, jest lato, a sam film nie doczekał się należytej promocji. Seans „Petry” daje jednak niezwykłą satysfakcję; to utwór poruszający i artystycznie dojrzały.

Jaime Rosales nie jest powszechnie znanym w Polsce reżyserem. Wielokrotnie w recenzjach poświęconych jego filmom wskazuje się przede wszystkim, że jest on ulubieńcem nowohoryzontalnej publiczności. „Petra” to szósty pełnometrażowy film Rosalesa i przyniosła mu kilka nagród hiszpańskich, a odtwórczyni głównej roli została nominowana do Europejskiej Nagrody Filmowej.

Tytułową Petrę spotykamy już w pierwszych sekundach filmu. Poznajemy ją, gdy wprowadza się tymczasowo do domu znanego rzeźbiarza, aby odbyć u niego praktykę artystyczną. Młoda kobieta zostaje przywitana przez mieszkańców domu niezwykle życzliwie. Samego artystę widzimy na ekranie później, poznając go najpierw przez opowieści członków jego rodziny. To z rozmowy z Marisą, żoną rzeźbiarza, dowiadujemy się o tej niezwykle rzadko występującej w filmie postaci artysty. Okrutnika i demiurga, choć nie w domenie sztuk plastycznych, a ingerowania w ludzkie życie. Mężczyzny pochłoniętego namiętnościami, ale nie względem aktu tworzenia, a snucia intryg i obmyślania sposobów powodowania ludzkich nieszczęść. Jaume rzeźbi dla finansowego zysku, a rezultaty jego pracy obliczone są na sławę i uznanie. Inaczej zarysowuje się postać Petry jako artystki, która poprzez malarstwo pragnie dociec prawdy o świecie i o sobie samej. Aby to osiągnąć, sumiennie przygląda się sobie i swojemu ciału.

Pierwszą cechą Petry, którą widz poznaje, stanowi jej usilne dążenie do poznania prawdy. To jej wypowiedź – parafrazując: „Tworząc, chcę dociec prawdy, choć nie wiem, jaka ona jest” – otwiera całą akcję i jest przewodnikiem po opowieści. Prawda w filmie okazuje się nie być jednak tym, co wyzwala i daje poczucie spełnienia. Oglądając „Petrę”, uzmysławiamy sobie, że często lepiej nie wiedzieć. Choć jeżeli wiemy, jakich informacji nam brakuje, to skrywanie ich przed nami jedynie wzmaga nasz apetyt. Reżyser bierze zatem na warsztat obecne w kulturze przekonanie o wyzwalającej sile prawdy, a weryfikując je, odsłania wiele z jego paradoksów. Za każdym wyjawieniem skrywanej tajemnicy idzie ludzka tragedia. Wypowiadanie zaś jej przez bohaterów sprawia niezdrową przyjemność lub jest sposobem na odkupienie swoich win. Prawda okazuje się tym, przed czym należy się bronić. Jaume na przykład używa pewnych faktów do igrania z ludzkim życiem. Bohater nosi je w sobie, aby niczym znudzony, okrutny bóg obserwować przebieg zdarzeń i czekać na właściwy moment do ich wypowiedzenia. Moment ten przypada na czas, kiedy wyznanie prawdy przez artystę innym o nich samych lub ich bliskich przynosi im rozpaczliwy ból.

Pierwszą prawdą, którą Petra chce poznać, dotyczy tego, kim jest jej ojciec. Ten utarty w filmowych opowieściach motyw na początku odstrasza obeznanego z kinem widza. Do tego przez pierwsze minuty trwania seansu wydaje się on wykorzystany przypadkowo. U widza może pojawić się nawet cień rezygnacji, myśl, że historia nie zostanie doprowadzona do końca. Do czasu jednak, gdy na ekranie pojawia się plansza z tytułem kolejnego rozdziału. Od tego momentu widzowie, których czujność została uśpiona, przechodzą szereg niespodziewanych zwrotów akcji, dziejących się wraz z odkrywaniem kolejnych rodzinnych tajemnic. Wyjawianie prawdy przez bliskich doprowadza bohaterów do rozpaczy. Próbują oni odnaleźć się w świecie, którego nie znają, żyjąc wśród ludzi, którzy się przed nimi nie otwierają – błądzą bezsilni, starając się odgonić nieszczęście, by znaleźć ukojenie i iluzoryczne bezpieczeństwo.

Sztuka to także motyw, który w filmie pojawia się jako znaczący element. Nie bez przyczyny bowiem sukcesy artystyczne odnosi Jaume, odpowiadający swoją sztuką na oczekiwania konsumentów, a nie Petra, wnikająca w czasie aktu tworzenia w głąb siebie i przekazująca coś, co w jej odczuciu jest prawdą.

Opowieść snuta przez reżysera staje się podstawą do wielu refleksji. O jej wyjątkowości świadczy jednak forma prezentacji. O tym, co wydarzy się na ekranie, jesteśmy informowani poprzez tytuły rozdziałów, pojawiających się na planszach pomiędzy poszczególnymi scenami. Często zdumieni, zmartwieni lub po prostu zaciekawieni oglądamy dopełniające tytuł zdarzenia. Niechronologiczne przedstawianie rozdziałów wywołuje pełną napięcia atmosferę, wzmagającą współodczuwanie z bohaterami bezsilności wobec losu. Wykorzystanie tej formy, nawiązującej do układu stosowanego w powieściach, daje wrażenie uwikłania postaci w kolejny poziom kształtowania ich życia przez kogoś innego niż oni sami. Nigdy nie wydają się oni widzowi bardziej ludzcy niż w momencie, gdy uświadamia on sobie, że ich los nie zależy od ich wyborów i decyzji. W warstwie fabularnej ich życie kierowane jest przez ich rodzinę, w warstwie formalnej, reżyser uświadamia widzowi, że to on snuje tę historię i może decydować o tym, w jakiej kolejności ją przedstawi.

Powolnie prowadzona narracja, podkreślona pracą kamery, która sunie po planie filmowym, zmienia się w pasmo zaskoczeń, przez co przybiera charakter telenowelowego absurdu. Chłód bijący z ekranu, przerwany przez pełne napięcia sceny, prezentujące bohaterów uwikłanych w wydarzenia niczym z tragedii Sofoklesa, przybliża „Petrę” do twórczości Greka Jorgosa Lantimosa. Rosales inaczej jednak rozwiązuje zakończenie filmu. Jest to zresztą kwestia najczęściej podejmowana w recenzjach jako ta, która „nie wyszła” twórcom. Hiszpan bowiem nie doprowadza napięcia do ostatniej sceny. Widz poczuje się wówczas raczej wyciszony. Zamiast myśleć jednak o przewidywalności tego zakończenia, warto uznać je za znaczące.

Statyczne kadry i skupiona na aktorach kamera wprowadzają nastrój duszności i klaustrofobii. Widza nic nie rozprasza od obcowania z bólem i cierpieniem. Twórcy stawiają mu przed oczami tragedię i zmuszają do patrzenia na nią, usuwając z ekranu pejzaże, architekturę i piękne obrazy. Kamera jedynie zaznacza przestrzenie, w jakich dzieje się akcja. Odbiorcy nie jest dana ani chwila wytchnienia od wypełniającego ekran okrucieństwa.

Rosales świetnie gra z utożsamieniem przez widza kina hiszpańskiego z dramatyzmem telenoweli. Jednak mimo obecności tego motywu film pozostaje niezwykle chłodny. W ten paradoks ciekawie wpisują się bohaterowie. Na ekranie bowiem cały czas świeci słońce, widzimy wysuszone przez upał trawy, a krajobraz przybiera odcienie żółci i brązów. Mimo to bohaterowie najczęściej ubrani są w grube swetry i skarpety. I to, być może, jest najlepszym podsumowaniem tego filmu. Jego paradoksalność, zaskakująca forma i przejmująca historia.
„Petra”. Reżyseria: Jaime Rosales. Scenariusz: Jaime Rosales, Michel Gaztambide, Clara Roquet. Obsada: Bárbara Lennie, Àlex Brendemühl, Joan Botey, Marisa Paredes. Produkcja: Dania, Francja, Hiszpania 2018, 107 min.