Wydanie bieżące

1 marca 5 (101) / 2008

Ewa Josińska,

REPORTAŻ NA SCENIE

A A A
Najnowsza premiera Teatru Śląskiego może okazać się ciekawa nawet dla tych, którzy nie lubią teatru. I to nie tylko dlatego, że sztuka Davida Hare’a pozwala przyjrzeć się z bliska kulisom wielkiej polityki.

„Stuff happens” nie należy do spektakli, które ogląda się z zapartym tchem, niecierpliwie oczekując zakończenia. W tym przedstawieniu od początku wszystko jest jasne. Czekamy na rozpoczęcie wojny w Iraku, która przecież musi wybuchnąć. Takie są historyczne fakty. Mamy więc kolejno – spotkania Busha z Blairem, atak terrorystyczny na World Trade Center, poszukiwania Bin Ladena, kontrole komisarzy ONZ w Iraku i wreszcie rozpoczęcie wojny. Mimo to dramat Davida Hare’a oglądamy z zaciekawieniem. Dlaczego? Bo nie tyle interesuje nas to, co wydarzy się na scenie, ale przede wszystkim sposób, w jaki te fakty zostaną przedstawione.

Pośpieszna kronika
Form prezentacji wydarzeń jest wiele. Najważniejszą i chyba najbardziej przemyślaną jest umiejętne wykorzystanie czasu akcji i nadanie spektaklowi tempa. Na scenie prawie wszystko dzieje się szybko. Już początek przedstawienia gwałtownie wyrywa nas ze stanu spokojnego oczekiwania. Reflektor punktowy nagle rozświetla lożę boczną. Pojawia się w niej ubrany w garnitur mężczyzna, który błyskawicznie zaczyna deklamować swoją kwestię. Donośnym, nerwowym głosem podaje datę, miejsce i okoliczności, w których nastąpiło dane zdarzenie. Wymienia polityków, biorących w nim udział. Wydaje się, że podczas wypowiadania tych zdań, bohater nawet nie zaczerpnął oddechu. Jego monolog ma cechy prostej informacji prasowej. Do złudzenia przypomina najświeższy radiowy news. Potem światło punktowe gaśnie, a uwaga widzów szybko zostaje skierowana na scenę. Tam wydarzenia toczą się równie dynamicznie, co w monologu wypowiadanym w loży.

Postacie (prawie) doskonałe.
W spektaklu, który wyreżyserował Andrew S. Paul, nie ma miejsca na przestoje czy retardacje. W trakcie ponad trzygodzinnego politycznego śledztwa nie czujemy znużenia. Pokonujemy setki kilometrów między Wielką Brytanią a Waszyngtonem, odwiedzamy wiele gabinetów, poznajemy prawie trzydziestu bohaterów.

Co ciekawe, w Katowicach gra ich tylko szesnaścioro aktorów. Wcielający się w Jacquesa Chiraca, Artur Święs za chwilę jest przewodniczącym ONZ. Wiesław Kupczak kreuje zarówno polityków, jak i uchodźcę z Iraku. Ascetyczna scenografia często pozostaje niezmienna, a grający, choć co chwilę są różnymi postaciami, pojawiają się w tych samych strojach. Dlatego „Stuff happens” to dla aktorów spektakl wymagający. Oczekuje tworzenia epizodycznych, a jednocześnie wyrazistych ról. Takich, dzięki którym widz nie będzie mógł pomylić bohaterów, granych przez tę samą osobę. Niestety zespołowi Teatru Śląskiego ta sztuka nie zawsze się udaje. Publiczność często traci orientację w tłumie dziennikarzy, przedstawicieli ONZ oraz angielskich i amerykańskich polityków. Aktorzy drugoplanowi dla świetnie zagranych postaci Busha (Szymon Kuśmider), Powella (Adam Baumann) i Rumsfelda (Jerzy Głybin) są jedynie tłem. I to tłem, trzeba przyznać, dość niewyraźnym.

Największym aktorskim atutem spektaklu jest doskonale przemyślana postać prezydenta Stanów Zjednoczonych. Grający go współpracownik Teatru Starego Szymon Kuśmider przedstawia Busha według ściśle określonych zasad. Najpierw jest zwyczajnym politykiem otoczonym kręgiem doradców. Stopniowo Kuśmider eksponuje komiczne aspekty kreowanej przez siebie postaci. Jego Bush z nadmierną egzaltacją podnosi ręce do góry, zbyt głośno rozmawia przez telefon. Nie potrafi dobrze ocenić panującej sytuacji, co stara się zgrabnie ukryć pod maską tzw. amerykańskiego uśmiechu. Prawda ujawnia się jednak w oficjalnych rozmowach prowadzonych przez prezydenta.

Język w głównej roli
Premier Wielkiej Brytanii Tony Blair (Marcin Szaforz) odwiedza Busha na jego ranczo. Politycy próbują ze sobą dyskutować, ale nie umieją się porozumieć. Podczas gdy Blair przedstawia swoje racje, prezydent USA machinalnie, a potem już groteskowo powtarza truizmy. Dodaje odpowiednie gesty. Mówi „rozumiem”, „kontynuuj”, choć tak naprawdę nie interesują go słowa swojego rozmówcy. To dosadny i intrygujący obraz politycznej dyskusji, którą często obserwujemy także w naszym kraju. Zdaniem Davida Hare’a dzięki takim scenom spektakl ma pokazać, jak bardzo Zachód różni się od Wschodu. Szczególnie pod względem prowadzenia rozmowy.

Z równym zaintersowaniem ogląda się na scenie mechanizmy propagandy językowej. Wszystko zaczyna się od niuansów. Skrupulatnie spisanych raportów, przekonującego tonu głosu, odpowiednio dobranych słów. W ich potoku szybko giną fakty. Na przykład ten, iż prawdopodobieństwo, że Irak posiada broń chemiczną, wynosi od 10 (!) do najwyżej 40 procent. W natłoku informacji i coraz szybciej dziejących się wydarzeń o prawdziwych danych zapomina nawet widz. Choć na scenie łatwiej dostrzegamy obecność propagandy językowej, ona i tak sieje żniwo. Bohaterowie szybko ulegają pewnego rodzaju psychozie. Tym bardziej ułudnej, że pozwalającej im realizować własne polityczne cele.


Sposób na politykę
To, co dzieje się na katowickich i polskich scenach można by uznać za paradoks. W środowisku, którym co chwilę wstrząsają polityczne skandale, rozgrywki władz rzadko stają się tematami spektakli. Wydaje się, że widz może czuć niechęć do oglądania takich sztuk. Jednak, gdy już zostaną wystawione, cieszą się dużym zainteresowaniem. Tak było z „Demokracją” Teatru Wybrzeże, na Śląsku wystawioną w ramach V Festiwalu Dramaturgii Współczesnej. Tak zapewne będzie ze „Stuff happens”. Historia i jej newralgiczne problemy, które część z nas zna jedynie z urywków telewizyjnych serwisów informacyjnych, na scenie nabiera innej wartości. Nie pozwala przełączyć odbiornika na inny kanał. Daje możliwość zgłębiania problemu. Choć spektakl korzysta ze środków teatralnych, jednocześnie przedstawia wydarzenia, o których wiemy, że miały miejsce. To pozwala uwierzyć nie tylko „Stuff happens”, ale także innemu politycznemu dramatowi. Nawet mimo budowania dramatu w oparciu o fikcyjne dialogi.

Dramaturgia faktu
Sztukę Davida Hare’a z powodzeniem można by nazwać reportażem. I to reportażem szczególnym, bo literackim. Zdaniem Kazimierza Wolnego jego najważniejszą cechą jest „udramatyzowanie faktów”. Ten warunek doskonale spełniają gry językowe i odpowiednia dynamika katowickiego spektaklu. Kolejnym elementem reportażu jest fikcja literacka. Przedstawianie prawdziwych zdarzeń odbywa się za pomocą technik, właściwych nie dziennikarzowi, a twórcy literatury pięknej. Podobnie w „Stuff happens” poznajemy subiektywny obraz danej sytuacji. Podczas wypowiedzi irakijskiego uchodźcy tempo gry wyraźnie zwalnia. Ważne staje się jego każde słowo i żal, malujący się na twarzy pokrzywdzonego człowieka. Innym reportażowym elementem jest wielość form. Spektakl jest zbudowany zarówno z fragmentów ściśle informacyjnych (wypowiedzi padające z lóż), jak i bardziej epickich (rozmowa Blaira z Bushem). Dodatkowym wyznacznikiem gatunku są pojawiające się nad sceną motta ze Swifta i Eisenhowera, których w swych książkach używa także Ryszard Kapuściński.

Jednak najważniejszą cechą reportażu literackiego jest tworzenie „wspólnoty przeżyć” bohatera i czytelnika. Odbiorca ma więc wierzyć w to, co dzieje się w książce. Hanna Krall pisze: „Za sto pięćdziesiąt lat, jak ktoś zechce odtworzyć (...) nasz świat, to na podstawie gazet tego nie zrobi, bo niczego nie zrozumie. Tam są słowa-klucze (...) Reportaż natomiast może dokonać zapisu prawdziwego, co jest pokusą ogromną”. Wydaje się, że to zdanie dotyczy „Stuff happens”. To spektakl, a nie serwis informacyjny ma możliwość pełnego opisania irakijskich wydarzeń. I może właśnie taka będzie przyszłość teatru?
David Hare: „Stuff happens”. Teatr Śląski im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach. Reżyseria: Andrew S. Paul. Przekład: Maria Korusiewicz. Scenografia: Marcel Sławiński. Kostiumy: Sławomir Smolorz. Premiera: 23 lutego 2008.