Wydanie bieżące

15 listopada 22 (142) / 2009

Agnieszka Nęcka,

W POSZUKIWANIU WIARY

A A A
Nie będę ukrywać, że mam słabość do powieści Jerzego Sosnowskiego, do jego przewrotnych i zaskakujących narracji, do jego nieoczywistych puent i detalicznie przemyślanych rozwiązań warsztatowych, do opowieści zalecających się do odbiorców nienachalną erudycją i niebywałym oczytaniem. Czytanie książek autora „Tak to ten” – nawet jeśli mają one nieprzyzwoicie dużą objętość – jest bowiem prawdziwą lekturową frajdą. Najnowsza proza Sosnowskiego – „Instalacja Idziego” – jest tego kolejnym potwierdzeniem. Pisarz sytuujący się na pograniczu literatury „wysokoartystycznej” i „niskoartystycznej” znów dał popis umiejętności konstruowania wciągającej fabuły, opartej nade wszystko na balansowaniu pomiędzy ważnym tematem (m.in. problematyzowanie różnych odcieni współczesnego katolicyzmu czy źródeł szeroko ujmowanego kryzysu warstwy inteligenckiej) i intrygującą, bazującą na sensacji, akcją. Już pierwszy akapit „Instalacji Idziego” zapowiada nachylenie fabuły w stronę niezwykłości: „Lojalnie uprzedzam, to będzie opowieść, w którą nie uwierzysz. Co więcej, i ja wierzę w nią tylko chwilami, kiedy się bardzo postaram. Gdybyśmy potrafili uwierzyć, nie musiałbym pisać. (...) Pasażer pod paltem wciąż ukrywa twarz, zwłaszcza teraz nie chce jej pokazać. Bo – co za traf – on jeden wie, co to za wyspa i co się na niej stało. Nie śniło mu się więc (to straszne). Chyba, że śni bez przerwy (to byłoby straszne tym bardziej)”. I – powiedzmy już na wstępie – Sosnowski, wypełniając klamrową konstrukcję swej wydanej właśnie powieści niezliczoną ilością dziwnych wydarzeń, spełnia tę zapowiedź.

Tym razem głównym bohaterem (i owym pasażerem) najnowszej prozy Sosnowskiego jest Waldemar Wilkowski, który niegdyś postanowił – jak się okazało bezskutecznie – zostać księdzem. „Jaki gorzki był jej (tego epizodu z biografii Waldka – A.N.) koniec: za radą spowiednika studiował jeszcze rok na polonistyce, gdy okazało się, że dla ojca nie ma ratunku. Dla tego ojca, którego dalsze życie wymodlił sobie jako dwunastolatek, przerażony myślą, że potrącony na pasach tata nie obudzi się ze śpiączki. I byłoby lepiej – ale kto, poza Bogiem samym, mógł o tym wiedzieć – bo dziesięć lat później choroba przyniosła ojcu tylko okropne cierpienia, błędny wzrok po coraz większych dawkach morfiny, depresję matki. »Dlaczego mnie wysłuchałeś? – powtarzał wtedy. – Jak mogłeś mi ustąpić, jeśli jesteś dobry, a znałeś przyszłość?«”. Tym samym omawiana tu powieść Sosnowskiego wpisywać się będzie w skomplikowanej natury kwestie religijne, pełniąc równocześnie funkcję literackiego komentarza do IV RP. „Instalacja Idziego” – jak bowiem przekonywał sam autor na swojej stronie internetowej (www.jeszysosnowski.pl) – powstała z rozdrażnienia upolitycznieniem religii. Nie tyle przeto pisarz postanowił napiętnować powody, dla których „rozstajemy” się z Bogiem, wymagając od Niego konkretnych zysków, których de facto od Stwórcy nie otrzymujemy, co właśnie uczynienie z religii narzędzia manipulacji w rozgrywkach politycznych i dysputach światopoglądowych.

Waldka poznajemy już jako czterdziestodwuletniego dziennikarza prywatnej telewizji TTT, który, będąc po trzech rozwodach, uwikłany w czwarte małżeństwo, „dopadnięty przez siebie samego z legendarnej przeszłości”, dowiaduje się, że ma z dawną dziewczyną, niejaką Jolą, dorosłego syna – Idziego. Ten zaś okazuje się młodzieńcem, najogólniej rzecz ujmując, obdarzonym niezwykłymi zdolnościami, dzięki czemu chłopak nieustannie sprowadza kłopoty zarówno na siebie, jak i na swoich najbliższych. Idzi Janik, pojawiając się w warszawskiej biografii swego ojca, komplikuje nie tylko relacje Waldka z jego ówczesną żoną, ale i życie wszystkich, którzy znajdują się w orbicie wpływów młodego charyzmatycznego cudotwórcy-uzdrowiciela-szarlatana. Idzi bowiem – poza darem uzdrawiania i przyciągania do siebie innych – posiada także tajemniczą moc wpływania na ludzi, którzy w jego obecności stają się nienaturalnie szczerzy. Powoduje to, co oczywiste, szereg dramatycznych zdarzeń, dzięki którym z kolei autor „Apokryfu Agłai” mógł barwnie i wielostronnie sportretować ówczesną „warszawkę”. Na plan pierwszy wysuwają się przeto przedstawiciele środowiska dziennikarzy, artystycznej bohemy, nauczycieli akademickich oraz duchownych. W konsekwencji wiele miejsca w swej najświeższej publikacji Sosnowski poświęca głośnym ostatnio aferom politycznym, bezkompromisowej walce o „stołki”, dyskusjom światopoglądowym i rozterkom moralnym. Wśród spraw, o które zahacza autor „Wielościanu” w „Instalacji Idziego”, pojawiają się tedy problemy dotyczące chociażby antysemityzmu, lewicowego feminizmu, prawosławia czy katolicyzmu spod znaku Radia Maryja. Sosnowski parafrazuje zawrotną liczbę cytatów (której skrupulatne wyliczenie lojalnie podaje zresztą na końcu książki), wśród których znalały się słowa się m.in. Stanisława Brzozowskiwgo, Michela Foucaulta, ks. Czesława Bartnika, Mistrza Eckharta, Fiodora Dostojewskiego, św. Jana Chryzostoma, Magdaleny Środy czy Adama Mickiewicza. Przyznać trzeba, że już nawet ten pobieżny spis parafrazowanych nazwisk gwarantuje dość wybuchową mieszankę, sprawiającą, że najnowszą prozę Sosnowskiego trudno jest poddać jednoznacznej interpretacji. Słowem, autor „Linii nocnej” ponownie postawił na sportretowanie polskiej inteligencji znajdującej się u progu XXI stulecia, połączone z quasi-filozoficznymi „wstawkami” i umiejętnie budowanym thrillerowskim napięciem.

W „Instalacji Idziego” pospolitość miesza się przeto z magicznością, fizyczność z metafizycznością, namacalność z iluzorycznością. Pisarz, najoględniej rzecz ujmując, rozprawia o roli przypadku i konsekwencjach dokonywanych przez nas (lub też bez naszej woli) wyborów, o niebagatelnej roli tajemnic, które w najmniej spodziewanych momentach zostają ujawnione i które bez oporów komplikują ludzką egzystencję. Sosnowski i tym razem droczy się z czytelnikami, przekonując, że na życie składa się zarówno fikcja jak i konfabulacja. Ale „Instalacja Idziego” nie opowiada jedynie o tym, że katolicyzm jest źródłem cierpień, że jest tym elementem naszej kultury, z którego – by znów odwołać się do odautorskiego komentarza ze strony internetowej autora „Czekania cudu” – „zrobiliśmy hasełko do skrzykiwania politycznych sojuszników... i pałkę do walenia po głowie ludzi, którzy myślą inaczej”. To narracja problematyzująca potrzebę (szeroko rozumianej) wiary i ulegania iluzjom, manipulacjom, wreszcie – zbiorowym szaleństwom. Jako konsekwencję utraty owej wiary widzi – jak sądzę – Sosnowski jedną z głównych przyczyn marnej kondycji moralnej współczesnej inteligencji. W rezultacie środowiskowych nacisków Waldek, dla przykładu, „zaczął przesuwać granice tego, co mu wolno (niby pod presją, ale chętnie), zanurzył się w wielopiętrowe labirynty uzasadnień i usprawiedliwień, coraz doskonalsze, a przecież bezużyteczne, gdy szedł do kościoła i czuł się niegodny, żeby przystąpić do komunii”. Wciągnięcie się w wir matactw, zawodowych zależności, uwikłanie w przeszłość i świadomość nieprzystawalności zasad religii katolickiej do rzeczywistości XXI wieku sprawiła, że Waldek stał się człowiekiem zagubionym, skoncentrowanym na sobie, naznaczonym ambiwalentnymi uczuciami i targanym rozterkami sumienia. Ale – jak zdaje się mówić pisarz – problem jest bardziej złożony, bowiem nierozłącznie wtopiony w zdegenerowane, zmiksowane, zrelatywizowane „tu i teraz”. „Instalacja Idziego” przynosi bowiem bezkompromisową diagnozę naszej współczesności: „Gówno jest (...). Każdy mówi o sobie, a nie o tym, co jest. I nawet krytyk nie mówi o tym, co widzi, o dziele, tylko o sobie. Epoka onanistów (...). Nikt nie dotyka tego, co naprawdę ważne. (...). Żyjemy w próżni, każdy się nadyma, bo go ciśnienie od środka rozpiera, zaraz będą nam gały trzaskać. Co mam robić, krzyczeć? Zesrać się tutaj? Naszczać? Ale i to było, i zaraz zostało obrobione takimi interpretacjami, że ha. (...). Bierzemy udział w zabawie wariatów, wszyscy mówią, nikt nie słucha, bo i nie ma czego. (...). Żal naprawdę to mi wiary, że to, co robię, robię po coś. Że mówię do kogoś”.

Tym, w co uderza Sosnowski, jest zatem egoizm, nijakość, stawianie na daleko idące kompromisy, akceptowanie tego, co jest sprzeczne z naszymi przekonaniami, czerpanie z wiary tylko tych elementów, które są nam na rękę. Autor „Ach” obnaża potrzebę podobania się wszystkim zawsze i za wszelką cenę. „Chcesz mieć wszystko w życiu. Jesteś pazerny. Nie potrafisz się pogodzić z prostą zasadą, tą najbardziej podstawową: że w życiu trzeba dokonywać wyborów. Chcesz być i szlachetny, i bogaty. I odważny, i roztropny. Mieć naraz popularność i święty spokój. Żeby i ten cię lubił, i tamten. Wszyscy najlepiej”.

Sosnowski nie jest w tym obnażaniu – co oczywiste – oryginalny czy odkrywczy. A jednak „Instalacja Idziego” jest napisana w sposób sugestywny, bowiem ufundowana została na wieloperspektywicznym ujęciu tematu. I mimo iż najnowszą publikację prozatorską Jerzego Sosnowskiego czyta się jednym tchem, to nie mam wątpliwości, że „Instalacja Idziego” stanie się jedną z ważniejszych propozycji wydawniczych bieżącego roku. Jest to bowiem książka, której – mimo usytuowania jej w obrębie paradygmatu tzw. środka – nie sposób zignorować.
Jerzy Sosnowski: „Instalacja Idziego”. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2009.