OBYWATEL ZŁOCZYŃCA (SHERLOCK FRANKENSTEIN I LEGION ZŁA)
A
A
A
Jeff Lemire w serii „Czarny Młot” (o której pisałem już na łamach „artPAPIERu”) w znakomitym stylu pożenił swoją miłość do pulpowych komiksów superbohaterskich i gatunkową erudycję ze szczegółową wiwisekcją rodzinnej relacji, gdy bohaterowie wyrwani z pełnego cudów świata zmuszeni zostali do egzystowania na pozbawionym niezwykłości odludziu w USA, uwięzieni przy pomocy niezidentyfikowanej siły.
Scenarzysta nieśpiesznie rozwija swoją historię, skrupulatnie dokłada kolejne elementy układanki, ponieważ podczas pracy nad własnym tytułem nie ogranicza go comiesięczny przymus oddawania do druku komiksów z bohaterami Marvela czy DC. I „Czarny Młot” tak sobie powstaje, a w przerwach pomiędzy rozwijaniem głównej linii fabularnej Lemire zaczął na boku bawić się w światotwórstwo, rozwijając zarysowane wcześniej gdzieś mimochodem elementy nowej mitologii. Miniseria „Sherlock Frankenstein i Legion Zła” przedstawia wydarzenia, które w głównej serii doprowadzają córkę Czarnego Młota do zaginionych bohaterów – jednak ona sama przejmuje tutaj rolę narratorki, ciągnącej czytelnika z miejsca na miejsce, a w blasku jupiterów staje historia tytułowego Sherlocka – największego złoczyńcy Spiral City, który może być kluczem do odnalezienia herosów.
Już po tytule widać, że pulpowe fascynacje Lemire’a mają tutaj swoje ujście – to laurka dla wielu historii o złoczyńcach, poskładana niczym (nomen omen) monstrum Frankensteina, ale z gracją rzetelnego chirurga. Całość przypomina strukturą narracji „Obywatela Kane’a” (1941) Orsona Wellesa: razem z główną bohaterką, młodą dziennikarką, podążamy od dziwnego złoczyńcy do jeszcze dziwniejszego złoczyńcy i powoli, okruszek po okruszku, składamy sobie w całość historię Sherlocka, szukając prawdy w często wykluczających się opowieściach. I udała się Lemire’owi rzecz najważniejsza – wychodząc od klasycznych, przerysowanych uwarunkowań, stworzył galerię solidnych postaci, złożonych, unikalnych i przede wszystkim ludzkich. Za każdym barwnym złoczyńcą stoi tutaj jakaś historia, nie mniej angażująca niż główna tajemnica. Autor miesza w odpowiednich proporcjach kryminalną zagadkę, obyczajówkę i nawiązania do klasycznych opowieści, a przy okazji kreuje postacie, których po prostu chcemy dostać więcej. Szczególnie że ich projekty (autorstwa Davida Rubina) są naprawdę znakomite, dodatkowo podkreślone pop-artową, „kwasową” kolorystyką.
Nie jest to zwykły dodatek, a integralna część historii z „Czarnego Młota”, tylko przedstawiona z innej perspektywy. Lemire nigdzie się nie śpieszy, co jest u niego dosyć symptomatyczne, i buduje swój świat w dokładnie zaplanowany sposób – wykorzystując sprawdzone rozwiązania oraz symbole, ale potrafiąc przy tym w odpowiednich momentach zaskoczyć czytelnika i wywołać w nim pożądane emocje. Warto zainteresować się uniwersum „Czarnego Młota”, bo może nie jest to petarda oryginalności, ale z pewnością jedna z najciekawszych laurek dla całej historii gatunku.
Scenarzysta nieśpiesznie rozwija swoją historię, skrupulatnie dokłada kolejne elementy układanki, ponieważ podczas pracy nad własnym tytułem nie ogranicza go comiesięczny przymus oddawania do druku komiksów z bohaterami Marvela czy DC. I „Czarny Młot” tak sobie powstaje, a w przerwach pomiędzy rozwijaniem głównej linii fabularnej Lemire zaczął na boku bawić się w światotwórstwo, rozwijając zarysowane wcześniej gdzieś mimochodem elementy nowej mitologii. Miniseria „Sherlock Frankenstein i Legion Zła” przedstawia wydarzenia, które w głównej serii doprowadzają córkę Czarnego Młota do zaginionych bohaterów – jednak ona sama przejmuje tutaj rolę narratorki, ciągnącej czytelnika z miejsca na miejsce, a w blasku jupiterów staje historia tytułowego Sherlocka – największego złoczyńcy Spiral City, który może być kluczem do odnalezienia herosów.
Już po tytule widać, że pulpowe fascynacje Lemire’a mają tutaj swoje ujście – to laurka dla wielu historii o złoczyńcach, poskładana niczym (nomen omen) monstrum Frankensteina, ale z gracją rzetelnego chirurga. Całość przypomina strukturą narracji „Obywatela Kane’a” (1941) Orsona Wellesa: razem z główną bohaterką, młodą dziennikarką, podążamy od dziwnego złoczyńcy do jeszcze dziwniejszego złoczyńcy i powoli, okruszek po okruszku, składamy sobie w całość historię Sherlocka, szukając prawdy w często wykluczających się opowieściach. I udała się Lemire’owi rzecz najważniejsza – wychodząc od klasycznych, przerysowanych uwarunkowań, stworzył galerię solidnych postaci, złożonych, unikalnych i przede wszystkim ludzkich. Za każdym barwnym złoczyńcą stoi tutaj jakaś historia, nie mniej angażująca niż główna tajemnica. Autor miesza w odpowiednich proporcjach kryminalną zagadkę, obyczajówkę i nawiązania do klasycznych opowieści, a przy okazji kreuje postacie, których po prostu chcemy dostać więcej. Szczególnie że ich projekty (autorstwa Davida Rubina) są naprawdę znakomite, dodatkowo podkreślone pop-artową, „kwasową” kolorystyką.
Nie jest to zwykły dodatek, a integralna część historii z „Czarnego Młota”, tylko przedstawiona z innej perspektywy. Lemire nigdzie się nie śpieszy, co jest u niego dosyć symptomatyczne, i buduje swój świat w dokładnie zaplanowany sposób – wykorzystując sprawdzone rozwiązania oraz symbole, ale potrafiąc przy tym w odpowiednich momentach zaskoczyć czytelnika i wywołać w nim pożądane emocje. Warto zainteresować się uniwersum „Czarnego Młota”, bo może nie jest to petarda oryginalności, ale z pewnością jedna z najciekawszych laurek dla całej historii gatunku.
Jeff Lemire, David Rubin: „Sherlock Frankenstein i Legion Zła” („Sherlock Frankenstein and the Legion of Evil”). Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz. Wydawnictwo Egmont Polska. Warszawa 2018.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |











ISSN 2658-1086

