KOGO WITAMY W ST. HELL? (WITAJCIE W ST. HELL. MOJE TRANSPŁCIOWE DORASTANIE)
A
A
A
„Witajcie w St. Hell. Moje transpłciowe dorastanie” Lewisa Hancoxa to kolejna (po m.in. „Gender Queer” Mai Kobabe czy „Fun Home” Alison Bechdel) przetłumaczona na polski queerowa autobiografia wydana w formie powieści graficznej. W przypadku pozycji Hancoxa i Kobabe mamy do czynienia z humorystycznymi i wzruszającymi historiami odkrywania własnej transpłciowości, które powinny być tak wzruszające i humorystyczne, by przemówić nie tylko do „zblazowanej” społeczności LGBTQ+, ale też (a może: zwłaszcza) do osób sojuszniczych.
Jako badaczka literatury queer odczuwam już pewne znużenie związane z niekończącymi się historiami o coming oucie, które trudno krytykować, ponieważ na stałe związały się one z żywą, namacalną, a także zazwyczaj obecną w mediach społecznościowych osobą autora_autorki. Trudno jest mi również pozbyć się wrażenia, że zarówno treść podobnych memuarów, jak i skoncentrowane wokół nich akcje marketingowe mają przede wszystkim oswajać z queerowością, normalizować ją, a nawet „upupiać” – tak długo, aż nieheteronormatywność i niecispłciowość staną się fenomenem łatwym do przetrawienia i zaakceptowania nawet dla czytelników i czytelniczek najbardziej konserwatywnych i sceptycznych. Ten cynizm nie pozwala mi na otwartość, z którą być może spoglądałabym na podobne narracje wcześniej, wtedy, kiedy sama najbardziej ich potrzebowałam: w burzliwych czasach małomiasteczkowego, queerowego nastolęctwa, gdy reprezentacja LGBTQ+ zaczynała i kończyła się na fanfiction, a jedyną znaną mi queerową piosenką po polsku była „Kochana” Kasi Nosowskiej i Renaty Przemyk (sic).
Recenzje na Goodreads i Lubimy Czytać przejrzałam już po tym, gdy z mieszanymi uczuciami skończyłam „Witajcie w St. Hell”. Przewidywałam, że wśród opinii – na ogół pozytywnych – znajdą się również te motywowane ważkością poruszanych w powieści tematów. Kilka osób wyraziło w swoich wypowiedziach pewne zastrzeżenia, żeby następnie machnąć na nie ręką, bo pomimo pewnych niedociągnięć książka jest przecież istotna i mówi o rzeczach nielekkich. Ta zachowawczość, która łączy się z niedoreprezentowaniem pewnych zjawisk w literaturze dla niekoniecznie starszego czytelnika_czytelniczki (bądź nieznajomością innych literackich reprezentacji queerowości po stronie czytelnika_czytelniczki), w takich momentach razi mnie szczególnie mocno. Dzieło Hancoxa nie należy bowiem do szczególnie dobrych i szczególnie odkrywczych: nawet jeśli zignorujemy dorobek literatury niepolskojęzycznej i na polski nieprzetłumaczonej, to „Witajcie w St. Hell” nadal zostaje w tyle, choćby za doskonałymi komiksami wspomnianej już Alison Bechdel. Cieszy mnie fakt, że temat transpłciowości i queerowego dorastania przenika coraz bardziej do czytelniczego mainstreamu. Wierzę też, że jako społeczność zasługujemy i na złe, i na dobre książki, czasem jednak chciałabym, żebyśmy spoglądali na literaturę queer właśnie jako na literaturę, a traktowanie pisania queerowych książek jako czynu społecznego utrudnia nieco przyjęcie tego rodzaju perspektywy.
Prawdopodobnie nie należę do grupy docelowej powieści graficznej Hancoxa. Nikt nie musi mi już tłumaczyć, na czym polega tranzycja, nie potrzebuję również upewniania się w swojej queerowej tożsamości. Mimo wszystko, kiedy myślę o poziomie świadomości młodszych ode mnie osób queer, zanurzonych od dzieciństwa w odmętach internetu, to dochodzę do wniosku, że i one nie są modelowymi czytelnikami_czytelniczkami „Witajcie w St. Hell”. Przecież sporo już wiedzą. A czy te, które z jakiegoś powodu nie mają dostępu do rzetelnych informacji, sięgną akurat po komiks Lewisa Hancoxa? Jakie jest prawdopodobieństwo, że medium książkowe wyprzedzi w tej kwestii medium wirtualne? Poruszam tę kwestię dlatego, że sądzę, że poza pewnym potencjałem edukacyjnym (który wyczuli autorzy i autorki opinii na portalach recenzenckich), „Witajcie w St. Hell” nie ma nam – queerowym odbiorcom i odbiorczyniom – zbyt wiele do zaoferowania. Stąd też pochodzi wyrażona przeze mnie wcześniej obawa, że to książka nie dla nas, a dla całej reszty.
Główny bohater powieści graficznej to młodsze „ja” Hancoxa: kiku-, a później nastoletnia Lois, zbuntowana dziewczynka, która od samego początku czuje, że nie pasuje do grupy swoich rówieśniczek. Przyjaźni się raczej z chłopcami, chce nosić męskie ubrania i fryzury, wyraża niezadowolenie płynące z przymusu wykonywania stereotypowo kobiecych czynności. Zmiany fizjologiczne, które zachodzą w ciele za sprawą dojrzewania, powodują u Lois dysforię płciową. I chociaż dziewczyna nie zna jeszcze terminu „dysforia”, tak samo jak obce jest jej określenie „transpłciowość”, to to, co odczuwa, stanowi właściwie książkowy przykład trudnego przeżywania transpłciowego dorastania. Na kolejnych etapach życia Lois robi coming-out jako lesbijka, by następnie odkryć swoją prawdziwą, męską tożsamość i zacząć używać imienia Lewis. Tym, co wyróżnia narrację Hancoxa, jest na pewno jego otwartość wobec przeszłości. Imię „Lois” nie zostaje usunięte, tak samo jak nie zostają zanegowane doświadczenia związane z kobiecą socjalizacją, co nadaje tej opowieści o byciu queer pewnego temporalnego charakteru, wskazuje też na pewną płynność tożsamości. Lewis nigdy tak naprawdę nie był dziewczynką, nie oznacza to jednak, że doświadczenia, których nabrał jako Lois, muszą zostać skazane na wymazanie. To ogromny przywilej: autor dosyć uczciwie podchodzi do faktu, że jego dzieciństwo i okres nastoletni, choć nie należały do lekkich, nie były też naznaczone ogromną traumą. Nie oznacza to jednak, że przygody Lois/Lewisa okazują się całkowicie bezproblemowe. Istotnym wątkiem powieści graficznej stają się zaburzenia odżywiania głównego bohatera, który nie mogąc przyszpilić źródła swoich cierpień związanych z ciałem, decyduje się na głodówkę. Jego zmagania zostały pokazane w dosyć dosłowny sposób, osoba czytająca śledzi zatem plan posiłków i treningów nastoletniej Lois, która pragnie zeszczupleć, by jej sylwetka nabrała bardziej przez nią pożądanych – czyli męskich – kształtów.
„Witajcie w St. Hell” to historia o dorastaniu, więc obok zmagań związanych z transpłciowością opowiada także o lepiej już zapoznanych problemach: pierwszych miłościach, kłopotach w przyjaźni, szkolnych niesprawiedliwościach. I na pewno jest to ostatecznie lektura ciepła i bezpieczna, a jej największym przewinieniem okazuje się prawdopodobnie to, że nie rożni się zbytnio od innych podobnych historii. Może oznacza to – zgodnie z moimi wcześniejszymi sugestiami – że nie jest to książka dla społeczności queer (zwłaszcza dla osób transpłciowych, w tym niebinarnych), ale raczej dla naszych heteronormatywnych i cispłciowych znajomych. Może także dla rodziców i tych młodych osób, które są na etapie poszukiwań. Umieszczone na okładce ograniczenie wiekowe (14+) tę grupę trochę zawęża, co jednak nie jest złym pomysłem, biorąc pod uwagę m.in. to, jak odważnie Hancox eksploruje temat zaburzeń odżywiania. O „Witajcie w St. Hell” mogę zdecydowanie powiedzieć, że jest kolejną zapełniającą ogromną niegdyś lukę queerową książka wydaną po polsku.
Jako badaczka literatury queer odczuwam już pewne znużenie związane z niekończącymi się historiami o coming oucie, które trudno krytykować, ponieważ na stałe związały się one z żywą, namacalną, a także zazwyczaj obecną w mediach społecznościowych osobą autora_autorki. Trudno jest mi również pozbyć się wrażenia, że zarówno treść podobnych memuarów, jak i skoncentrowane wokół nich akcje marketingowe mają przede wszystkim oswajać z queerowością, normalizować ją, a nawet „upupiać” – tak długo, aż nieheteronormatywność i niecispłciowość staną się fenomenem łatwym do przetrawienia i zaakceptowania nawet dla czytelników i czytelniczek najbardziej konserwatywnych i sceptycznych. Ten cynizm nie pozwala mi na otwartość, z którą być może spoglądałabym na podobne narracje wcześniej, wtedy, kiedy sama najbardziej ich potrzebowałam: w burzliwych czasach małomiasteczkowego, queerowego nastolęctwa, gdy reprezentacja LGBTQ+ zaczynała i kończyła się na fanfiction, a jedyną znaną mi queerową piosenką po polsku była „Kochana” Kasi Nosowskiej i Renaty Przemyk (sic).
Recenzje na Goodreads i Lubimy Czytać przejrzałam już po tym, gdy z mieszanymi uczuciami skończyłam „Witajcie w St. Hell”. Przewidywałam, że wśród opinii – na ogół pozytywnych – znajdą się również te motywowane ważkością poruszanych w powieści tematów. Kilka osób wyraziło w swoich wypowiedziach pewne zastrzeżenia, żeby następnie machnąć na nie ręką, bo pomimo pewnych niedociągnięć książka jest przecież istotna i mówi o rzeczach nielekkich. Ta zachowawczość, która łączy się z niedoreprezentowaniem pewnych zjawisk w literaturze dla niekoniecznie starszego czytelnika_czytelniczki (bądź nieznajomością innych literackich reprezentacji queerowości po stronie czytelnika_czytelniczki), w takich momentach razi mnie szczególnie mocno. Dzieło Hancoxa nie należy bowiem do szczególnie dobrych i szczególnie odkrywczych: nawet jeśli zignorujemy dorobek literatury niepolskojęzycznej i na polski nieprzetłumaczonej, to „Witajcie w St. Hell” nadal zostaje w tyle, choćby za doskonałymi komiksami wspomnianej już Alison Bechdel. Cieszy mnie fakt, że temat transpłciowości i queerowego dorastania przenika coraz bardziej do czytelniczego mainstreamu. Wierzę też, że jako społeczność zasługujemy i na złe, i na dobre książki, czasem jednak chciałabym, żebyśmy spoglądali na literaturę queer właśnie jako na literaturę, a traktowanie pisania queerowych książek jako czynu społecznego utrudnia nieco przyjęcie tego rodzaju perspektywy.
Prawdopodobnie nie należę do grupy docelowej powieści graficznej Hancoxa. Nikt nie musi mi już tłumaczyć, na czym polega tranzycja, nie potrzebuję również upewniania się w swojej queerowej tożsamości. Mimo wszystko, kiedy myślę o poziomie świadomości młodszych ode mnie osób queer, zanurzonych od dzieciństwa w odmętach internetu, to dochodzę do wniosku, że i one nie są modelowymi czytelnikami_czytelniczkami „Witajcie w St. Hell”. Przecież sporo już wiedzą. A czy te, które z jakiegoś powodu nie mają dostępu do rzetelnych informacji, sięgną akurat po komiks Lewisa Hancoxa? Jakie jest prawdopodobieństwo, że medium książkowe wyprzedzi w tej kwestii medium wirtualne? Poruszam tę kwestię dlatego, że sądzę, że poza pewnym potencjałem edukacyjnym (który wyczuli autorzy i autorki opinii na portalach recenzenckich), „Witajcie w St. Hell” nie ma nam – queerowym odbiorcom i odbiorczyniom – zbyt wiele do zaoferowania. Stąd też pochodzi wyrażona przeze mnie wcześniej obawa, że to książka nie dla nas, a dla całej reszty.
Główny bohater powieści graficznej to młodsze „ja” Hancoxa: kiku-, a później nastoletnia Lois, zbuntowana dziewczynka, która od samego początku czuje, że nie pasuje do grupy swoich rówieśniczek. Przyjaźni się raczej z chłopcami, chce nosić męskie ubrania i fryzury, wyraża niezadowolenie płynące z przymusu wykonywania stereotypowo kobiecych czynności. Zmiany fizjologiczne, które zachodzą w ciele za sprawą dojrzewania, powodują u Lois dysforię płciową. I chociaż dziewczyna nie zna jeszcze terminu „dysforia”, tak samo jak obce jest jej określenie „transpłciowość”, to to, co odczuwa, stanowi właściwie książkowy przykład trudnego przeżywania transpłciowego dorastania. Na kolejnych etapach życia Lois robi coming-out jako lesbijka, by następnie odkryć swoją prawdziwą, męską tożsamość i zacząć używać imienia Lewis. Tym, co wyróżnia narrację Hancoxa, jest na pewno jego otwartość wobec przeszłości. Imię „Lois” nie zostaje usunięte, tak samo jak nie zostają zanegowane doświadczenia związane z kobiecą socjalizacją, co nadaje tej opowieści o byciu queer pewnego temporalnego charakteru, wskazuje też na pewną płynność tożsamości. Lewis nigdy tak naprawdę nie był dziewczynką, nie oznacza to jednak, że doświadczenia, których nabrał jako Lois, muszą zostać skazane na wymazanie. To ogromny przywilej: autor dosyć uczciwie podchodzi do faktu, że jego dzieciństwo i okres nastoletni, choć nie należały do lekkich, nie były też naznaczone ogromną traumą. Nie oznacza to jednak, że przygody Lois/Lewisa okazują się całkowicie bezproblemowe. Istotnym wątkiem powieści graficznej stają się zaburzenia odżywiania głównego bohatera, który nie mogąc przyszpilić źródła swoich cierpień związanych z ciałem, decyduje się na głodówkę. Jego zmagania zostały pokazane w dosyć dosłowny sposób, osoba czytająca śledzi zatem plan posiłków i treningów nastoletniej Lois, która pragnie zeszczupleć, by jej sylwetka nabrała bardziej przez nią pożądanych – czyli męskich – kształtów.
„Witajcie w St. Hell” to historia o dorastaniu, więc obok zmagań związanych z transpłciowością opowiada także o lepiej już zapoznanych problemach: pierwszych miłościach, kłopotach w przyjaźni, szkolnych niesprawiedliwościach. I na pewno jest to ostatecznie lektura ciepła i bezpieczna, a jej największym przewinieniem okazuje się prawdopodobnie to, że nie rożni się zbytnio od innych podobnych historii. Może oznacza to – zgodnie z moimi wcześniejszymi sugestiami – że nie jest to książka dla społeczności queer (zwłaszcza dla osób transpłciowych, w tym niebinarnych), ale raczej dla naszych heteronormatywnych i cispłciowych znajomych. Może także dla rodziców i tych młodych osób, które są na etapie poszukiwań. Umieszczone na okładce ograniczenie wiekowe (14+) tę grupę trochę zawęża, co jednak nie jest złym pomysłem, biorąc pod uwagę m.in. to, jak odważnie Hancox eksploruje temat zaburzeń odżywiania. O „Witajcie w St. Hell” mogę zdecydowanie powiedzieć, że jest kolejną zapełniającą ogromną niegdyś lukę queerową książka wydaną po polsku.
Lewis Hancox: „Witajcie w St. Hell. Moje transpłciowe dorastanie” („Welcome to St. Hell: My Trans Teen Misadventure”). Tłumaczenie: Joanna Kończak. Nasza Księgarnia. Warszawa 2024.
| Zadanie dofinansowane ze środków budżetu Województwa Śląskiego. Zrealizowano przy wsparciu Fundacji Otwarty Kod Kultury. |
![]() |
![]() |










ISSN 2658-1086

