Wydanie bieżące

1 listopada 21 (285) / 2015

Mateusz Dworek,

NICZYJE NIC (PIOTR MAUR: 'PO PAPIEROSY I Z POWROTEM')

A A A
Co nam po wierszu, który jest przewidywalny? Co nam po efekcie, który już wielokrotnie przeżyliśmy? Po co nam utwór, którego zakończenie znamy? Co nam to wszystko mówi? Nic.

Przeczytałem tomik Maura czterokrotnie. Proszę mi wierzyć, że zabrałem się do lektury z należytą starannością. Próbowałem o różnych porach dnia (czarną nocą, wczesnym porankiem), w różnych miejscach (pociągu, łóżku, toalecie), mniej lub bardziej intymnie. Nie zauroczył mnie ani na moment, za każdym razem lektura powodowała u mnie poczucie niesmaku.

Mnożą się tu frazy, stare chwyty poetyckie, dobrze już znane opisy. Brakuje świeżości i pomysłu. Przykład z wiersza „W labiryncie”:

dlatego też uważam za wartą rozstrzygnięcia

uważam jedno i tylko jedną kwestię

ustalenie kim naprawdę jesteśmy

my tkwiący w głębi labiryntów

duszami zmarłych pragnącymi

przedostać

się do świata żywych

czy też rabusiami próbującymi

odebrać

zmarłym ich skarby

„Nie uległem magii metamorfozy labiryntu”, który w wierszu wraca potem jako figura „labiryntu-budowli”. Nie ma tu wartości, o których warto byłoby się pokłócić, fundamentalnych pytań albo prostej rzemieślniczej zabawy słowem. Wiersze Maura brzmią jak tabloidowe nowiny, które są jawnie przeładowane wykrzyknikowymi hasłami i patosem . Brzmią tak samo autentycznie, bo autor „Po papierosy i z powrotem” zachowuje się jak zwykły kanciarz, który naciąga na przeterminowany i słaby jakościowo towar, podczas gdy autorzy prasy plotkarskiej nie udają, że się o coś/o kogoś troszczą.

Trudno budować spójny obraz poetycki na bazie przebrzmiałej melancholii. Wyjątkowo niewiarygodnej. Maur tkwi w pułapce chwili, która już była i próbuje „to co było” i „odeszło” aktualizować. A tak się nie da. Trup już nigdy nie przemówi.

Wiersz „Pogawędki” i jego fragment:

nie cierpię tego człowieka

nie znoszę go



za łatwość z jaką unieważnia mój czas

za znikomy wymiar jaki moim dniom nadaje

nienawidzę go

Brzmi jak samobiczowanie, pomimo nachalnego szukania i egzaltowania figury, którą można by obarczyć niepowodzeniem, klęską. I to nawet nie jest najgorsze. Najbardziej martwi obojętność z jaką czytamy takie słowa. Nikt nie chce wracać, zaznaczy właśnie tej kartki w książce, zakreślić cytatów, nikt nie zagina rogów.

Język jest rozlazły, pozbawiony rytmu. Na przykład tutaj: „spotykam go codziennie rano/nigdy nie udaje mi się wymknąć / niepostrzeżenie zawsze zdąży / mnie złapać i zacząć rozmowę” („Pogawędki”). Po co ta mnogość zaimków, po co na siłę je podkreślać? Pomijam drogę na skróty, czyli pierwszosobową narrację. Powtarzają się rozlazłe frazy, ciągnące się tak, że w trakcie jednej rodzi się poczucie silnej frustracji zniechęcające do dalszej lektury. Utwór „Falun, kvarnbergsvagen 22”: „tyle mniej więcej trzeba czasu / by nauczyć się czerpać radość z czegoś pozornie tak prostego / jak dotyk słonecznych promieni”.

Jeszcze jeden wiersz „Sztuka przezorności”:

od dawna już nie używam pióra

wiersze zapisuję w komputerze

ale w szufladzie biurka wciąż

jeszcze mam stare wieczne pióro

na naboje pióro marki parker

i jeden jedyny nabój

Ta nachalna egzaltacja, perwersyjna, sadomasochistyczna semantyczna zabawa kończy się niekontrolowaną, szczeniacką ejakulacją. Proszę się mocno trzymać:

nabój który trzyma się

na czarną godzinę

nabój który zawsze trzeba

zachowa

dla siebie?

Pozostaje żywić nadzieję, że kolejny tomik (o ile autor ma go w planach) wyznaczy nową poetykę, a pisarz uwierzy w zdolności interpretacyjne czytelników i nie będzie serwował sensów i przebrzmiałych tematów jak na szwedzkim stole.
Piotr Maur: „Po papierosy i z powrotem”. Biblioteka Galerii Literackiej przy GSW BWA w Olkuszu. Olkusz 2015.