Wydanie bieżące

1 września 17 (377) / 2019

Kamila Czaja,

'ÇA FAIT QUOI D'ETRE MORT?' (ANNA KAŃTOCH: 'POKUTA')

A A A
Jeżeli cały kryminał czytam w ciągu połowy jednego urlopowego dnia (no, prawie – skończyłam po północy), to z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że chodzi o powieść Anny Kańtoch. „Pokuta”, trzecia po „Łasce” i „Wierze” propozycja autorki w tym gatunku, jeśli nie liczyć „nieczystych” gatunkowo pozycji z jej obszernego dorobku, zdecydowanie nie zawodzi. Właściwie można by powtórzyć wiele z tego, co pisałam o dwóch poprzednich kryminałach. Ponownie mamy lata osiemdziesiąte i równoległe śledztwa: oficjalne, prowadzone przez milicję, i amatorskie, w które angażuje się jakiś wplątany w sprawę cywil. Ponownie też klimat jest ważniejszy od intrygi, mimo że, też ponownie, ta spełnia kryteria sensowności i wciąga.

Taka praca

Chociaż trzeba się częściowo powtarzać, to warto poświęcić „Pokucie” recenzencką uwagę, bo konsekwencja, z jaką buduje Kańtoch swoje powieści kryminalne, nie daje efektu wtórności. Fakt, że zalety się powtarzają, tym bardziej należy docenić. Mało kto potrafi pisać tak dużo (przecież w zeszłym roku odkrywaliśmy kolejne tajemnice z Niną Pankowicz, zaraz ukaże się trzeci tom przygód Domenica Jordana), nie schodząc poniżej bardzo dobrego poziomu. I mało kto potrafi traktować literacki fach bez nadmiernego romantyzowania, rozliczając się na facebookowym profilu z podjętych wobec samej siebie zobowiązań dotyczących liczby słów do napisania w określonym czasie, a przy tym bez wpadania w „taśmowość”. Kańtoch wypracowała sobie warsztat i w jej wypowiedziach słychać świadomą profesji rzemieślniczkę, a przy tym nie można zarzucić obowiązkowej autorce podporządkowania wygodnym schematom.

W „Pokucie” milicjantem jest starszy sierżant Krzysztof Igielski, a cywilną stronę reprezentuje Pola Filipiak – pół roku po maturze, bez planów na życie poza siedzeniem w recepcji należącego do matki pensjonatu i pogrążaniem się w coraz głębszym zwątpieniu we własne możliwości. Gdy na plaży znalezione zostaje ciało koleżanki Poli, Reginy Wieczorek, a na milicję zgłasza się tajemniczy mężczyzna, podający się za seryjnego mordercę kobiet, sytuacja w nadmorskim miasteczku mocno się komplikuje. I chociaż niektórych rozwiązań intrygi można się domyślić, to nadal jest tu sporo sekretów, których nawet fani kryminałów łatwo nie rozwikłają. Zwłaszcza że, jak to w prozie Kańtoch, ważniejsze i ciekawsze okazuje się, dlaczego ktoś coś zrobił, a nie to, kto i jak. Przy czym warto docenić, że pisarka gra z konwencją, nieraz przypominając, że popularne tropy są nie tylko ograne, ale i wydumane, bo „prawdziwe” śledztwo to żmudna praca. Igielski nie jest żadnym superbohaterem, nie uważa się za detektywistycznego geniusza. Kiedy trafia się skomplikowane śledztwo i milicjant musi przetestować swoje hipotezy, czuje się „trochę jak Herkules Poirot, a trochę jak idiota” (s. 240).

Bardzo martwy sezon”

Morderstwa morderstwami, ale w przeciwieństwie do wielu autorów kryminalnego gatunku Kańtoch bardzo dba o inne aspekty powieści. Przede wszystkim znowu buduje mikroświat, przemyślany, spójny i przekonujący. Potrafiła pisać o zimie („Łaska”) i lecie („Wiara”), natomiast w kryminale jesiennym, w którym pozornie najłatwiej zbudować noirowy klimat, szczęśliwie unika nadmiernego kumulowania mrocznych banałów. Wykreowana sceneria i odtworzona epoka (chyba nawet delikatniej, bardziej naturalnie niż w poprzednich powieściach) stanowią w „Pokucie” doskonałe tło dla fabuły i portretów postaci.

Do listopadowej scenerii Przeradowa w czasie – jak można by to ująć tytułem reportażu Marcina Kołodziejczyka – „bardzo martwego sezonu” idealnie pasują nie tylko ponure tajemnice i zbrodnie, ale też odczucia głównych bohaterów. Igielski wciąż rozpamiętuje dawne życie z narzeczoną, która go zostawiła, a Pola, niepotrafiąca zrozumieć swoich pragnień, skłonna do autoagresji i uwikłana w toksyczną relację z matką, nie widzi przed sobą żadnej perspektywy. Oboje tkwią w miasteczku, pod kroplami, opisanych zresztą przez Kańtoch świetnie, różnych wariantów jesiennego deszczu, a nadmorska miejscowość sprawia wrażenie, jakby sezon miał nigdy nie nadejść: „Mgła otulała bezlistne drzewa, na których siedziały wrony wyglądające na równie zmarznięte i niezadowolone jak snujący się chodnikami zakutani po uszy ludzie o szklistych oczach somnambulików” (s. 146-147).

Samotni w tłumie

Krzysztof Igielski i Pola Filipiak są samotni, jednak on, w przeciwieństwie do wchodzącej w dorosłość dziewczyny, nauczył się już, że „w życiu bywają niedogodności, na które nic nie można poradzić” (s. 7), a „tak naprawdę mało kto był stworzony do czegoś bardziej oryginalnego niż przeciętność” (s. 40). Starszy sierżant próbuje pocieszać się drobiazgami i samodyscypliną, choćby w nauce francuskiego. Chociaż więc bohaterowie poddają się melancholii i próbują rozwiązać tę samą sprawę, to Kańtoch ciekawie buduje postacie znajdujące się w innych momentach życia i zmagające się z innymi trudnościami. I mimo że oboje są samotni, to nie są sami. Mają swoją historię, coś czytają, o czymś marzą. I żyją w jakimś środowisku. Po raz kolejny autorka dowodzi, że posiada dar budowania zapadających w pamięć bohaterów nawet trzecioplanowych. „Pokutę”, podobnie jak wcześniejsze książki, zaludniają czasem zaledwie epizodyczne postacie, które mają swoje motywacje i traumy. W świecie kryminałów Kańtoch nie chodzi tylko o posuwanie akcji do przodu, ludzie z powieści nie są środkiem do celu, do rozwiązania zagadki. Oni po prostu są, zdają się bardzo realni, z całym życiowym bagażem, którego fragment możemy odkryć, ciągle czując, że jest go więcej. Przez to nawet gdy pozornie dzieje się w „Pokucie” niewiele, podskórnie dzieje się mnóstwo.

Odpokutować lekturę

Nie jest to wesoła lektura, bo nawet jak na kryminał Kańtoch, bez nachalności, raczej subtelnie, za to z bezlitosną konsekwencją, pokazuje świat z niewieloma iskierkami nadziei – czy też raczej z taką nadzieją, która czasem bardziej wszystko komplikuje niż ratuje sytuacje. Szkoda byłoby zdradzać więcej, dlatego stwierdzę tylko, że parę dni po błyskawicznym pochłonięciu „Pokuty” oraz napisaniu entuzjastycznej recenzji wybieram się nad morze. I tak coś czuję, że nawet w słoneczne dni w nadbałtyckim miasteczku spod turystycznego ożywienia i obrazków wakacyjnego tłumu z roku 2019 będzie mi przebijała fikcyjna, pogrążona w deszczu miejscowość z lat osiemdziesiątych. Słaba to perspektywa na urlop – za to silna rekomendacja literacka.
Anna Kańtoch: „Pokuta”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2019 [seria: Ze Strachem].