ISSN 2658-1086

1 sierpnia 15-16 (399-400) / 2020

Michał Trusewicz,

TAM JEST TU (MARCIN SENDECKI: 'DO STU')

A A A
Czytając „Do stu” – najnowszą książkę poetycką Marcina Sendeckiego – przypomniały mi się słowa Anny Kałuży, omawiającej charakter poetyki autora „22”. Krytyczka wskazuje, że literackość – czy raczej poetyckość – Sendeckiego nie różni się wcale od – na pozór skrajnie różnych – poetyk Tymoteusza Karpowicza czy Mirona Białoszewskiego. Kałuża podkreśla coś nad wyraz charakterystycznego dla twórczości, szczególnie dla tomu „Do stu”, czyli tendencję autora do konstruowania Wydarzenia, pulsującego od dialektycznych spięć i przepięć między dwiema materiami: czymś, co w danym czasie zostaje uznane za poezję, a czymś, co zostało w sposób konsensualny przyjęte za nie-poezję (Kałuża 2015; 29). Jak ową strategię rozumieć w kontekście najnowszej książki poetyckiej Marcina Sendeckiego?

Anna Kałuża rozwija swoją tezę następująco: „dzieło co chwilę i na chwilę ukazuje swoją sztuczność, dystansuje się samo od siebie, ujawnia swoje reguły, czyniąc je paradoksalnym znakiem słabości wobec tego, co rzeczywiste, cielesne, nie-językowe, a zarazem znakiem siły zdolnej do wskazywania na to, co rzeczywiste, cielesne i nie-językowe” (Kałuża 2015: 29).

Wydaje się, że te słowa z pewną dozą aktualności odnoszą się także do tomu „Do stu”. Najnowsza książka poetycka Sendeckiego – właściwie w samym rdzeniu swojej konstrukcji – dramatycznie wyostrza bieguny referencjalności i literackości języka poezji. Twórczość poetycka Sendeckiego przechodzi pewną ewolucję – niegdyś zauważano „otamowujący emocje charakter pisania” (Klera 2015: 140-142), bezosobowy, właściwie wręcz antypsychologiczny, bądź wzajemny rytm poezji miłosnej i konfesyjnej, przebijający się w wersach Sendeckiego (Fiedorczuk 2012: 107). Dziś warto przyjrzeć się „Do stu” z perspektywy „znaczącej obecności” podmiotu, który anegdotycznie skacząc z ekscesu w wyzwanie, mierzy się z „echowością” komunikacji – zarówno tej metaliterackiej, jak i codziennej, politycznej, prywatnej.

Oskar Meller, odnosząc się w swojej recenzji do tego tomu, wskazuje na zaskakującą regularność i dźwięczność tej książki, która jawi się jako pewien nadmiarowy instruktaż „budowania poetyckich gmachów na ruinach klasyków” (Meller 2020). Nadmiarowy, gdyż Sendecki konsekwentnie podąża za reżimem wersyfikacyjnym, ekshumując pewne formy poetyckiej ekspresji, umieszczając w nich pewien nowoczesny naddatek, autorską sygnaturę, „znaczącą obecność” własnej podmiotowości, która – niczym echo – rezonuje ze zmurszałą tonacją logiki struktury dźwięku, wersu i regularności. „Do stu” jawi się zatem jako lyotardowskie Wydarzenie, gdzie dochodzi do dialektycznych przepięć między koturnowością trybu poetyckiej regularności a anegdotyczną, prywatną i przygodną modulacją wewnętrznej komunikacji, wyjętej jakby wprost z immanentnej cyrkulacji podmiotu i świata. Gra z tradycją, czyli regularność, sprawia, że sytuacja liryczna tężeje, zostaje już „otamowana” literackością, posągowo zastyga, ale wciąż uruchomia proces oglądu rzeczywistości o niejednoznacznym statusie. Wiersze Sendeckiego jednocześnie poskramiają afekt i dokonują jego rozszczelnienia, otwierają go na nadmiarowy rejestr spięć komunikacyjnych i referencyjnych. Języki poetyckie, niegdyś jedynie powracające w chybotliwej, widmowej formie (zob. Gostyński 2017, 35), dziś domykają rygor przestrzeni wiersza, sprzęgający i zamrażający, ale wciąż referencjalny obieg sytuacji lirycznej wymusza w podmiotach lirycznych dokonywanie robót językowych, prac konstrukcyjnych, nieoddalających się zbytnio od konfesyjnego tonu całej książki.

Strategia w tomie „Do stu” jest następująca: Sendecki konstruuje wiersze-blokady, ujawniające swoje reżimy reguł, otamowujące reakcje umysłowo-emocjonalne, lecz jednocześnie pragnie je rozszczelnić, potraktować literacką ramę jakby była jedynie jakimś fantomem, poruszanym przez świeże pobudzenia, wzruszenia i nadpobudliwe rozmywanie języków tradycji. Zatem centralną pozycję w książce zajmuje pewien paradoks czy wręcz aporia, której rozwiązanie podskórnie pulsuje w obiegu trwałych i stałych połączeń językowych: Sendecki świadomie porusza się w regularnych i sztucznych rejonach poetyckości, by nieustannie je testować, rozciągać w stronę niemożliwości, przełamanej jakąś oniryczną, rozbłyskującą manierą oglądu rzeczywistości. Spontaniczne rymy, gwałtownie urywane elipsy, średniówkowość – to wszystko nie jest jakąś kontekstową sztukaterią czy ornamentyką pracy wiersza, lecz ważnym elementem rozrachunku z samą ontologią tekstu literackiego oraz jego wewnętrznej ekonomii upłynniania referencji czy materializacji nowych znaczeń. Dobrym przykładem tej strategii jest wiersz „Story” (s. 10), który warto przywołać w całości:

To śnieg, owieczko.

To owa tożsamość.

Złudna jak wszystko,

Co nie pachnie mamą.



Zaciągnijże story.

Śledź puch

Trzecim okiem.



Okoń się burzy

Przy brzegu

Wysokim.



I znów śnieg upada.

Na łyżwach w konkury.

To troć z zimnej lady.

To absynt z chałtury.

Wspomniałem wcześniej o „znaczącej obecności” w wierszach Sendeckiego. To określenie to nawiązanie do wypowiedzi Andrzeja Falkiewicza, który pisał o poezji Tadeusza Różewicza w kontekście „znaczącej nieobecności”: poetyka autora „Niepokoju” miała milcząco uznawać niemą (widmową, niewidzialną, duchologiczną) obecność norm czy konwencji języków tradycji literackiej, która jednak anarchicznie była atakowana przez nagość (obnażającą ich niewspółmierność do rzeczywistości) wiersza Różewiczowskiego. Poetyka Sendeckiego pulsuje wręcz od „znaczącej obecności” konwencji i reguł poetyckich, które nagle – niczym jakaś resztkowa i zrujnowana struktura architekstualnych łusek czy skodyfikowanego mazutu – materializują się w nowoczesnym wierszu. W związku z tym regularność raczej ożywia sam tekst, a sylabiczne naddatki z jednej strony utrzymują pewien podmiotowy dystans, a z drugiej przywracają afektywną reakcję na sytuację liryczną, otwierając ją na nowe, często nadmiarowe, języki opisu. Regularne tonizmy z pierwszej strofy nagle zamieniają się w pozorowaną konstrukcję rymowaną z czwartej strofy – to już nie jest tylko (re)cytowanie urzędowych języków i odwzorowanie medialnego szumu (jak często stereotypowo traktuje się poezję Marcina Sendeckiego), lecz zderzanie różnych rejestrów, wystawianie ich na dialektyczny ogląd czy diagnozowanie larwalnych narodzin nowych sensów, wyłaniających się z fantomowego cienia tradycji, rozwijających się w ich cieniu („Na łyżwach w konkury./ To troć z zimnej lady./ To absynt z chałtury”). Nieprzypadkowo nazwałem nowe sensy „larwalnymi”, gdyż Giorgio Agamben – w książce „Nagość” bardzo charakterystycznie opowiada o pozorności larwalnego stadium: „larwy natomiast muszą udawać, że mają przyszłość” (Agamben 2010: 50-53). Larwalne sensy w „Storach” pojawiają się i znikają w okamgnieniu, ich szalona tymczasowość odsyła do pozorności samej literackości i ontologii wiersza – dokumentują przypadkowość języka, złamanego strzępkami obrazów balansujących na granicy nieczytelności. Jaki status mają takie obrazy-znaki? Co mówią o samych możliwościach literatury? Czy larwalne sensy to parazytyzmy na strukturach konwencji? Oczywiście „Do stu” uchyla się od jednoznaczności. Zaskakujące jest to, jak bardzo regularność i hermetyczność literackości w tej poezji staje się gruntem przestrzeni dowolności – uderzające „wszędzie” skojarzeń i obrazów wyrasta na glebie „tutaj” konwencji literackich, które niczym architekstualna kotwica zatrzymują dalszy pochód konwoju metafor – jakby nagle podmiot krztusił się własną wyobraźnią i nienormatywnym językiem opisu. Czytając tom Sendeckiego, należy pytać jednocześnie o granice tradycyjnej regularności i granice czytelnej semiotyczności poezji.

W swojej książce Marcin Sendecki w interesujący sposób łączy dwa powidoki modernizmu: mimetycznie transparentnego (język sprywatyzowany, wzruszający) i formalnie materialnego (język innowacyjny, poruszający). Te dwa aspekty często sąsiadują ze sobą bezpośrednio w „Do stu”. W „Cebuli” (s. 16), „hermetycznym kolażu zapisów sprywatyzowanej rzeczywistości”, jak określa „przepracowany oharyzm” Sendeckiego Oskar Meller w przywołanej recenzji (Meller 2020), czytamy:

Dziś smażyłem

Wczoraj piekłem ziemniaki

Chyba że pomyliły się dni



Kurze serca, 3,29

Marchew, spora, 42 grosze

Cebula, trochę przypraw (…).

„Cebula” sąsiaduje z „Procarzem” (s. 17):

Dziura w bucie, szewc próbował, nie pomógł

Czerstwa bułka, ani śladu aporii



Póki kręci się bęben, jakieś wiersze zepsute

Miele pralka i krztusi się w glorii (…)



Cisnąć kamień i patrzeć, jak tonie,

Rżnąc głębinę w kamiennej euforii.

Cały chwyt konstrukcyjny książki „Do stu” polega właśnie na dramatycznej momentalności – skondensowane odpryski realizmu bywają rozrzedzane w tajemniczej głębi z „Procarza”, w której to poeta może jedynie odcisnąć indywidualną sygnaturę, „rżnąc głębinę w kamiennej euforii”. Z nieufnością odnoszę się do pojęcia autentyzmu (choćby Marian Stala szufladkuje tak choćby Marcina Świetlickiego czy innych brulionowców), wolę mówić o Sendeckim jako poecie materii – konkretu zarówno rzeczy, jak i doświadczenia, które umożliwia ogląd – czasem (de)konstrukcyjny – tejże rzeczy, akumulowanej w rzeczywistości.

Doświadczenie dekonstrukcji powraca choćby w wierszu „Spółdzielnia” (s. 23), którego eliptyczność i skrótowość stają się dominantą problemu niewyrażalności i niewyraźnego wykadrowania poetyckich obrazów. Czytamy:

goni dobrobyt

Wróbel wydziobał krem



Oskrobać karpia samochód

Posłać orła po stek



Po minimalny dochód

Na żebry w ujściach rzek



Czasem trzeba tak mówić

Lepiej, żeby już nie.

Ostatni wers – „Lepiej, że już nie” – właściwie najdoskonalej obrazuje kondensację dramatyzmu tej poezji. Ta ucięta, jakby wyszarpana, kaleka, bądź nawiązująca do „krztuszenia się w glorii” z „Procarza”, fraza to pełen ekwiwalent języka o takim wypłowiałym charakterze. Sytuacja liryczna została zmontowana za pomocą kolażu takich obrazów, w których brakuje samego montującego, nieuczestniczącego w tym, co się dzieje: „oskrobać”, nie „oskrobię”, „posłać”, nie „poślę”, „trzeba tak mówić”, nie „mówię” – podmiot chowa się za mową, jakby alergicznie reagował na osobową formę uczestnictwa w samym zdaniu. Kamienna figuratywność takiego wiersza kontrastuje z narracyjnymi formami „przepracowanego oharyzmu”, pojawiającego się choćby w „Cebuli”. Bezpowrotnie utracona bezpośredniość?

Osobną kwestią jest wpływ minimalistycznej twórczości Krystyny Miłobędzkiej na formę tomu „Do stu” Marcina Sendeckiego. W tym kontekście na uwagę zasługuje choćby wiersz tytułowy, rozpoczynający cały tom:

Najpierw się liczy do stu

Potem się przestaje



Najpierw się liczy do stu

Potem liczy się dalej



Najpierw się pisze dla stu

Potem tylko dla jednej (s. 9).

Wydaje się, że ten wiersz przysporzył najwięcej problemów krytykom, mierzącym się z nowym zwrotem w poezji Marcina Sendeckiego. Oczywiście, uprawniona jest interpretacja tego utworu w kontekście spowinowacenia najnowszej książki z poprzednimi fazami rozwoju poetyckiej wyobraźni autora „22”, można wydobyć z tego krótkiego tekstu jakąś erotyczną genealogię wyznania, ale wydaje mi się, że nie są to wszystkie konteksty, które uruchomia ten tytułowy wiersz. Sendecki, permanentnie uwikłany w dialektyczne spięcia z tradycją, chce przekazać pełną submisywność podmiotu wobec języka, a mówiąc jeszcze dokładniej i precyzyjniej – wobec „jednej” choćby sylaby, najmniejszej cząstki zdania, posiadającej już odrębne znaczenie, często niemożliwe do krytycznego odszyfrowania. Tym właśnie jest „ta jedna”, jakaś epifania czegoś, czego epifaniczna referencja zostaje zablokowana. Czasem pisze się dla stu, potem pisze się skamieniałymi podstawami mowy. Rozszerzeniem wiersza „Do stu” jest utwór „Las” (s. 54):

To już nie są wiersze

Kiedy ze wszystkich słów cedzisz słowa pierwsze (…)



Co się mogło nie zdarzyć, od dawna tu jest (…)



Pośród lasu? Przez tętent? W jakiejś innej dobie

Kiedy ze wszystkich słów zostają sylaby



Nie ułożysz z nich zdania

Może to i lepiej



Oddech popycha oddech

Nie znajdzie sposobu



Ko



Al



Ka



Ba

(…)

To nie było to zdanie

Światło markotnieje



Las

Przez

Pies

Czasem pisze się zdaniem, czasem ulegamy powrotom konkretnych fraz, strzępków, sylab – tak właśnie dzieje się w wierszu „Las”. Podmiot porusza się po wierszu, rozbitym na kalekie syntagmy, które nie noszą już żadnych cech referencji, choć uparcie odnoszą się do czegoś, co jest już wpisane w sam rdzeń wiersza, odnoszą się do jakiegoś wydarzenia, mglistego, może pełnego martwoty i traumy („Przez las biegnie chory pies”). Ostatecznie zostaje nam mowa sylab, mowa dziecięcego jąkania się, błądzenia między zaimkami i rzeczownikami, których desygnaty stają puste lub wyrugowane z materialnej – graficznej – przestrzeni wiersza. Wspomniałem wcześniej, że z nieufnością podchodzę do kategorii autentyczności w poezji, tom Sendeckiego jest świetnym przykładem tego, by raczej mówić o bio-grafii – kreśleniu swego jedynego „ja” strzępkami zdań i niepełnymi sylabami. Własna grafia wiersza jest rejestracją – zawsze niepełną i wybrakowaną – języka sylabicznego, pełnego „cedzonych słów pierwszych” (a może nawet i sylab pierwszych, głosek), konkretniejszego niż język hieroglificzny, który jest kamieniołomem metafor, obdukcją „ja”. Podobnie jak Krystyna Miłobędzka, Sendecki krytycznie odnosi się do znakowości, odpryskuje semiotykę, próbując łączyć sprzeczności modernistycznych tendencji lirycznych. „Do stu” to tom, który pragnie przekroczyć martwe kolisko znakowego życia, nurzając się w krążeniu sylab pierwszych, urwanych elips, (bez)osobowego zaangażowania w materię świata.

W wierszach takich jak „Telefon” (s. 56), „Pojechałem” (s. 57), „Z nocy” (s. 48) doskonale widać, jak Sendecki – niemal niezauważalnie, choć czasem i dosadniej – zdziera fakturę języka, rozpycha materię zdań, rozdziera i rozszczepia polszczyznę:

Czasami z nocy znowu wstaje noc

Nie takiej wołał Jan od Krzyża



Ani ją unieść, ani znieść

Nieforemną (…)



Słowo staje przy słowie

Słowo zamiast słowa



To po to

Żeby nie



To po to

(„Z nocy”)



i nic w nieodebranych.

Wyjąć ulotki ze skrzynki,

wyjąć w udawanych



przewagach. Ze wszech

wag. Ze wszech miar.

W piątym kącie.



W lodowej pustaci,

kiedy sztorm

rośnie, żeby zasnąć.



Niech mu się nie przyśnisz.

(„Telefon”)



Pojechałem na cmentarz,

żeby się tam nie znaleźć.



Pojechałem do sklepu,

żeby się nie zgubić. (…)



To na nic.

Gdzie to nic.

(„Pojechałem”).

Sendecki eliptycznie materializuje znaki i braki. „Do stu” to książka, która pełna jest negatywności, wysypującej się z rozszarpywanej faktury słów – podmiot poszerza luki powstałe w wyniku eliptycznego błądzenia językiem, pragnie się w nich nie zgubić. To tłumaczy, dlaczego podmiot Sendeckiego pragnie utwierdzać się w tym, gdzie nie jest lub gdzie jest. Znaki – w przeciwieństwie do sylab pierwszych, do najpierwotniejszych słów – odciskają się na pamięci, modulując ją w kamiennym braku. Słowa, wcześniej zaludnione przez „ja”, dziś są jedynie cmentarzyskami znaków, bezosobnikami, bezokolicznikami. W kreowaniu negatywności pomagają partykuły i zaprzeczenia, które wyrastają pośród słów, zaburzając szyk zdania, deformując fałdę sensu i wersu. Tym samym zbliżamy się do rozszyfrowania, po co właściwie w „Do stu” ta „sztuczna”, frywolnie stylizowana, literackość i konwencjonalność? Parafrazując Jacques'a Derridę – mamy tylko jedną tradycję i to nie jest nasza tradycja. To tradycja języka opisu, która musi być najpierw regularnie odwzorowana, zacytowana, by potem móc zostać zniekształcona, rozcięta brakiem i niedopasowaniem leksykalno-semantycznym. „Do stu” to rekonstrukcja konstrukcji, dokonana tylko po to, by niedostrzegalnie zostać odkształcona, przechylona pod ciężarem oddechu podmiotu. Sendecki rozszczepia język, „nadrywa ścięgna sensu”, by potem wskazać, jak wiersz osadza się na pierwotnych sylabach, na słowach pierwszych, powoli kamienując „ja”, okutane w milczenie reguł i norm.

Literatura:

Agamben G.: „Nagość”. Przeł. K. Żaboklicki, Warszawa 2010.

Fiedorczuk J.: „Bez znieczulenia”. W: „Twórczość” 2012, nr 8.

Gostyński D.: „Pobudzanie widma. [Stanęło mi serce] Marcina Sendeckiego. W: „Nowe wiersze wybrane”, red. P. Śliwiński, Poznań 2017.

Kałuża A.: „Pod grą. Jak dziś znaczą wiersze, poetki i poeci”. Kraków 2015.

Klera W.: „Suma niespełnień”. W: „Elewator. Kwartalnik Literacko-Kulturalny” 2015, nr 2.

Meller O.: „»Sequeliczność« i »przeinaczenie«. http://magazynwizje.pl/aktualnik/sendecki-do-stu/