Wydanie bieżące

15 października 20 (212) / 2012

Michał Centkowski,

OCZY SZEROKO ZAMKNIĘTE

A A A
Prolog
Kiedy na zajęciach poświęconych nowym mediom po raz pierwszy usłyszałem o idei audiodeskrypcji filmów, czy szerzej: przekazów audiowizualnych, pomyślałem, że to jedynie uboga i z góry skazana na porażkę próba opowiadania sztuki ruchomych obrazów tym, którzy z różnych przyczyn nie mogą tego spektaklu światłocienia dostrzec; że będzie to jedynie namiastka, coś z pogranicza radiowego słuchowiska, audiobooka, jakiejś współczesnej gawędy. Nie mogłem wyzbyć się dojmującego poczucia braku, zubożenia, niepełności. I mimo że jakiś brak leży przecież u podstaw kina, kształtuje naszą tożsamość, podmiotowość widza, mimo że zawsze jest to „coś”, co poza kadrem, coś, czego nie widzimy, że być może tam właśnie naprawdę „rozgrywa” się kino, w tej ciemności pomiędzy kolejną klatką filmu, w Lacanowskim odczuwaniu niepełności, trudno było mi pojąć kino bez światła projektora rysującego na ekranie świat.

Później przypomniał mi się film „Blue” Dereka Jarmana i zdałem sobie sprawę z dwóch niezwykle w tym kontekście doniosłych faktów. Oto przecież jest możliwe pełnowymiarowe i, nie bójmy się użyć tego pojęcia, pełnowartościowe kino, w którym ów projektor nie rzutuje na ekran ruchomego obrazu, lecz obraz ten może zaistnieć, istnieje, barwny i dynamiczny, gdzie indziej. Swego rodzaju obraz mentalny, powstający dopiero za sprawą pracy umysłu i wyobraźni widza, może wszak oddziaływać dalece intensywniej. Gdy jednak radość z odkrycia złożoności metafizyki filmu, wykraczającej poza tradycyjne ramy, zaczęła powoli ustępować nerwowym poszukiwaniom innych przykładów dzieł wyzbytych ograniczającej potęgę wyobraźni dosłowności skonkretyzowanego obrazu, zdałem sobie sprawę z rzeczy istotniejszej. Otóż u podstaw audiodeskrypcji leży przekonanie o tym, że osoba niewidząca lub niedowidząca, dzięki pracy audiodeskryptora, nie musi rezygnować z tej jakże ponowoczesnej przyjemności konsumowania filmowego obrazu. Dzięki profesjonalnemu, precyzyjnemu tłumaczeniu w formie audialnego zapisu głosu lektora, otrzymując obiektywny, szczegółowy opis diegezy, kadr po kadrze, osoba taka partycypować może bowiem w rozgrywającej się czasowo i przestrzennie rzeczywistości filmowej.

Początek
W latach 70. ubiegłego wieku w Stanach Zjednoczonych rozpoczęto na Uniwersytecie Stanowym w San Francisco pracę nad teoretyczną podstawą przekładu treści wizualnych na potrzeby osób niepełnosprawnych ze względu na wzrok. W 1981 roku w jednym z waszyngtońskich teatrów uruchomiono pionierski program audiodeskrypcji stworzony przez Margaret i Cody’ego Pfanstiehlów. W ciągu kilku lat w kilkudziesięciu placówkach zaczęto ów system wdrażać; w kilka kolejnych lat później idea dotarła na kontynent europejski.

Zaczęto więc ambitnie, od tworzenia opisów do akcji scenicznej, która przecież, w odróżnieniu od zapisanego na celuloidowej taśmie dzieła filmowego, posiada swą zmienną, zależną chociażby od kondycji aktorów czy reżyserskich innowacji, dynamikę. Później przyszła kolej na telewizję. Pierwszy przekaz wzbogacony o audiodeskrypcję wyemitowała w 1983 roku telewizja japońska, później zaś brytyjskie BBC. Pierwsze stałe seanse kinowe dla osób niewidomych uruchomiono w roku 1994 także w Wielkiej Brytanii.

W Polsce pionierskim ośrodkiem audideskrypcji przekazów audiowizualnych jest Białystok. To tam Barbara Szymańska i Tomasz Strzymiński zorganizowali pierwsze pokazy filmowe oraz teatralne z audiodeskrypcją i stamtąd przyjechali do Katowic, by opowiedzieć nam, w tym mnie, o tym, dlaczego nie zawsze łatwiej opisać kreskówkę niż Bergmana, na jakie słowa nie warto marnować czasu i dlaczego nie wolno audiodeksryptorowi milczeć dłużej niż przez 5 sekund.

Dzień pierwszy. Szukając siebie
„Kiedy, gdzie, kto i co” – niczym drogowskazy wskazujące kierunek pracy deskryptora, założyciele Stowarzyszenia Audioskrypcja określają zasady tworzenia dobrej, to znaczy wartościowej, spełniającej swoją rolę, dostarczającej niewidomemu widzowi artystycznej przyjemności audiodeskrypcji. Pierwszego dnia, już na samym początku. Dodając bezlitośnie na wstępie: „Opisuj jedynie (!) to, co widać na obrazie, nie interpretuj, nie wnioskuj, nie szukaj motywacji”. A wszystko opisuj językiem prostym, pozbawionym fachowej terminologii, ornamentyki, językowych popisów barokowo złożonych zdań. Dbaj o lakoniczność, lapidarność i komunikatywność! Proste? Niezupełnie. Właściwie potwornie trudne. Wyzbyć się nawyku natychmiastowej, ciągłej i nieustającej interpretacji obserwowanego przekazu, gdy jest się filmoznawcą, krytykiem, gdy pracuje się i zarabia pracując w języku, eksperymentując z nim, bawiąc się i poszukując własnego, niepowtarzalnego stylu? Tak oto pierwszego dnia, po piętnastu minutach warsztatów audiodskryptor zostaje skonfrontowany z własnym komunikacyjnym egoizmem. Ja, autor, ja, piszący, mam przestać się liczyć, mam zniknąć, rozpłynąć się w przezroczystości języka opisu, nie pozornie, jak w kinie stylu zerowego, by w istocie bardziej przebiegle zaistnieć i odcisnąć swe piętno w świadomości odbiorcy, lecz naprawdę. Dopiero bowiem gdy z opisu zniknę ja, moja wrażliwość, moje doświadczenie, mój światopogląd, świat filmowej rzeczywistości przedstawionej na ekranie będzie się mógł objawić użytkownikowi audiodeskrypcji w pełni, bez zniekształceń i zakłamań.

Jak trudno zrezygnować z tej niejako uprzywilejowanej pozycji hegemona, dokonującego, w najlepszej przecież wierze, selekcji elementów, które przenikną ze świata na ekranie, poprzez audiodeksprycję, do umysłowego aparatu widza! A przecież nie idzie o żadne „wielkie szachrajstwo”, choć czy i ja nie jestem marionetką w rękach tego reżysera, który decyduje, jaki skrawek owego świata pozwolić mi podejrzeć wąskim spojrzeniem kadru? Złożoność relacji niejako spotęgowana, pokusa, by stać się reżyserem tego, co już wyreżyserowane, wielka, rzecz jasna dla dobra widza; ufam wszak swej wrażliwości, wykształceniu, znajomości kontekstu. A jednak to nie mój świat mam opisać, nie reprodukuję wszak tego, co „zobaczę” w swojej głowie.

Opisuj to, co widać na ekranie. Tylko tyle i aż tyle…

Obiektywnie, zwięźle, komunikatywnie, możliwie najpełniej. Czy to w ogóle możliwe? Przecież musi istnieć selekcja. Ogranicza przede wszystkim czas, jaki pozostaje na opis świata pomiędzy dialogami, w korespondencji do dźwięków dobywających się z „dziejącego się” na ekranie świata. Oczywiście bogactwo opisu, jego uszczegółowienie musi ulegać stopniowaniu, zdroworozsądkowej ocenie. Jednak antynomia jest dobrze znana, standardy czytelne. Szczegół, detal, charakterystyka. Na krześle siedzi dziewczynka, około pięcioletnia, w biało-czerwonej kurtce…

To chyba nie jest praca dla mnie.

Dzień drugi. Prosta historia?
Trzyminutowa sekwencja otwierająca film Andrzeja Jakimowskiego „Zmruż oczy”. Zachód słońca, obskurna stodoła, nocne niebo, polna droga, światła nadjeżdżającego nią samochodu. Trzy minuty, niby nic, drobiazg, a dzieje się tak wiele, tak wiele trzeba sobie wyjaśnić. Przenikanie, jazda kamery, panorama, a wszystko to bez fachowych terminów. Z której strony pojawia się auto, skąd pada światło, czy jest to ciepłe, pomarańczowe światło zachodu słońca, czy raczej błękitne i chłodne, typowe dla wschodu. A może dogasa latarnia, może to światło metafizyczne, dobiegające gdzieś spoza diegezy? Dla kogoś, kto nigdy nie miał w ręku filmowej kamery, dla kogoś niewidomego od urodzenia, kto być może nigdy nie widział ani wschodu ani zachodu słońca, to wszystko jest tak szalenie ważne! Opisać to prosto i zgrabnie – to dla filmoznawcy, dla mnie, niezwykle trudne.

Gdy tak przez wiele godzin zmagamy się z tymi trzema minutami, próbując oddać ten nieskończony, zdaje nam się, rezerwuar znaczeń, tę semiotyczną eksplozję sensów dobywających się z każdego niemal centymetra kwadratowego ekranu czy też kadru, dostrzegam nagle tę najoczywistszą z prawd. Ogrom pracy niemożliwej do ogarnięcia, jakiej dokonuje reżyser, by zagospodarować, zaprojektować, skomponować każdy z tysięcy kadrów. I tak przez 90 minut?

Ledwie ponad wiek, najmłodsza ze sztuk, setki tysięcy tytułów, miliony scen, lata świetlne… A gdyby tak spróbować opisać w ten sposób to wszystko?

Poniosło mnie, wracam do naszych trzech minut. Siódma godzina warsztatów dobiega końca.

Dzień trzeci. Zaczarowany ołówek
Tłumaczymy bajkę. Ten „zaczarowany ołówek” jest chyba najlepsza metaforą tego, czym jest praca audiodeskryptora. Myślicie, że łatwiej opowiedzieć przygody Muminka niż fabułę „Tam gdzie rosną poziomki”? Otóż nie, bo temperament i ruchliwość Muminków dalece przewyższają dynamikę bergmanowskich postaci. Szczęśliwie jeden odcinek animowanych przygód trwa dziesięć minut, a jeden odcinek „Fanny i Aleksandra” półtorej godziny.

Czy da się poddać audiodekrypcji każdy film, najśmielszą nawet wizję science fiction, pełną przedmiotów pozbawionych realnie istniejących desygnatów? Tak, tylko czy warto? Nie zawsze trzeba tłumaczyć film: na przykład jeśli wszystko, co ważne, dzieje się w słowach, dialogach i dźwiękach, jak w „Blue” Jarmana.

Powszechny dostęp do dóbr kultury, jedno z elementarnych i podstawowych praw człowieka, konstytucyjne prawo każdego obywatela, walka z wykluczeniem – to wszystko niezwykle ważne. Istotne jest także, byśmy zrozumieli, że to w zasadzie nic nadzwyczajnego, lecz obowiązek, standard. Pominąwszy argumenty ekonomiczne podpowiadające znikomość kosztów audiodeskrypcji w skali całej produkcji, szczególnie w kontekście zyskania rzesz nowych odbiorców potencjalnych, o czym wspominała jedna z uczestniczek warsztatów, producentka filmowa, pozostaje zawsze aktualnie pytanie – czy sztuka nie powinna być w swej istocie powszechnie dostępna? Czy każde dzieło sztuki nie powinno nieść w sobie potencjału objawiania się, opowiedzenia sobą o świecie także osobie niepełnosprawnej, niewidomej? I nie idzie o to, by raz w tygodniu „odbębnić”, dla spokoju i dobrego samopoczucia, spektakl czy seans specjalny, ale o to, by w tej samej chwili wszyscy wspólnie, bez względu na fizyczne ograniczenia, mogli zasiąść w tej ciemnej kinowej sali i przeżyć tę niezwykła przygodę, o której pisał Roland Barthes. Idzie o elementarną realizację praw fundamentalnych dla naszej kultury, cywilizacji.

Epilog
Do kin wchodzi film „Imagine” Andrzeja Jakimowskiego, pierwszy polski obraz dystrybuowany z kompletną ścieżką audiodeskrypcji. Według prawa, wciąż tylko 10% przekazów audiowizualnych musi takową posiadać. Zatem setkom tysięcy odbiorców wciąż dostępny jest jedynie ułamek tej wspaniałej filmowej rzeczywistości. Jak gdyby fascynujący świat podglądać przez dziurkę od klucza.

Warsztaty audiodeskrypcji odbyły się w Katowicach w dniach 26-28 września 2012 r.
Fot. Tomasz Liboska, Michał Jędrzejowski