Wydanie bieżące

1 maja 9 (321) / 2017

Katarzyna Warmuz,

HAKOWANIE JAPOŃSKOŚCI (GHOST IN THE SHELL)

A A A
Wszelkie wizje przyszłości trochę trącą myszką: od zawsze istniały i zawsze sprawiały nam zawód. Właściwie nie wiadomo, czy bardziej nas nęcą, mamią, czy raczej straszą tzw. czynnikiem ludzkim, który w kwestiach technologii jest żarłoczny i pozbawiony skrupułów. W futurystycznych wyobrażeniach nieustannie powraca element, który można uznać za dystopijny. W powieściach lub filmach powstałych w XX wieku źródłem takiego dysonansu jest technologia. Niektóre wizje przyszłości są tak skonstruowane, wyolbrzymione, że przyprawiają o śmiech, a czasem nawet o współczucie dla wyobraźni twórcy.

Kanwą dla filmu „Ghost in the Shell” miał być namysł nad technologią, która części bohaterów wymknęła się w rąk, zaczęła samodzielnie myśleć i postanowiła naruszyć antropocentryczne porządki. Sekcja 9 ściga przestępców podejrzanych o cyberprzestępstwa. To do niej należy Major/Motoko (Scarlett Johansson), której mózg przeszczepiono do syntetycznego ciała. W świecie będącym usieciowionym organizmem, nafaszerowanym niewyobrażalnej ilości bitami, wykroczenia dokonane w cyberprzestrzeni są dla agentów priorytetem. Po jednej z ważniejszych akcji, mającej zatrzymać kradzież danych, zaintrygowana Major postanawia śledzić Kuze (Michael Pitt), terrorystę i hakera.

Opis fabuły, dość lapidarny, odzwierciedla akcję filmu, na który twórcy nie mieli szczególnego pomysłu. Anime Mamoru Oshii z 1995 roku od początku do końca trzyma w napięciu, za pomocą ciągłego operowania dynamiką dramaturgii. Nie ma tam przesadnego akcentowania fajerwerków w postaci strzelanin, pościgów i technologicznych, wybujałych wizji. Więcej jest momentów ciszy, które pozwalają dobrze przeżyć szybką akcję i dają możliwość namysłu nad głównymi problemami historii, takimi jak: ile byłoby warte ludzkie życie, gdyby technologia mogła wytworzyć syntetyczną duszę? Czy cyborg może mieć własną jaźń? Pytania pojawiające się między akcjami Sekcji 9 dodają anime niebanalnej atmosfery. To film, który nie tylko onieśmiela kreską, lecz także podaje intrygujące przemyślenia na temat kondycji świata kierującego się w stronę coraz to doskonalszej technologii. Oscylowanie między spokojem a szybką akcją buduje w dziele Oshii atmosferę ciągłego napięcia, niepokoju.

Najnowsza wersja „Ghost in the Shell” została skonstruowana wokół pierwszej i drugiej części animowanej historii Motoko oraz serialu „Ghost in the Shell: Stand Alone Complex”, co daje efekt nie tylko przesytu, ale również chaosu. Osoba nieznająca pierwowzorów być może nie odczuje tu fabularnego zamętu, ale fan serii, a przecież to do niego jest skierowany film Ruperta Sandersa, uzna to za akt ignorancji. Defragmentacja serii anime poskutkowała nieustanną obecnością scena walki i pościgów, a zostawiła mało miejsca na wyciszenie. Akcent pada na wizualne sztuczki, które po czasie stają się nudne, efekciarskie i zaczynają denerwować. Anime starało się pokazać harmonię między technologią a człowiekiem, co dziełko Sandersa neguje poprzez maksymalizację efektów specjalnych.

Irytujące zwroty akcji, ciągłe bijatyki i epatowanie wizualnością nie mogą konkurować z aktorstwem, które pozostawia wiele do życzenia. Scarlett Johansson, obsadzona w filmie najprawdopodobniej z powodu swej rozpoznawalności jako aktorki wcielającej się w superbohaterki, chyba najbardziej działa na nerwy w czasie seansu „Ghost in the Shell”. Ściśnięte brwi, „tajemnicza” chrypka, chłopięcy chód – to wszystko, co ma do zaoferowania jako odtwórczyni głównej roli. Czy bardzo wąskie spektrum mimiki i gestów miało wskazywać, że Major jest cyborgiem? Rozumiem, że minimalizm miał tutaj odkrywać formę przedstawienia głównej bohaterki jako humanoida, ale, paradoksalnie, niewielki wachlarz umiejętności aktorskich przyczynił się do wyolbrzymienia owych gestów i mimiki. Szkopuł w tym, że Amerykanie chyba nie wiedzą, jak zagrać Japończyka, a widzowie, niestety, mają odbierać postacie Mokoto, Kuze oraz Bauto (Pilou Asbæk) jako Azjatów. Aktorzy mogą ograniczyć motorykę ciała, ale nadal będą wyglądać sztucznie i śmiesznie. Jak Japończycy potrafią grać minimalizmem, przedstawił Takeshi Kitano, który w „Ghost in the Shell” zagrał Daisuke Aramaki, szefa Sekcji 9. Aktor pokazał, że nie trzeba ściskać brwi, by oddać zdenerwowanie lub zainteresowanie, a spokojna postawa czasem lepiej wyraża złość niż niespokojny chód.

O filmie „Ghost in the Shell” było głośno już przed premierą, ale nie z powodu odświeżenia ciekawej mangi i zjawiskowego anime, lecz z powodu rasizmu w amerykańskim przemyśle filmowym. Strony internetowe i facebookowe nieustannie informowały o degradowaniu Azjatów w kulturze Stanów Zjednoczonych. Przypominano sytuacje, w których dochodziło do powielania stereotypów, zastępowania postaci rozpisanych na bohaterów pochodzenia azjatyckiego amerykańskimi aktorami, ignorowania azjatyckich aktorów przy wyborze filmowych nagród… Zdaje się, że Ameryka potrafi jedynie powielać elementy kultur azjatyckich, przy czym efekty tej strategii najczęściej są mizerne i oscylują w płytkich rejestrach.

Część zarzutów względem twórców filmu „Ghost in the Shell” dotyczyła jednak nie tylko kolejnego kulturowego przeniesienia; większą rolę w dyskusji odgrywała kwestia zamiany narodowości bohaterów. Oczywiście, wybór Scarlett Johansson do roli Major/Mokoto nie jest szczególnie zaskakujący. Ot, przemysł filmowy działa na swoich zasadach, czyli im sławniejsza twarz, tym więcej będzie zysku. Kuriozalność sytuacji polega na tym, że amerykańska aktorka ma być postrzegana jako Japonka, czego można się dowiedzieć pod koniec filmu. Jest to jeden z tych elementów, które naprawdę przeszkadzają w odbiorze, tak jakby twórcy myśleli, że mają do czynienia z nierozgarniętym widzem, który migdałowe oczy Johansson uzna za skośne. Przed premierą „Ghost in the Shell” największa fala krytyki dotyczyła zamiany japońskich bohaterów amerykańskimi aktorami, przez co Japończycy zostali ulokowani na dalszym planie, pełniąc marginalną rolę w przebiegu akcji. Jest w tym dużo niesprawiedliwego działania, uzasadnianego… właściwie czym? Zyskiem powielającym rasistowskie chwyty? Ostatnie zdanie padające w „Ghost in the Shell” to stwierdzenie, że człowieczeństwo jest cnotą. W moim przekonaniu, twórcy pokazali, że człowieczeństwo pełne jest hipokryzji.
„Ghost in the Shell”. Reżyseria: Rupert Sanders. Scenariusz: Jamie Moss, Jonathan Herman, William Wheeler. Zdjęcia: Jess Hall. Obsada: Scarlett Johansson, Pilou Asbæk, Takeshi Kitano, Juliette Binoche, Michael Pitt i in. Produkcja: USA 2017, 106 min.