Wydanie bieżące

15 lipca 14 (326) / 2017

Katarzyna Szkaradnik,

'TROCHĘ ZAJĘTY UMIERANIEM'... A TROCHĘ ODŻYWANIEM (JONATHAN)

A A A
Na listę dramatów filmowych, wobec których nie sposób zachować obojętności, bezsprzecznie wypada dopisać „Jonathana” Piotra J. Lewandowskiego. Od razu jednak studzę zapał chętnych do powiększenia tym samym dorobku polskiej kinematografii, gdyż wyprodukowany został w Niemczech z tamtejszą obsadą, a i 42-letni reżyser od dawna mieszka za zachodnią granicą. Zważywszy, że to jego pełnometrażowy debiut (z wcześniejszych dokonań warto wymienić realizowanego w naszym kraju „Janka” (2006) ze Zbigniewem Zamachowskim i Danutą Stenką, docenionego na Grand OFF w Warszawie), film rokuje naprawdę dobrze. Aczkolwiek część komentatorów najwidoczniej obiecywała sobie po nim więcej, skoro nie kryje dozy rozczarowania.

Wydawałoby się, że w XXI wieku niewiele pozostało tabu, których łamanie przez twórców budziłoby jeszcze poruszenie. Można oczywiście kumulować drażliwe tematy i rozprawiać się nimi jak Longinus Podbipięta z Tatarami na murach Zbaraża – otóż podobne nagromadzenie występuje w „Jonathanie”. Szkopuł tkwi natomiast w odpowiednim wyczuciu artystycznym, pozwalającym uniknąć oskarżeń o epatowanie odbiorców obscenami, o tandetę czy o gubienie wątku – i w tej kwestii krytycy nie osiągnęli konsensu. Jeśli o mnie chodzi, serce dało się uwieść, podczas gdy rozum powtarza, że zagrano na moich emocjach mieszanką dramatyzmu, liryzmu i bezpruderyjności.

O czym więc opowiada kontrowersyjny film Lewandowskiego? Na pewno o rzeczach najtrudniejszych – o umieraniu i radzeniu sobie z utratą. Znamienne zaś, że tytułowym bohaterem nie jest wyniszczany przez nowotwór Burghardt (w którego wciela się bardzo doświadczony aktorsko André Hennicke, znany m.in. z roli szefa brygady SS w „Upadku”), lecz jego syn. Właśnie na 24-letnim jedynaku (Jannis Niewöhner) spoczywa brzemię opieki nad ojcem, a choć pielęgnuje on chorego już trzy lata, nadal czyni to nie tylko sumiennie, ale też z oznakami czułości. Sprawia wrażenie pogodzonego ze swoją dolą i z absorbującymi obowiązkami, które obejmują również codzienny kierat na rodzinnej farmie. Mimo iż reżyser unaocznia niezbyt przyjemne aspekty prowadzenia gospodarstwa, znacznie więcej robi, by położone na prowincji obejście przywodziło na myśl idylliczną oazę zaszytą w baśniowej głuszy. Wprawdzie pomagająca w pracach młodzież marzy o wyrwaniu się z „tej zasranej dziury”, jednak Jonathanowi (skądinąd zdradzającemu talent plastyczno-konstruktorski) jakby nieszczególnie doskwiera rezygnacja ze studiów i ekscytującego życia w metropolii. Jego naczelne zmartwienie stanowi bowiem co innego.

Chłopak wyczuwa, iż zataja się przed nim prawdę na temat matki, według oficjalnej wersji – ofiary wypadku w okresie, gdy był niemowlęciem. Podejrzewa, że ówczesne wydarzenia wpłynęły na powstanie muru między Burghardtem a siostrą tegoż, Marthą (Barbara Auer), która pracuje na tym samym gospodarstwie, lecz stroni od gasnącego brata oraz usiłuje harówką zagłuszyć demony przeszłości. Wszakże próby wypytywania rodzeństwa nieodmiennie kończą się fiaskiem. Ta zmowa milczenia wygląda trochę niewiarygodnie, ponieważ obojgu wymykają się znaczące półsłówka, zatem widz może się zastanawiać, czy Jonathan dotąd nie indagował ich o matkę i rodzinne sekrety. Być może w istocie dopiero teraz uświadomił sobie, że zbliża się ostatni moment, by wydobyć z ojca bolesne wspomnienia.

Gęstą atmosferę pretensji i niedomówień rozluźnia nieco przybycie na farmę młodej, ponętnej pielęgniarki Anki (Julia Koschitz), zaangażowanej przez Marthę do pomocy przy chorym. Lecz nie oszukujmy się: niespecjalnie wyręcza ona Jonathana jako opiekunka, głównie wdzięczy się do niego. Odkąd tylko spotyka go na poddaszu, rozwój znajomości staje się aż nazbyt przewidywalny. Szkoda, że wątek został poprowadzony tak gładko, że nie pociąga za sobą konfliktu ani mocniej nie zazębia się z wątkiem Burghardta. Pomimo to należy oddać sprawiedliwość scenariuszowi i aktorce, gdyż mamy do czynienia z postacią intrygującą – z jednej strony kobietą wyzwoloną, przekorną, wręcz wyzywającą, z drugiej ujmująco delikatną i tajemniczą niczym leśny elf. Tak czy inaczej, narracyjne rozbudowanie (wzdłuż, a nie w głąb) owej erotycznej fascynacji skutkuje zatarciem dominanty fabularnej. Najwyraźniej nie chciano przytłaczać odbiorcy tonami minorowymi, lecz w efekcie kontrapunkt nierzadko bierze górę nad motywem przewodnim.

Co wobec tego jest tu osią fabularną? W zasadzie niełatwo ocenić, czy bardziej zmagania z odchodzeniem i cierpieniem, czy jednak sensacyjna zagadka rodzinna: każdy bohater musi na swój sposób stawić czoła tyleż śmierci, co powracającym upiorom. Również tym zmaterializowanym. O ile pojawienie się Anki tonuje napiętą sytuację, o tyle podminowują ją niespodziewane odwiedziny niejakiego Rona (Thomas Sarbacher), który w młodości był blisko zżyty z Burghardtem, a później przepadł jak kamień w wodę. Ponoć należał także do adoratorów Marthy, ale teraz kobieta przegania go z furią (i fuzją). Wbrew tak „gorącemu” przyjęciu nie daje za wygraną i zamierza towarzyszyć przyjacielowi w najcięższych chwilach. Chociaż wielostronny konflikt zaognia się, kiedy przybyły znikąd Ron bezpardonowo „przejmuje dowodzenie”, Jonathan szybko dostrzega w nim brakujący element układanki…

Jak wiadomo, w filmach – czy też utworach fabularnych w ogóle – motyw tzw. trupów ukrytych w szafie, niewyjaśnionych dawnych tragedii i pytań bez odpowiedzi ustępuje frekwencją chyba wyłącznie motywowi trójkąta miłosnego; zresztą często obydwa się splatają. W tym przypadku niezaspokojone uczucie okazuje się traumą, która naznacza całe życie i wywołuje nienawiść do samego siebie. Widza zaś prowokuje do pytań – na szczęście niewyartykułowanych wprost – czy negowanie własnej tożsamości (inności) uznać za tchórzostwo i zdradę, czy za szczytne samowyrzeczenie. Można obserwować, jak w ujęciu reżysera „niezawiniona wina” rodzi kolejne urazy, bariery, nawet odrzucenie, bo też wszyscy bohaterowie (prócz Anki) są emocjonalnie pokiereszowani, a skomplikowana relacja ojca z synem nie redukuje się do typowego konfliktu pokoleń. W swoim gniewie z powodu maskowania prawdy i po jej ujawnieniu Jonathan wykazuje młodzieńczą porywczość, lecz szarpie się, by wreszcie dojrzeć do przebaczenia.

Ale przecież nie tylko do niego – mimo przesłaniania tego innego wątkami film Lewandowskiego pozostaje przejmującym obrazem sytuacji granicznej. Portretem ojca, którego stan po drugiej chemioterapii i wystąpieniu przerzutów raka do mózgu nie daje już nadziei, w którym narastają zgorzknienie, strach i bezsilność, którego coraz bardziej wycieńczają zarówno ból, jak i obsesje sprzed lat. A równocześnie portretem syna, który poświęca się pielęgniarskiej rutynie, jednak wbrew swym najlepszym intencjom nie rozumie umierającego, co uwidacznia się choćby w skrupulatnym faszerowaniu go znienawidzonymi tabletkami. Przede wszystkim zaś Jonathan nie potrafi zadośćuczynić dramatycznej prośbie: „Oszczędź mi szpitalnego smrodu” i wydaje się, iż rzecz nie w tym, że brak mu odwagi. Raczej musi spokornieć i zetknąć się z Nieuchronnym na jego warunkach.

W próbie, jakiej zostaje poddany, kluczową rolę odgrywa Anka, upozowana niemal na mityczną przewodniczkę młodzieńca w obrzędzie przejścia, która uzmysławia mu, że trzeba doświadczyć śmierci, by dorosnąć do życia. Obydwie inicjacje są ze sobą powiązane, koniec jest rewersem początku, Tanatosowi partneruje Eros. Tym tłumaczyłabym seksualne uniesienia ocierające się o soft porno – przypomnieniem, jaką siłę posiada „wieczny życia krąg”. Ale atrakcyjna dziewczyna odsłania przed Jonathanem nie tylko powab, lecz także kruchość życia, od arkanów erotyki prowadzi go w arkana wiecznej ciszy. Co ciekawe, podobną funkcję przybiera bohaterka wobec swego pacjenta, tyle że w jego przypadku, można by rzec, wektor inicjacji zwrócony jest w przeciwnym kierunku. „Jeśli chcesz umrzeć, musisz dopuścić życie” – oświadcza Anka sentencjonalnie. I w istocie konfrontacja z prawdą zamiast wypierania jej okazuje się jedyną szansą na wyzwolenie z matni i oczyszczające uwolnienie od przeszłości. Na niezręczne pytanie Rona: „Jak leci?” Burghardt odpowiada z wisielczym humorem: „Jestem trochę zajęty umieraniem”, lecz zarazem właśnie teraz pojawia się przed nim możliwość wyrażenia czy wręcz odzyskania siebie.

Jak napomknęłam, Lewandowskiemu zarzuca się niezdecydowanie odnośnie centralnego wątku oraz niepotrzebne meandrowanie przed dotarciem do tego, co w filmie oryginalne i najmocniejsze – w podwójnym sensie: mocnej strony i trudnego, uderzającego tematu. Przez retardacje zwleka on też nadmiernie z rozwiązaniem zagadki, którego widz domyśla się dużo wcześniej niż Jonathan. W rezultacie reżyser jakby zdawkowo traktuje coming out i owo najbardziej szokujące przełamywanie wielorakiego tabu, spajającego chorobę, seksualność, starość i odmienność. Ale można argumentować, że mamy do czynienia po prostu z długo przygotowywanym momentem kulminacyjnym.

O tym, że konstrukcja fabuły została dobrze przemyślana, a w każdym razie, że obcujemy z opowieścią o dojrzewaniu obdarzoną sporym potencjałem, dowodziłyby wyróżnienia, jakie scenariusz uzyskał w Niemczech jeszcze przed zakończeniem prac nad filmem. Dodatkowym plusem gotowej produkcji są aktorzy. Do atutów Niewöhnera należy zaliczyć nie tylko aparycję mistera, lecz również sugestywne oddanie buzujących emocji, poczucia bezsilności i rozdarcia, rosnącej desperacji w dążeniu do odkrycia prawdy. O Ance jako uroczej mediatorce i „kapłance inicjacyjnej” już wspominałam. Jednak bez dwóch zdań najbardziej poruszającą kreację stworzył Hennicke – wtedy gdy jego bohater stopniowo dogorywa, ale i w sygnalizowanej scenie kulminacyjnej. Zasadniczo każda postać została uformowana w indywidualność i pokazana z dbałością o drobne, acz wymowne gesty.

Skoro o tym mowa, trzeba na ostatku (zgodnie z zasadą last but not least) nadmienić jeszcze o uwodzeniu obrazem. Zanim Lewandowski ukończył Akademię Filmową, studiował komunikację wizualną i nie da się zaprzeczyć, że ten element jest dla niego szalenie ważny, nie spełnia zaledwie funkcji medium fabuły. Zdjęcia Jeremy’ego Rouse’a nasycone są sensualnością – gdy chodzi o ludzkie ciało (zwłaszcza nagi tors Niewöhnera, eksponowany może nawet zbyt często), a przede wszystkim o przyrodę. Ulotne detale, ujęcia z nietypowej perspektywy, wykorzystanie gry światła i slow motion przydają im poetyckości, wzmaganej nastrojową muzyką Leonarda Mockridge’a. Wprawdzie pewne migawki, takie jak zbliżenie na motyla szamoczącego się w pajęczynie, wydają się nieco wymuszonymi, pseudosymbolicznymi ozdóbkami, ale też – o czym świadczy postać Anki czy miejsce akcji – ten kameralny film chciałby poniekąd uchodzić za przypowieść o namiętności, lojalności i ostateczności. Koniec końców „Jonathan” jest dziełem tyleż obrazoburczym, co subtelnym, tyleż schematycznym, co zaskakującym, tyleż nierównym, co przejmującym, tyleż szantażującym emocjonalnie, co realnie wstrząsającym.

Reżyser zapewne nie ma szans, by zostać najbardziej znanym Lewandowskim w Niemczech, lecz można wyrazić nadzieję, że jeszcze nieraz zaoferuje widzom kinowym obraz, który nie przejdzie bez echa. Notabene, już wcześniej zauważono w konkursach jego filmy krótkometrażowe i serial telewizyjny „Götter wie wir”; łącznie za swój pozornie skromny dorobek otrzymał dotychczas w Niemczech i na świecie kilkadziesiąt wyróżnień. Również „Jonathan” zdobył Nagrodę Publiczności w Salt Lake City oraz First Feature Award Frameline w San Francisco – w 2016 roku, bo też jego światowa premiera nastąpiła podczas poprzedniego festiwalu Berlinale. Innymi słowy, w Polsce na ekrany trafił półtora roku później. Dobrze jednak, że wreszcie tu zawitał, należy bowiem do tych filmów, o których po seansie można toczyć nieskończone fundamentalne dyskusje. Chociaż kino opuszcza się w milczeniu.
„Jonathan”. Reżyseria: Piotr J. Lewandowski. Scenariusz: Piotr J. Lewandowski, Marie Haas, Agnieszka Piwowarska. Zdjęcia: Jeremy Rouse. Obsada: André Hennicke, Jannis Niewöhner,  Julia Koschitz, Thomas Sarbacher i in. Produkcja: Niemcy 2016, 99 min.