Wydanie bieżące

1 lutego 3 (339) / 2018

Katarzyna Szkaradnik,

CO NIE JEST (AUTO)BIOGRAFIĄ, NIE JEST W OGÓLE (JERZY MADEJSKI: 'PRAKTYKOWANIE AUTOBIOGRAFII')

A A A
Powyższy aforyzm, zaczerpnięty z „Pamiętnika” Stanisława Brzozowskiego, może się wydawać emfatyczny i nieco już zbanalizowany, jednak trafnie wyraża obecną koniunkturę literatury dokumentu osobistego, zarówno jeśli chodzi o jej recepcję, jak i praktykowanie. Właśnie to ostatnie eksponuje Jerzy Madejski w tytule tomu swoich szkiców poświęconych autobiografizmowi i biografizmowi, opowiadając się za rozumieniem owych aktów twórczych jako „życiopisania”. Posługuje się przykładami dzienników, listów, autobiografii oraz biografii; na takie też części została podzielona książka, która gromadzi teksty z kilkunastu lat, opublikowane wcześniej w czasopismach lub monografiach zbiorowych, co zresztą szczeciński profesor przyznaje na początku, zamiast nieśmiało napomykać w nocie wydawniczej. Aczkolwiek w podtytule skromnie nazywa tych 18 szkiców przyczynkami, przekonuje, że w interpretacjach wybranych utworów można uchwycić sedno ogólniejszych zjawisk literackich. Czy więc istotnie Madejskiemu udaje się dojść do mocnych wniosków o szerszym polu odniesienia?

Trzeba powtórzyć, że na tom składają się studia przypadków, urozmaicone, chociaż zdradzające predylekcję autora do pewnych nazwisk, które przewijają się w nich z większą częstotliwością. Najpierw jednak otrzymujemy wprowadzenie zawierające elementarne wiadomości teoretyczno-historyczne, z kolei rozdział „Sytuacja diarystyki (uwagi wstępne)” odsłania transdyscyplinarne nastawienie badacza, który akcentuje rolę intymistyki w dociekaniach nad kształtowaniem płci kulturowej, znaczenie autobiografizmu dla antropologii kultury czy wkład publikacji dzienników pisarzy (i pisarek!) w rewizję kanonów oraz koncepcji historii literatury.

Na podkreślenie zasługują dwa aspekty wspomnianych tekstów, gdyż oddają tendencje całego zbioru: po pierwsze, nawet cech autobiografii nie roztrząsa Madejski abstrakcyjnie, lecz posiłkuje się przykładem (tu, co znamienne, poetyckim); po drugie, oba sprawiają wrażenie mozaiki wątków, wprawdzie interesujących i ważnych, jednak tylko sygnalizowanych i niepowiązanych ze sobą. Naturalnie, trudno wymagać drobiazgowej analizy i linearnego dyskursu od szkiców o niewielkiej objętości, mających pomieścić maksimum podstawowych informacji. Gorzej, kiedy luźny ciąg skojarzeń występuje w tekstach, które powinny koncentrować się na określonym utworze bądź zagadnieniu. Dla ilustracji wyimek z rozdziału „Man of letters”, dotyczącego relacji pomiędzy różnymi dziedzinami pisarstwa Stefana Chwina. Madejski przytacza z „Kartek z dziennika” cytat charakteryzujący Jana Błońskiego, by dodać, że autor „zmierza w innym kierunku niż (…) na przykład Aleksander Fiut, który tak widział osobowość i geniusz krytyczny Błońskiego: (…) [cytat z Fiuta]. Ale wykorzystuje również pewien typ zaciekawienia, który wcześniej właściwy był Błońskiemu, kiedy próbował oddać wielkość Kazimierza Wyki. To on widział Wykę jako mistrza, a później człowieka starego: (…) [cytat z Błońskiego]” (s. 76-77).

Bardzo to zajmujące, niemniej dominantę tomu można nazwać – z aluzją do książki przywołanego tu Wyki – wędrówkami po tematach. W samym omawianym szkicu napotykamy cytat wyjaśniający, na czym według autora „Dziennika dla dorosłych” polega diarystyka, wzmiankę o jego estetyczno-ideowej polemice z Tomaszem Burkiem i wskazanie, które elementy świata akademickiego wyzyskuje jako motywy literackie, rozważania nad pojęciem kultury europejskiej, wreszcie tezę Krzysztofa Uniłowskiego, iż Chwin ceni wielką literaturę nowoczesną, ale mając świadomość wyeksploatowania modernistycznego kodu, sięga po fabulację – tezę wartą dłuższego komentarza, a pozostawioną w próżni. Inna rzecz, że konstatacja ta odnosi się prymarnie do powieści „Dolina Radości”, więc (podobnie jak choćby akapit o inspiracjach akademickich) nie ma bezpośredniego związku z diarystyką autora „Hanemanna”, tymczasem streszczany tu szkic mieści się w części „Dziennik”. Na dodatek puenta (uprzedzona już w tytule), że bohater to man of letters, „obywatel republiki literatury” (s. 80), nie robi wrażenia specjalnie odkrywczej. Znacznie bardziej spójny i konkluzywny okazuje się tekst o tropach gombrowiczowskich u Chwina, ale też skupia się on właściwie na jednym urywku „Kartek z dziennika” – pastiszu słynnej sceny ratowania żuków, nicującym implikacje etyczne postawy opisanej przez Gombrowicza.

Intrygujący jest artykuł o tajemniczym dzienniku Różewicza, który nie ujrzał dotąd światła dziennego w postaci całościowej (o ile u autora tomu „zawsze fragment” cokolwiek może przyjąć taką postać…), a splata się ze wszelkimi gatunkami jego twórczości. Lecz i tutaj pojawiają się, jakby na zasadzie asocjacji, wstawki odległe od głównego wątku: „(…) dziennik jest też ważny jako forma literatury wysokiej, u nas przede wszystkim za sprawą Witolda Gombrowicza. Spór Różewicza z Gombrowiczem rozgrywał się przede wszystkim w estetyce dramatu. Jednak chodziło o sprawę szerszą, o wypracowanie nowego języka literatury w ogóle. Kwestię tę z pasją podnosił Różewicz między innymi w rozmowach z Braunem: »Nam nie wolno znów wychodzić od ‘Ferdydurke’ i bajać (…)«” (s. 51). Jak to się ma do dziennika zawartego w tytule rozdziału? Ponadto napotkamy passus poświęcony kolażowemu (wchłaniającemu listy i wiersz) wspomnieniu Różewicza o Wyce, autor „Głosu Anonima” jawi się więc tutaj jako biograf, nie autobiograf. Ten ostatni problem ilustruje następną właściwość tekstów Madejskiego – dozę nonszalancji co do zakresu analizowanego przedmiotu – choć poniekąd broni się on przed takim zarzutem, odwołując się do patronatu m.in. Clifforda Geertza („zmącenie gatunków”).

Jak już zaznaczyłam, najbardziej ścisłe są artykuły zogniskowane na konkretnym tekście; w przypadku diarystyki – na „Patrzyłam na usta…”, opublikowanym dzienniku prowadzonym w warszawskim getcie przez niejaką Marylę. Madejski pokazuje, że młoda autorka w sytuacji granicznej potrafiła się zmobilizować do regularnych notatek i zdystansować na tyle, by poddawać głębszej refleksji własne położenie i dolę całej zbiorowości. Ponadto przerabiała zapiski, nadając im bardziej literacki kształt i podporządkowując je swoistej konstrukcji. Ciekawie badacz prezentuje także „Dziennik 1945” Piotra Zaremby, pierwszego polskiego prezydenta Szczecina, zdającego relację z własnych działań jako urzędnika państwowego, który organizuje życie w mieście w okresie, gdy jego losy dopiero się ważyły.

Ze szkiców o epistolografii – Herberta oraz Turowicza – można dowiedzieć się głównie, jakie zagadnienia dominują w korespondencji każdego z nich, z kolei warte zacytowania wydają się dwa marginalne, lecz zabawne fragmenty. Otóż autor „Pana Cogito” w liście do Miłosza wypowiada się niepochlebnie o Gorzowie, na co Madejski, związany z Ziemiami Zachodnimi, nie pozostaje obojętny: „Nie jest jasne, jak pojmować »chamstwo i alkohol«. Wolno jednak przypuszczać, że w takiej charakterystyce zmieściłoby się wiele polskich miast. A o czym mógłby Herbert pisać? Może o wielkich mieszkańcach Gorzowa. (…) Herbert jednak rezygnuje z rozpoznania miasta, w którym przyjmuje pracę. Trudno nie odnieść wrażenia, że już w tej charakterystyce rzeczywiście spełnia zamówienie i pisze jak »ten z Warszawy«” (s. 114, 115). Jeśli zaś chodzi o wymianę myśli między redaktorem „Tygodnika Powszechnego” i jego żoną a Julią Hartwig i Arturem Międzyrzeckim, różne wyobrażenia może rodzić stwierdzenie: „Sporządzanie dopisków na listach spełnia rolę filtra. Kiedy Turowiczowa kreśli swój fragment do Hartwig, to wpierw czyta to, co napisał mąż. Nie ulega wątpliwości, że ten sposób osłabia dramaturgię korespondencji i w innym modelu listu Turowicz i Hartwig mieliby sobie więcej do powiedzenia” (s. 133).

List jaki jest, każdy widzi, natomiast w części „Autobiografia” znalazły się teksty poświęcone naprawdę najrozmaitszej materii. Inspirujące są uwagi nad „krytyką literacką jako autobiografią”: „Ten, kto uprawia krytykę, pisze jednocześnie (powinien pisać) autobiografię. Krytyka to bowiem osobiste spotkanie z pisarzem poprzez tekst i dlatego wiąże się (…) z podejmowaniem ryzyka: poznawczego i egzystencjalnego” (s. 140-141). Rozważywszy stosunki między krytyką a historią literatury i piśmiennictwem autobiograficznym, Madejski skupia się na oddziaływaniu wspomnianego już Burka. Tyle że znów porusza się na orbicie tematu przewodniego – np. przytacza konstatację Burka, że „współczesna summa powieściowa” cechuje się polimorfizmem jako zespolenie eseistyki, intymistyki itd., by wysnuć wniosek, że blisko stąd do formuły „krytyka jako autobiografia” (s. 148), choć przecież nie wynika on z cytatu dotyczącego transformacji powieści. Podobnie dość poboczny wobec tego hasła zdaje się problem mitologizowania wspólnoty pokoleniowej twórców kosztem odbioru poezji czy dygresja, że badacze dotąd zbyt lekceważyli wiersze Kornhausera o tematyce żydowskiej.

Już w owym szkicu o krytyce literackiej nadmienia Madejski o Edwardzie Balcerzanie, którego „Perehenia i słoneczniki” oraz „Zuchwalstwa samoświadomości” bierze na warsztat osobno, by na ich przykładzie rozpatrzyć strukturalizm w autobiograficznych świadectwach jego uczestników. Pomysłowa jest chęć sprawdzenia, kogo autor przedstawiał w oficjalnej, a kogo w prywatnej historii literatury, ponieważ „szukać możemy odpowiedzi na pytanie, czy strukturalizm był Balcerzanowi potrzebny po to, aby ukazać wielkość pisarzy. Czy też inaczej, Balcerzan uznawał za wielkich tych, którzy mogli być dobrze opisani w języku strukturalnym” (s. 164).

Następnie, wbrew kolejności w książce, wypadałoby umieścić raczej szkic o „Moim życiorysie polonistycznym z historią w tle” Henryka Markiewicza ze względu na powinowactwo pod kątem roli pierwiastka zawodowego i orientacji badawczej (tu: marksizmu). Madejski zwraca uwagę na wartościowanie przez autora swoich socrealistycznych prac oraz na zdawkowe traktowanie nie tylko spraw prywatnych (np. żydowskiego pochodzenia), ale też wyborów światopoglądowych i przemilczenie konfliktów środowiskowych. W kwestiach genologicznych podkreśla niejednoznaczny status narratora w związku ze zmienną perspektywą czasową, a przede wszystkim fakt, że lakoniczne wspomnienia Markiewicza zostały uzupełnione wywiadem przeprowadzonym przez Barbarę Łopieńską. Niejednoznaczny jest także charakter omówionego wybiórczo pośmiertnego tomu Kazimierza Brandysa „Co nie jest prawdą” – ostatniej odsłony jego diariuszy, pokrewnych innym sylwicznym „łże-dziennikom”. Kontrowersje może budzić zamieszczenie tej pozycji w dziale „Autobiografia” zamiast razem z podobnie hybrydycznymi dziennikami Chwina czy Różewicza.

Jeszcze większe obiekcje wywołuje tekst stanowiący interpretację wiersza „Płomień” Adama Zagajewskiego, wiersza nienoszącego znamion autobiografii (spojrzenia w przeszłość). Abstrahując od tego, ciekawie prezentuje się konfrontacja diametralnie rozbieżnych ocen owego utworu pod kątem jego koturnowego tonu. Madejski odczytuje „Płomień” w kontekście paru esejów i wczesnej powieści autobiograficznej Zagajewskiego, by zakończyć dość zaskakującą konkluzją, że nie patos jest podstawowym chwytem w jego twórczości, ale deminutivum. Takie zastrzeżenia trudno mieć do wnikliwej recenzji autobiograficznych esejów „Lekka przesada” tegoż twórcy, tyle że pozostawia ona niedosyt, gdyż kończy się jakby w pół myśli.

W ostatniej partii książki porzucamy introspekcję na rzecz spojrzenia z zewnątrz. Pierwszy ze szkiców pełni funkcję wprowadzająco-teoretyczną – Madejski dokonuje przeglądu różnych typów biografii, tłumacząc uwarunkowania ich odmienności (uzależnienie od metodologii, dyscypliny, „szkół narodowych” itp.), sam zaś rozróżnia biografię jako gatunek (np. intelektualną czy pedagogiczną), jako studium przypadku i jako tekst kultury oraz szczegółowo omawia przykład tomu zbiorowego poświęconego abp. Kazimierzowi Majdańskiemu. Także w szkicu na temat biografistyki literackiej „Do(tykanie) osoby” rozważa przemiany na tym polu, pyta o status biografistyki i kontynuuje przegląd jej odmian (od kalendarium do powieści biograficznej), tym razem wyróżniając m.in. biografię polityczną (np. Jana Józefa Szczepańskiego) i feministyczną (np. Haliny Poświatowskiej), przy czym symptomatyczne jest ich przeciwstawienie: „Biografistyka polityczna strzeże nieredukowalnego pierwiastka, który jest niezbędny, by kultura trwała. Biografistyka feministyczna nastawiona jest rewindykacyjnie, zmierza do uchylenia norm, które ograniczają ekspresję” (s. 241). I wreszcie w ostatnim szkicu przedstawia koncepcję biografii Szymborskiej „Pamiątkowe rupiecie”, akcentując wpływ, jaki na jej kształt i wizję tam zawartą wywarły przyjaźń autorek z bohaterką oraz autoryzacja tekstu.

À propos, warto zatrzymać się przy niebywale istotnym problemie – kilkakrotnie zaznaczonym w książce – mianowicie rzutowaniu ingerencji redaktorskich na wymowę publikowanych rękopisów. Przykładowo, w kontekście posłowia, tytułu, który nadał wydawca, i ogłoszenia drukiem na jubileusz przejęcia przez Polskę Szczecina, dziennik Zaremby wpisuje się w mit założycielski. Niekiedy sama nota redakcyjna sugeruje interpretację (np. w edycjach szkolnych), a właściwie sprawa zaczyna się od zniekształcającej selekcji, zwłaszcza gdy redaktor(ka) jest innej płci niż autor(ka). Madejski uwypukla też wagę strony materialnej dzienników, niebagatelnej i koniecznej do oddania w druku. Może zbyt bezproblemowo traktuje konwencję wyznania, dlatego wzmiankuje o niedopowiedzeniach czy autocenzurze, ale nie odnosi się do skomplikowanej gry z czytelnikiem ani do autofikcji. Niemniej, jak wspomniałam, porusza wiele wątków, choć nie zawsze te, których by się oczekiwało, i nieraz w trochę chaotyczny sposób. Oczywiście, część tekstów w zbiorze to recenzje, stąd ich bardziej popularny charakter oraz większy subiektywizm, a niektóre stanowią eseje – w etymologicznym sensie prób bądź impresji – czyli istotnie tytułowe przyczynki.

Co w takim razie z szerszymi wnioskami? Szczeciński badacz utrzymuje, że publikacje diarystyczne „Wymagają nie tylko spożytkowania wielu języków interpretacji, lecz także zmuszają niekiedy do budowania cząstkowych teorii literatury” (s. 98), powołuje się również na Dereka Attridge’a, autora „Jednostkowości literatury”, na którego idei zaważyła głównie proza Coetzeego; z kolei w artykule o krytyce nawiązuje do debaty, w której Burek upomniał Marka Zaleskiego: „Nie mów, proszę, w liczbie mnogiej” (s. 154). Czy jednak oznacza to – wbrew deklaracji ze wstępu – totalny nominalizm w sporze o literackie uniwersalia? Można by przyjąć minimalistycznie, że podobnie jak rozmaite, nawet hybrydalne narracje autobiograficzne scala podmiot, zawartość „Praktykowania autobiografii” spaja osoba autora. Tak jak Madejski zauważa, że krytyka i biografia mogą być poniekąd autobiografiami, tak też z omawianej książki dowiadujemy się czegoś o nim, o ważnych dlań twórcach i badaczach.

Ale, co ciekawe, w zdumiewający sposób etykietuje on pisarstwo zwane wszak nierzadko literaturą dokumentu osobistego. Nadmienia np.: „Wiele takich diagnoz [krytycznoliterackich – K. Sz.] skrywa się w dziennikach i epistolografii oraz w innych formach pozaliterackich” (s. 143); w szkicu dotyczącym Różewicza napomyka o relacjach pomiędzy tekstem „diarystycznym a artystycznym” (s. 48) oraz że dziennik był dla autora „Niepokoju” ważny jako forma „literatury niskiej”. Sformułowania te brzmią dość deprecjonująco, zważywszy, że badacz podkreśla, po pierwsze, zacieranie się sztywnych klasyfikacji genologicznych, po drugie, wartość takiej twórczości, m.in. jej pierwiastek emancypacyjny i aspekt performatywny. Przypomina także, iż „akt pisania [autobiograficznego – K. Sz.] jest każdorazowo hipotezą sensu życia” (s. 13). Osobiście twierdzę, że również pisanie o autobiografizmie, rozjaśnianie jego tajników i wydobywanie potencjału, ma sens, a książka Madejskiego – mimo pewnych pobieżności i dyskusyjnych konkluzji – ową hipotezę potwierdza.
Jerzy Madejski: „Praktykowanie autobiografii. Przyczynki do literatury dokumentu osobistego i biografistyki”. Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Szczecińskiego. Szczecin 2017.