Wydanie bieżące

1 maja 9 (369) / 2019

Dominika Szymanek,

GĘSTA, DUSZNA PROWINCJA (WALDEMAR BAWOŁEK: 'LA PETITE MORT')

A A A
Wycieczka na prowincję wyprawą w głąb kultury

Waldemar Bawołek w „La petite mort” zabiera czytelnika w podróż w głąb prowincji uniwersalnej, choć przy tym jedynej i niepowtarzalnej. Jego Ciężkowice są utkane z kultury grecko-rzymskiej, a zarazem są zupełnie nieświadome powiązań z kulturą ogólnoeuropejską. Książka składa się z dziesięciu opowiadań, każde z nich dzieje się w małym miasteczku i w każdym występuje tajemnicza postać Eulalii, kobiety-marzenia, idealnej kochanki, żony. Narracja jest prowadzona poprzez mieszanie odmian: auktorialnej, pierwszoosobowej i respektującej punkt widzenia postaci. Występują tu także elementy dramatu, poezji. Jest to niewątpliwie utwór hybrydyczny, zarówno w formie, tematyce, jak i języku czy treści. Czytelnikowi czasem trudno jest rozgraniczyć, kto mówi w danym fragmencie – i o to zapewne chodzi pisarzowi oraz właśnie to dodaje tej prozie niepowtarzalnego uroku. Opowieści Bawołka są skąpane we mgle oniryczności, jednak wyławiające się z niej wydarzenia czy uczucia mają znamiona świata realnego. Te mikroteksty opisują cały makrokosmos emocji, czyniąc z prowincji nie miejsce zapomniane czy odrzucone, ale właśnie pożądane, osnute mgiełką tajemnicy, niezwykłe misterium codzienności. Proza Bawołka jest porównywana do twórczości Brunona Schulza, jednak nie sposób nie dostrzec intrygującej odmienności pisarstwa obu autorów. Jest to proza zdecydowanie wielowymiarowa, trudna, urzekająca, symboliczna oraz przede wszystkim zanurzona we współczesności i historii kultury. Każde z opowiadań jest inne, każde zupełnie wyjątkowe. W niniejszym tekście skupię się na trzech z dziesięciu opowiadań, choć każde z nich zasługuje na potężną monografię, a nie zaledwie na kilkanaście linijek prostego opisu.

Pomyślał, że najlepiej by zrobił, gdyby ją uśmiercił. Ale zabić ją to tyle, co się z nią kochać”

Opowiadanie „Deja vécu” jest współczesną reinterpretacją mitu o Edypie. Intrygującym pomysłem było wprowadzenie w tekst wydzielonych niemal jak w dramacie ról chóru, kobiety i mężczyzny, a zarazem niemal pamiętnikowego zapisu z punktu widzenia narratora wszechwiedzącego. Dzięki temu uczucie między postaciami jest bardziej intymne, tajemnicze.

Akcja rozpoczyna się weselem, podczas którego westchnienia miłości młodej pary są wirtuozersko skontrastowane z „szeptami” gości. Jest to mistrzowsko skonstruowana scena, w której język i tematy, które są poruszane, doskonale oddają realną scenę ślubnego pomieszania wysokich uczuć z niskimi pobudkami obserwujących. Obejmujący czytelnika wstręt wobec tak sprofanowanej (nawet jeżeli banalnej) miłości doskonale zostaje przełamany „wglądem” w głowę pana młodego i jego narzeczonej. Od tej pory w opowiadaniu rozpoczyna się gra oczekiwań, bólu i rozczarowań. Postacie występujące na scenie tekstu obnażają swoją naiwność, a z uczucia pozostaje tylko sprofanowany cień. Efektywnie wplecione strumienie świadomości pozwalają jeszcze bardziej wniknąć w atmosferę miejsca. Pozorna sielanka załamuje się, gdy młoda kobieta dowiaduje się o ciąży. Jakby w przeciwieństwie do mitu, chłopczyk zostaje porzucony nie tyle z powodu jakiegoś fatum, ale z pragnienia rodzica do bycia młodym i niezależnym.

Zatem dziecko było zwiastunem tragedii, ale związanej z utratą wolności. Tym bardziej, że – jak sugeruje narrator – było synem innego mężczyzny. Taka reinterpretacja mitu nie tylko przenosi go ze sfery nierealnego w codzienne, ale także ułatwia zrozumienie dynamiki zdarzeń – wszakże mit zostały pokryty mgiełką nowoczesności, ale jego rdzeń pozostał niezmienny. Niczym matka Mojżesza, matka umieściła umieściła dziecko w koszyku i pozwoliła, aby porwał je nurt Białej. Pojawia się także motyw ofiary dla bóstwa składanej z wołowiny, ale jest szybko przełamany wyznaniem dotyczącym przeznaczenia – to mięso ma trafić na stół biesiadny. Następnie, poprzez scenę chrztu, sceny przesuwają się jak w kalejdoskopie, doprowadzając czytelnika do wąwozu Księżego Lasu, w którym mały chłopczyk krzyczy i wymachuje zakrwawionymi nóżkami. Jest zaniedbany, porzucony w świecie macior, matek i mateczek.

Tymczasem zaraz obok, na scenie, rozgrywa się dramat na poły mitologicznego, a na poły banalnego sądu nad wyrodnymi rodzicami. Bawołek mistrzowsko ukazuje w nim, jak szybko z miłości wyłania się nienawiść, jak bardzo dorośli są niedojrzali w odniesieniu do trudu wychowania dziecka. Chłopiec mimo to dorasta, szuka miejsca w świecie oraz odpowiedzi na pytanie o to, dlaczego ojciec go opuścił. To niemal biblijne zawołanie poprzedza scena, w której katolicy, mężowie i matki, świętują Niedzielę Palmową. Młodzieniec natomiast jedzie (dopiero później zostaje ten wątek rozdzielony na jazdę Jezusa na osiołku i jazdę chłopaka samochodem, na początku te dwie nici nakładają się na siebie, opalizują, jak fotografia na kliszy, która została wykonana w miejsce wcześniejszej). Frustracja doprowadza go do próby samobójczej – jednak w ostatnim momencie zatrzymuje się, by zrozumieć, że potrącił starca. Moment wciskania pedału gazu został opisany za pomocą estetyki związanej z erotyzmem, a chłopak przyśpieszając, dokonuje jakby penetracji. Szukając obiecanej mu przez wróżkę kobiety, odnajduje ciotkę. Zakończenie tej opowieści jest tyleż intrygujące, co jednak znajome z mitu, jednak nawet mimo tego Bawołek tak pogrywa czytelnikiem, aby był on w stanie do ostatniej chwili czerpać przyjemność z czytania.

Kolejnym opowiadaniem związanym z wykorzystaniem motywu z znanego z kultury wysokiej jest „Bez ceregieli”. Dzieli się ono jakby na dwie równolegle przeplatające się nitki fabularne. W pierwszej z nich czytelnik wraz z głównym bohaterem jest świadkiem samosądu na Judaszu. To traumatyczne przeżycie ukazuje nam głównego bohatera jako konformistę, który nie jest w stanie sprzeciwić się tłuszczy, nawet jeżeli sam się głęboko nie zgadza moralnie z jej postępowaniem. Symptomatyczne i przerażające są także okrzyki wznoszone przez mieszkańców – skracając imię Judasza do czterech pierwszych liter, autor wyraźnie i niemal brutalnie nawiązał do Holocaustu, chociaż imię „Juda” to po prostu hebrajska wersja tego imienia. Jednocześnie ta postać w tym tekście pełni jakby funkcję kozła ofiarnego, ponieważ oskarża się go o każde zło: wojnę Tutsi i Hutu, chorobę bliskich, zdrady. W drugiej daje się bohater poznać jako kochanek, bogacz oraz zdrajca. W dziwnym hotelu (łączącym w sobie elementy poprzedniego ustroju – musiał przekupić recepcjonistkę parą jeansów – z domem publicznym) dochodzi do zbliżenia między bohaterem a mającą „czerwone święto” Eulalią. Po wszystkim płaci jej za pomocą złotej biżuterii. Mężczyzna pozwolił kobiecie zasnąć, po czym sam wyszedł, ignorując tym samym zalecenie recepcjonistki, żeby opuścić pokój do dwunastej. Przez to, jakże poważne wykroczenie kobieta zostaje aresztowana przez mundurowych przypominających raczej urzędników znanych z twórczości Franza Kafki niż realnych milicjantów. Gdy przybyli, mężczyzna był zajęty oglądaniem palenia ciała Judasza. Niemal w ostatniej chwili zobaczył samochód, do którego siłą wpychano Eulalię. Próby przekupstwa (tym razem skórzanymi butami) nic nie dały. Jednak, mimo przyznania się do „winy”, nie został aresztowany, ale co najwyżej ostrzeżony, że jako nietutejszy nie wie, co może się stać, oraz że może skończyć jak Judasz. Zatem dokonała się zdrada, tyle że raczej leżąca w sferze emocji. Jednak Bawołek szybko przesuwa akcję w stronę spotkania bohatera wraz z (najprawdopodobniej) jakąś formą Jezusa. Co intrygujące – dialog toczący się między tymi dwoma postaciami jest zapisany w formie strumienia świadomości, a poszczególne kwestie zlewają się z sobą, tworząc jakby pieśń na dwa głosy. Jest to majstersztyk godny wielokrotnego czytania, porusza bowiem nie tylko problem zdrady, „Judobójstwa”, wszechświata, wolności, ale także miłości (bardziej lub mniej egoistycznej) do Eulalii. Jednocześnie ten wtręt przenosi historię powrotem do problematyki Zagłady i pozwala czytać to opowiadanie nie tylko na planie onirycznym, ale także historycznym – bohater byłby w tym przypadku posiadaczem „odpowiedniego” pochodzenia, a Judasz i Eulalia – żydowskiego. Jednocześnie zostaje wykluczony wątek „judaszowości” głównego bohatera – wszak on zdradził brakiem zdrady, ale jednocześnie jest winny zaniechania. To sugeruje, jakby każdy człowiek był pewnego rodzaju „Judaszem”, każdy jest winny i każdy prosi o wybaczenie (tu znów pobrzmiewa proza Kafki). Opowiadanie kończy się dwoma motywami biblijnymi: bohater usłyszał dźwięk srebrników oraz dwa słowa hebrajskie, jak można domniemywać – mane, tekel (i niedopowiedziane, ale pozostające w powietrzu: fares).

„… i ten brak wrażliwości. Obaj jakoś nieporadnie próbują pochylić się nad cierpieniem…”

„La petite mort” wydaje się z początku prostym opowiadaniem o śmierci. Występują tu zalewie dwie główne postaci: matka i syn. Rodzicielka jest śmiertelnie chora i czeka na śmierć, a jej dziecko czeka na to, aby udała się do kościoła (by mógł ją „należycie” pochować). Jednocześnie bohaterem tekstu jest natura, a właściwie uprawiane ziemniaki. Walka o dobre plony w narastającym upale zdaje się czynem niemal heroicznym. Syn niemal cały czas pracuje i toczy w sobie dialog wewnętrzny dotyczący tego, czy jego matka uda się na procesję Bożego Ciała. Jest to dla niego nawet ważniejsze od tego, jak i kiedy umrze. Jednocześnie wydaje się, jakby był to zaledwie problem zastępczy, aby uciec myślami od niepojętego. Problem przemijania wydaje się błahy i nieistotny wobec continuum życia przyrody, przy tym poprzez rycie ziemi pod ziemniaki przebija się obraz kopania grobów dla żołnierzy (w oddali wojska szturmowały zamek).

Jednak prawdziwa wirtuozeria tego tekstu rozpoczyna się, gdy Bawołek w swoją narrację wplata, niemal w duchu ironii romantycznej, głosy krytyków i badaczy, którzy dyskutują i wydają sąd nad zastaną sytuacją. Objawia się także w tym miejscu muzyka, a więc stały motyw, który pojawia się niemal w każdym z opowiadań (niekoniecznie explicite). Przy dźwiękach muzyki barokowej, polifonii fugi oraz fantazji tajemnicze postaci toczą dialogi o tworzeniu opowieści, zarządzaniu bohaterem, jego wolną wolą, tworzenia atmosfery. Ostatnia część, fantazja wraz z fugą g-mol, jest bezpośrednim zwróceniem się narratora do swojego bohatera. Czyni mu wyrzuty, że jest tak obojętny, a zarazem polemizuje z „krytykami”. Niejako walczy o autonomię swojego tworu, o jego prawo do myślenia, zachowywania się tak, jak chce. Choć problematyka umierania, jak zauważyły głosy, jest dość dobrze naświetlona, opowiadanie dzięki wpleceniu ich „wypowiedzi” w tekst staje się żywsze, ale także pokazuje pewną bezwzględność – gdy śmierć nie dotyczy nas, traktujemy ją jako dzieło estetyczne, a nie traumę.

Ostatnie rozmowa między matką a synem, odbyta w cieniu śmieci, nadal nie porusza wątków egzystencjalnych, a zaledwie codzienne. Bohaterowie udają przed sobą, że wszystko jest jak dawniej. Podczas gdy syn po skończonej pracy oglądał mecz, jego matka zmarła. W tym punkcie rozpoczyna się prawdziwy tragizm głównego bohatera, który przeoczył i nie dopilnował ostatniej chwili z matką, a zarazem człowieka, który nie ma pojęcia, co w takiej sytuacji powinien zrobić. Podczas gdy ciało stygło, mężczyzna starał się uczynić wokół niego rytuały – nacierał oliwą, mirrą, aloesem, obcinał włosy, grał dla matki. Jakby wciąż nie mógł się zdecydować, czy uznaje ją za żywą, czy martwą, jakby chciał, aby zmartwychwstała. Tymczasem wojsko walczy, a on okłada ciało matki pokrzywami. Chce ją uwznioślić, uczynić z niej godną Króla poddaną. Króla, który jest na poły realny, a na poły mistyczny, jest to jakaś forma Boga, ale bardzo luźno związana z chrześcijaństwem. Ostatnie zdania opowieści są jakby powrotem do dzieciństwa syna, który musi „zabić” kobietę z rozkoszy. To zakończenie wyraźnie skłania czytelnika ku różnym, czasem bardziej, czasem mniej perwersyjnym odczytaniom, jednak ostatnie zdanie mocno zakotwicza fabułę w „realności” czasu opowieści, co dodatkowo wzmaga szok i grozę związaną z zakończeniem tego tekstu.

Jesteśmy skończeni! Jesteśmy stworzeni!”

Proza Bawołka jest piękna, urzekająca, magiczna, ale także trudna. Każde z opowiadań jest mieszaniną zwyczajności z niezwykłością, mimo krótkości formy obejmuje totalność ludzkich doświadczeń. Jak trafnie zauważyła Dorota Masłowska, jest to „coś” absolutnie innego, a język jest mieszaniną wytworności i słownictwa pochodzącego z nieco niższych warstw społecznych. Jest to autor, który potrafi słuchać, wsłuchiwać się i usłyszeć paralele nie tylko na płaszczyźnie kultury uniwersalnej i codziennej, pięknej oraz odrażającej, ale także zakląć słowa znane w tak niespotykane i fascynujące formuły, że codzienność przenosi w sferę magiczności czy fantasmagorii. Zdecydowanie rację ma Jerzy Jarniewicz (w opinii wyrażonej na okładce), że nadchodzi czas, w którym będzie wstyd się przyznać, że nie czytało się Bawołka. Jednocześnie jest to proza dla smakoszy słowa, kultury, raczej nieco zbyt trudna, by przebić się do mainstreamu czytelniczego (z dużą stratą dla tego ostatniego). Rozstanie z opowieściami Ciężkowickiego autora jest bolesne i traumatyczne – żeby nie zwariować, czytelnik, urzeczony pięknem i przerażony grozą opisanego świata, musi tak jak bohater pierwszego opowiadania, przekształcać realne, dziejące się wokół niego, w cudowne, magiczne czy romantycznie wzniosłe.
Waldemar Bawołek: „La petite mort”. Wydawnictwo Nisza. Warszawa 2019.