Wydanie bieżące

1 października 19 (331) / 2017

Mateusz Demski,

ZAKOCHANI BEZ PAMIĘCI (CZŁOWIEK Z MAGICZNYM PUDEŁKIEM)

A A A
Polskie kino niejednokrotnie udowadniało, że szczególne miejsce zajmuje w nim konwencja science fiction o zacięciu epickim, będąca jednocześnie czułym barometrem rodzimych niepokojów społecznych. Gwałtowny rozwój technologiczny, supremacja sztucznej inteligencji, zwyczajowe podróże w czasie, świat w oczekiwaniu, w trakcie czy po zagładzie atomowej, inwazja obcych cywilizacji na naszą planetę, wypalenie ról i podziałów społecznych w państwie posttotalitarnym to tylko wybrane motywy, które jak bumerang powracały na polskie ekrany w latach 70. i 80. Koncepcja zaangażowanego kina science fiction „made in Poland” w świadomości dzisiejszego widza zdaje się nie funkcjonować, jeśli jednak sięgniemy pamięcią do złotego okresu twórczości Andrzeja Żuławskiego („Na srebrnym globie”) czy dokonań Piotra Szulkina, dostrzeżemy rozległe zaplecze tradycji, które odbiły się na odcieniach europejskiego kina fantastycznego.

Szczególnie ten ostatni, Piotr Szulkin, zdaje się dziś autorytetem w dziedzinie polskiego science fiction, twórcą niepowtarzalnych dystopijnych światów, które rezonują szczególnie w postapokaliptycznej tetralogii, na którą składają się „Golem” (1979), odwołujący się do literackiego pierwowzoru Gustawa Meyrinka, „Wojna światów – następne stulecie” (1981), czerpiąca zarówno z powieści H.G. Wellsa, jak i legendarnego słuchowiska radiowego Orsona Wellesa, „O-bi, o-ba. Koniec cywilizacji” (1984), a także „Ga, ga. Chwała bohaterom” (1985). Owe futurystyczne wizje państwa polskiego rozciągnięte między poletkiem fantastyki naukowej a twardym gruntem współczesności powróciły niespodziewanie podczas 42. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Po dwudziestu latach hibernacji gatunku reanimacji podjął się Bodo Kox, twórca docenionej przed kilkoma laty „Dziewczyny z szafy”. Efekt? Zaskakująco satysfakcjonujący, zważywszy na fakt, że reżyser, podobnie jak starsi koledzy po fachu, przedłożył rozmach wyobraźni, a także swobodne operowanie gatunkami i ich przewrotnymi pastiszami ponad nieubłagane ograniczenia środków realizacyjnych.

Warszawa, 2030 rok. Kiedy spojrzymy z oddali, wszystko wydaje się pozostawać na swoim miejscu, nawet Pałac Kultury i Nauki góruje niezmiennie ponad Placem Defilad. A jednak pozory mylą. Na prawym brzegu Wisły dzielnice nędzy rodem z klasycznych powieści sci-fi – na ulicach pośród zwałów gruzu wciąż słyszy się o międzygalaktycznych typach spod ciemnej gwiazdy, zamieszkach i walkach ulicznych. Wokoło kilka rozpadających się kamienic z minionej epoki, w nich przedstawiciele niższej społecznej warstwy. Na drugim brzegu swoisty rewers – wielka metropolia, gdzie na najwyższych piętrach pieczołowicie zaprojektowanych drapaczy chmur swój korporacyjny sen o podwyższeniu statusu społecznego śni warszawska klasa średnia. Wiele w tej oprawie – notabene robiącej przytłaczające wrażenie barwnym i oryginalnym sposobem operowania skontrastowanymi kompozycjami – znajdziemy z Michaela Radforda („1984”), jeszcze więcej z Terry’ego Gilliama („Brazil”) i Ridleya Scotta („Łowca androidów”). Trochę mniej z Paula Verhoevena („Pamięć absolutna”), Davida Finchera („Podziemny krąg”), Barry’ego Sonnenfelda („Faceci w czerni”) czy nawet… Michaela Curtiza („Casablanca”). Trochę mniej, lecz mimo wszystko ilość tych podpatrzonych i wchłoniętych konceptów – przyznaję wprost – doprowadza do zawrotu głowy.

W odtwórczym szaleństwie reżysera, czy – jak kto woli – w żerowaniu na tym, co wywalczyli inni, tkwi jednak pewna metoda. Filtrując całą gamę klasycznych tytułów, Kox nie dokonuje całkowitego przesunięcia czy infantylizacji rodzimych realiów na hollywoodzką modłę, a ucieka się zaledwie do wizualnej radykalizacji, a zarazem trawestacji pewnych elementów znanej współczesności. Nie odnoszących się paradoksalnie do ducha kapitalistycznych i niepodległościowych czasów, a do realiów Polski Ludowej. W 2030 roku warszawskie ulice zostają ponownie opanowane przez wojsko, na murach wypisuje się podziemne hasła głoszące, że lepsze jutro pozostało gdzieś daleko w tyle, a w powietrzu unoszą się echa tajemniczego konfliktu. Nie inaczej ma się sprawa bezpieki: na każdym rogu, w każdej kawiarni czy budce z chińskim jedzeniem, jak za dawnych czasów, czają się agenci Urzędu Bezpieczeństwa Narodowego, który kontroluje ruchy obywateli pozbawionych praw i przywilejów, zachowując przy tym pozory wolności. W tym sensie nastrój i problematyka „Człowieka z magicznym pudełkiem” sprowadza się do niespotykanej obserwacji społeczno-obyczajowej czasu stalinowskich represji, która dla Koxa staje się jednoczesnym pretekstem do wypowiedzi o dzisiejszej, wiadomej zresztą sile politycznej. Przypadek? Nie sądzę. Reżyser w istocie pomyślał swój film jako okazję do przepracowania niepokojów cudzych i własnych; traum dziadków, rówieśników i potomnych.

W cieniu wścibskiego totalitarnego reżimu przyszłości rozwija się uczucie Gorii (Olga Bołądź) i Adama (Piotr Polak). Ona jest korporacyjnym trybikiem żyjącym tu i teraz, on przybyszem z przeszłości. Tym samym Kox kreśli nostalgiczne love story, wolne od tradycyjnych kryteriów czasu i przestrzeni, ale zarazem zależne od złowrogiego systemu, przed którym można znaleźć schronienie jedynie w ramionach drugiego człowieka. Ckliwe to do bólu i naiwne, i może czasem trącące kiczowatym obrazkiem kochanków stających naprzeciw całemu światu, ale dzięki przemyślanej na poziomie scenariusza strategii mylenia istotnych tropów oraz wygranej z czułością i romantyzmem roli Piotra Polaka (aktora Nowego Teatru Krzysztofa Warlikowskiego) wątek ten zdaje się co najmniej intrygujący. Tym bardziej w sytuacji, kiedy pierwszemu zbliżeniu bohaterów towarzyszy obraz płonących wieżowców, a cały świat wokół zdaje się walić wszystkim na głowę i kiedy wypaleniu ich namiętnego uczucia towarzyszy fabularna wolta wyjęta żywcem z „Zakochanego bez pamięci” Michela Gondry’ego. „Człowiek z magicznym pudełkiem” pełen jest podobnych tropów, dla niektórych widzów wyświechtanych, może zbyt rozedrganych, lecz odnoszę wrażenie, że całkiem sprawnie intensyfikujących i eksponujących tonację katastroficzną, a także dramaturgię relacji uczuciowych.

Wspomniane wyżej czas i przestrzeń, a także paralela Polski stalinowskiej i analogicznej wizji przyszłości są motywem z pewnością szczególnym, który Kox już na poziomie konceptu ramowego uczynił podłożem ekranowej intrygi. Katalizatorem czasoprzestrzennego zamieszania jest tytułowe magiczne pudełko – stare radio będące wehikułem czasu; portalem, który przenosi bohaterów do lat 50. XX wieku. W tym miejscu, wraz z pojawieniem się magicznego ustrojstwa i wątku przemieszczania się między wymiarami, który być może został potraktowany jako niezbyt subtelny filmowy skrót, reżyserowi udaje się jednak odnaleźć receptę na coś, co od dłuższego czasu jest bolączką polskiego kina, a mianowicie na braki w drugim planie, tutaj potraktowanym w sposób wyrazisty i nieszablonowy.

Warszawa, 1952 rok. W kamienicy na warszawskiej Pradze widzimy małą Urszulkę Stefańską – uśmiechniętą od ucha do ucha, pochłoniętą zabawą z psem. Kilkadziesiąt lat później tę samą dziewczynkę, w tym samym mieszkaniu przyjdzie nam spotkać jako rozczarowaną codziennością seniorkę (Helena Norowicz), której pozostały już tylko marne substytuty dzieciństwa: pożółkłe fotografie, świecące buty, automatyczny robot-odkurzacz sprowadzony do roli czworonoga. Kilka dzielnic dalej, w pokoju, zdaje się, bez klamek mieszka Bernard (Sebastian Stankiewicz) – pierwszy, żeby było ciekawiej, nieudany android, który również nie potrafi nadać swojemu życiu kierunku. „Człowiek z magicznym pudełkiem” to kolejna w dorobku ikony polskiego offu opowieść o emocjonalnie pogruchotanych jednostkach – zagubionych, nieprzystosowanych, pełnych tęsknoty za odrobiną wolnej miłości. Nie ulega wątpliwości, że Bodo Kox wprowadza w polskim kinie głównego nurtu nowe porządki, na które warto czekać. I których na pewno nie będzie można przespać.
42. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, 18-23.09.2017

„Człowiek z magicznym pudełkiem”. Scenariusz i reżyseria: Bodo Kox. Zdjęcia: Arkadiusz Tomiak, Dominik Danilczyk. Obsada: Olga Bołądź, Piotr Polak, Helena Norowicz i in. Produkcja: Polska 2017, 103 min.